WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Changeling, Sam Wanamaker Playhouse ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Hattie Morahan w spektaklu Sobowtór (The Changeling). Fot. Marc Brenner The Changeling
Sam Wanamaker Playhouse
27 stycznia 2015
4 Gwiazdki
Spośród wszystkich sztuk, które wyszły spod pióra Thomasa Middletona, The Changeling (Sobowtór), napisany wspólnie z Williamem Rowleyem, cieszy się największą sławą. Z pewnością jest regularnie grany – w ciągu ostatniej dekady widzieliśmy aż cztery liczące się inscenizacje. Jak podaje program do wznowienia w reżyserii Dominica Dromgoole’a, wystawianego obecnie w Sam Wanamaker Playhouse, w czasie premiery około 1622 roku utwór ten uchodził za komedię. Dromgoole po mistrzowsku wyłapuje w tej wersji każdą okazję do śmiechu. The Changeling to sztuka osobliwa, lecz wybitna. Akademicy sugerują, że Middleton i Rowley napisali oddzielne wątki, a następnie wspólnie je połączyli, tworząc finał spajający obie historie. Middletonowi przypisuje się krwawą opowieść o żądzy, brutalnym morderstwie i zemście, skupioną wokół pięknej Beatrice-Joanny. Rowley natomiast miał odpowiadać za nieco lżejszy wątek pięknej, lecz źle traktowanej Izabeli, której mąż i zalotnicy knują intrygi w domu wariatów prowadzonym przez Alibiusa, małżonka Izabeli.
U podstaw obu wątków leży ta sama idea: kobieta doświadczająca krzywdy. Beatrice-Joanna jest zmuszana przez ojca do ślubu z Alonzem, mimo że szaleńczo kocha Alsemera. Izabelą zaś kieruje mąż, który nie ufa jej wierności i zamyka ją w nadzorowanym przez siebie szpitalu dla obłąkanych. Obie kobiety reagują na swe nieszczęścia skrajnie inaczej, lecz w obu przypadkach ich działania prowadzą do przemiany u innych. Zmiany postaw, postrzegania, zrozumienia – ale bez wątpienia zmiany. Zostaje to dobitnie wyartykułowane w finałowej scenie, gdy postacie przyznają, jak bardzo się zmieniły, lecz jest to również motyw przewodni całego spektaklu.
Ton opowieści nieustannie ulega zmianie: makabryczne sceny, jak choćby zabójstwo Alonza, sąsiadują z lżejszymi, frywolnymi momentami, w których zaślepiony miłością Antonio próbuje przekonać sługę Lollia, że postradał zmysły, by móc uwieść Izabelę.
Beatrice-Joanna, ugodzona strzałą czystej miłości podczas spotkania z Alsemerem w kościele, zmienia się pod wpływem uczucia tak bardzo, że powierza swe życie i wolność człowiekowi, którym gardzi – De Floresowi. Wszystko po to, by zgładzić Alonza i móc związać się z Alsemerem. Niezłomne oddanie De Floresa, mimo jawnej nienawiści, jaką go darzy, oraz więź przypieczętowana przelaną krwią Alonza, zmieniają dziewczynę diametralnie. Spiskuje z pokojówką, by oszukać Alsemera w noc poślubną; oddała swoje dziewictwo De Floresowi w ramach zapłaty za krwawy czyn i musi to ukryć przed nowym mężem. Pojęcie miłości i obowiązku w oczach Beatrice-Joanny ewoluuje wraz z biegiem krwawych wydarzeń.
To gęsty dramat z precyzyjnie nakreślonymi postaciami, uwikłanymi w gorzki i brutalny taniec desperacji. Poza Izabelą, właściwie każda postać jest gotowa zrobić wszystko, bez względu na koszty, by zdobyć to, czego pożąda – czy jest to władza, seks, zemsta, czy kontrola. Choć bywa bardzo zabawny, spektakl jest czarny jak smoła, napędzany desperacją i oszustwem.
Inscenizacja Dromgoole’a jest szczegółowa i przejrzysta, bez wysiłku przechodząc od mrocznego, makabrycznego świata Beatrice-Joanny do lżejszego, choć równie dziwacznego świata Izabeli. Humór, który reżyser odnajduje nawet w wątku tragicznej protagonistki, jest mile widziany – pozwala na chwilę oddechu, jednocześnie podkreślając bezdenną głupotę i tragizm poczynań bohaterów.
Spektakl otwiera niepokojąca sekwencja, która błyskawicznie buduje nastrój. Większość obsady pojawia się na scenie z twarzami oświetlonymi od dołu. W nieprzeniknionej ciemności, którą Sam Wanamaker potrafi stworzyć tak intymnie, efekt ten jest upiorny i iście diabelski. Następuje rodzaj maski, w której centrum znajduje się Beatrice-Joanna, a reszta aktorów, wciąż niesamowicie oświetlonych, krąży wokół niej. Gdy sztuka właściwie się zaczyna, mamy już pewność, że będziemy świadkami mrocznych czynów. To genialny początek.
Hattie Morahan jako Beatrice-Joanna to czysta rozkosz dla widza. Jej wyczucie języka jest znakomite; aktorka wykorzystuje pełną skalę swojego głębokiego, gardłowego głosu, by odmalować upadek bohaterki w otchłań grozy i rozpaczy. Bezbłędnie oddaje miłość do Alsemera, która pcha ją do zbrodni, i z wielkim kunsztem portretuje stopniową zmianę uczuć do De Floresa: od zdeklarowanej nienawiści, przez rozpaczliwe wspólnictwo, aż po wspólne samobójstwo. Nie można od niej oderwać wzroku.
Morahan wyciska wszystko, co możliwe, z rzadkich momentów komicznych – scena z eliksirami i kolejna, w której udaje objawy dziewictwa, są zagrane wyśmienicie. Pod każdym względem to kreacja najwyższej próby.
Ma ona wsparcie w postaci wyrównanego i znakomitego zespołu aktorskiego.
Trystan Gravelle jako przebiegły De Flores wnosi do postaci pewną swobodę, która jeszcze bardziej uwydatnia jego wewnętrzne zepsucie. Sceny z Morahan są w pełni przekonujące, a on sam potrafi zarówno efektownie zabijać, jak i umierać we krwi. Słodki, naiwny Alonzo w wykonaniu Toma Stuarta jest idealny w każdym calu: jego łagodna natura jest oddana niezwykle starannie. Sprawia to, że scena jego morderstwa jest wyjątkowo trudna do oglądania.
Joe Jameson jest świetny jako Tomazo, brat Alonza, opętany żądzą zemsty. To mała supernowa skondensowanej energii i siły. Alsemero Simona Harrisona, który szczerze kocha Beatrice-Joannę i dla niej jest gotów zabić rywala, jest nakreślony bardzo precyzyjnie: to przyzwoity człowiek doprowadzony do ostateczności, który nagle odkrywa potworną prawdę. Harrison bardzo przekonująco prowadzi tę postać przez całą historię.
Sarah MacRae to olśniewająca aktorka, a jej rola Izabeli to kolejna perła w jej dorobku. Jej bohaterka jest płomienna, zdeterminowana, piękna i sprytna. MacRae wydobywa z sytuacji cały dostępny humor, a jej zgranie z bardzo zabawnym Brianem Fergusonem (Antonio) i komicznym Adamem Lawrencem (Franciscus) daje ogromną radość z oglądania.
Jako Lollio, drwiący oportunista sprawujący pieczę nad pensjonariuszami domu wariatów, Pearce Quigley jest po prostu mistrzowski. Nieskończenie zabawny, serwuje idealną mieszankę sprytnego łajdaka, drapieżnika seksualnego, głupca i szantażysty, co czyni jego postać niezwykle barwną. Quigley jest genialny.
Gag z udziałem jednego z pacjentów i Lollia wywołuje salwy śmiechu, stając się zabawniejszym przy każdej powtórce. To popis inspirującej błazenady.
Claire van Kampen przygotowała nastrojową, oryginalną partyturę, która przez cały czas utrzymuje widza w napięciu. Czasem trudno jest wykorzystać muzykę ilustracyjną do podkreślenia dramatycznych zwrotów akcji, ale tutaj sprawdza się to znakomicie.
Scenografia Jonathana Fensoma jest prosta i precyzyjna, jak w tej przestrzeni być musi, ale szczególnie ujęło mnie wykorzystanie ikonografii religijnej jako tła dla makabrycznych czynów, z których większość krąży wokół sakramentu małżeństwa.
To znakomita inscenizacja trudnej i wymagającej sztuki. Jak dotąd Sam Wanamaker Theatre odnosi nieprzerwane sukcesy, serwując produkcję za produkcją o wielkiej sile i stylowej energii. „The Changeling” to kolejny dowód na to, że połączenie unikalnej przestrzeni, trafnej reżyserii i wybornej obsady przynosi spektakularne efekty.
Spectakl Sobowtór (The Changeling) jest grany do 1 marca 2015 roku. Więcej informacji znajdziesz na stronie internetowej Shakespeare's Globe.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności