Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Commitments, Palace Theatre. ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

The Commitments w Palace Theatre The Commitments Palace Theatre 7 października 2013

3 gwiazdki

West End czeka prawdziwy wysyp nowych musicali, a już jutro w Palace Theatre odbędzie się premiera adaptacji powieści i filmu Roddy’ego Doyle’a pt. The Commitments w reżyserii Jamiego Lloyda. Sądząc po entuzjastycznych reakcjach wielopokoleniowej publiczności, która na dzisiejszym pokazie klaskała i tańczyła w przejściach, spektakl zagości na afiszu przez długi czas.

Przedstawienie jest po brzegi wypełnione muzycznymi klasykami, a całość została świetnie zaśpiewana i zagrana. Wokalne popisy Killiana Donnelly’ego w roli gburowatego Deco są pewne siebie, widowiskowe i porywające – to prawdziwy popis umiejętności.

Soutra Gilmour przygotowała kolejną scenografię dla obecnych produkcji londyńskich i jest ona równie znakomita i pomysłowa jak jej pozostałe prace. To niezwykle utalentowana projektantka, która potrafi osiągnąć niesamowity efekt przy użyciu skromnych środków.

Lloyd to zdumiewający reżyser o niezwykłej rozpiętości talentu i wyczuciu – rzadko się zdarza, by nie potrafił on odświeżyć czy ożywić danego dzieła, i tak też jest w tym przypadku. Tempo ani na chwilę nie słabnie, sceny są barwne, pełne detali i ciekawych akcentów, a widz od pierwszej chwili nie ma wątpliwości, że to muzyka jest sercem tego wieczoru.

Zdarzył się jeden dziwny moment, w którym członkowie zespołu wchodzą na widownię, by nieco niezręcznie naśladować publiczność, przed którą pierwotnie grał ten zbieraninowy zespół, ale poza tym spektakl jest niemal bezbłędnie wyreżyserowany i skomponowany jako dzieło teatralne.

Lloyd zawsze wyciska ze swoich aktorów to, co najlepsze, jednak nie zawsze jego obsadowe wybory są trafne. Tutaj całą historię niesie narrator, Jimmy, a rola ta wymaga charyzmatycznego, wszechstronnego i naprawdę utalentowanego aktora. Denis Grindel, debiutujący na West Endzie, jest przystojny i sympatyczny w taki uładzony sposób, ale brakuje mu rzemiosła, giętkości i technicznej sprawności niezbędnej do udźwignięcia tej kluczowej roli.

W interpretacji Grindela chcemy lubić Jimmy'ego, bo jest miły, ale ta postać wcale taka nie jest – Jimmy jest napędzany ambicją, pełen pasji, naiwny i fascynujący. Gdyby tę rolę zagrał utalentowany aktor (jak Harry Melling czy Max Bennett), całość mogłaby nabrać ognia, którego przy Grindelu po prostu brakuje. Nie oznacza to, że gra źle – po prostu nie do końca pasuje do tej roli, a nawet największe starania tego nie zmienią.

Najlepiej podsumowuje to moment, gdy postać śpiewa „Mr Pitiful” – Grindel ma świetny głos, a potrzeba prawdziwego aktora, by ukryć te umiejętności w chwili autorefleksji, gdy bohater lamentuje nad swoim brakiem talentu.

W spektaklu zobaczymy rewelacyjne uderzenie „z byka” i zabawne sceny z deszczem, które same w sobie są warte ceny biletu. Wiele postaci ma swoje pięć minut, co daje dużą satysfakcję – poza kilkoma celowo (jak się zdaje) przerysowanymi karykaturami, poziom całego zespołu jest bardzo wysoki.

Główny problem tkwi w scenariuszu – Doyle nie pozwala widowisku „oddychać”, przez co historie z przeszłości czy nawet same charaktery członków zespołu nie są zarysowane wystarczająco jasno. Nakreślenie ich grubą kreską nie powinno być trudne, jednak tutaj postawiono raczej na niedopowiedzenia, prawdopodobnie licząc na to, że widzowie znają popularny film i sami uzupełnią luki w ich biografiach.

Jednak ekspert od wspomnianego filmu zauważył, że wersja musicalowa obiera zupełnie inny kurs i nie próbuje być wierną kopią ani nie wyjaśnia losów zespołu w podobny sposób. Wydaje się więc, że ten efekt rozmycia postaci był zamierzonym wyborem autora – co, delikatnie mówiąc, jest dość dziwne.

W rezultacie na scenie widzimy mnóstwo utalentowanych wokalistów i tancerzy (cały zespół radzi sobie fantastycznie), ale poza mglistym zarysem osobowości, nie wiemy, dlaczego tam są, jak się tam znaleźli ani co ich motywuje.

Skoro jednak tworzenie muzyki stanowi istotę tego widowiska, a większości publiczności to zdaje się nie przeszkadzać, być może małostkowością jest zastanawianie się, dlaczego Doyle uznał spójność tekstu i wyrazistość postaci za nieistotne.

Ale tak nie jest.

I właśnie dlatego wspomnienie o tym wyjątkowo dobrze wyreżyserowanym muzycznym kąsku zawsze pozostanie nieco mgliste – będzie to historia o ciekawym spotkaniu z The Commitments, o musicalu, w który zaangażował się reżyser i obsada, ale zabrakło w nim pełnego zaangażowania autora tekstu. Nie jest to spektakl, który zyskiwałby przy drugim czy trzecim obejrzeniu, przynajmniej z obecną obsadą. Nawet gdyby rolę Jimmy'ego zagrał doświadczony aktor, dysproporcja między tą postacią a resztą byłaby jeszcze większa – co być może tłumaczy wybór Grindela.

To radosny wieczór ze świetnym śpiewem i kilkoma dobrymi żartami, jednak nie trzeba znać książki ani filmu, by poczuć, że ten musical mógłby być nieskończenie lepszy, gdyby za libretto odpowiadał ktoś z większym doświadczeniem teatralnym. Nowy lokator Palace Theatre nie zagrozi pozycji Charlie and the Chocolate Factory. Zarezerwuj bilet na The Commitments

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS