Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: You Can't Take It With You, Longacre Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Annaleigh Ashford, Reg Rogers, Elizabeth Ashley, Kristine Nielsen, Mark Linn-Baker, James Earl Jones & Patrick Kerr. Fot.: Joan Marcus You Can't Take It With You

Longacre Theatre

29 października 2014

4 Gwiazdki

George S. Kaufman i Moss Hart byli swego czasu niekwestionowanymi królami Broadwayu. Jako prawdziwi mistrzowie w swoim fachu tworzyli błyskotliwe, misterne scenariusze wielkich komedii, współpracowali z innymi autorami i kompozytorami, a także reżyserowali zarówno własne dzieła, jak i prace innych twórców. Ich wspólny sukces zwieńczony Nagrodą Pulitzera w 1936 roku to „You Can't Take It With You” – trzyaktowy przepis na czystą rozrywkę i być może archetyp „zwariowanej” komedii.

Obecnie w nowojorskim Longacre Theatre możemy oglądać gwiezdne wznowienie „You Can't Take It With You” w reżyserii Scotta Ellisa. To produkcja, która przez trzy akty i 150 minut przypomina, jak radosną, urokliwą i zaraźliwą zabawą potrafi być stary, dobry teatr. Może nie jest to najzabawniejsza, najlepiej zagrana, najbardziej awangardowa czy odkrywcza interpretacja klasyki, jaką Broadway zobaczy w tym roku, ale z pewnością należy do ścisłej czołówki najbardziej czarujących powrotów. I bardzo dobrze, bo Kaufman i Hart pisali tę sztukę właśnie po to, by zachwycała wdziękiem, a nie powagą.

Ellis doskonale to rozumie. Jego reżyseria jest płynna i pewna, przepełniona radością w każdym zakamarku scenicznego świata. Podczas spektaklu mamy okazję doświadczyć wymuszonych żartów, naturalnego dowcipu, łagodnego humoru i salw śmiechu, a uśmiech niemal nie schodzi z twarzy widzów. Jednak przy finałowym akcie uświadamiamy sobie, że Ellis od samego początku miał jasny cel – to magiczna sztuczka, którą wykonuje z niezwykłą finezją.

Sztuka opowiada o szalonej i cudownej rodzinie Sycamore. Większość z nich nie ma stałego zajęcia, a nazwanie ich „idiosynkratycznymi” byłoby sporym niedopowiedzeniem. To zbiór sympatycznych, skrajnych oryginałów: Dziadek rzucił pogoń za pieniądzem 35 lat temu i żyje dla przyjemności; Tato bawi się zabawkami i produkuje fajerwerki na sprzedaż, więc wybuchy z piwnicy są na porządku dziennym; Mama pisze sztuki, bo pewnego dnia przez pomyłkę dostarczono jej maszynę do pisania (wcześniej „malowała”); Siostra marzy o byciu gwiazdą tańca, nie zdejmuje point i przyjmuje pozy z niemego kina, a jej mąż jest niezwykle kampowy (momentami sprawia, że Julian Clary wydaje się wręcz toporny) i ma obsesję na punkcie pras drukarskich oraz „robienia wrażenia” przy powitaniu; jest też Alice, pozornie „normalna”, choć ma w sobie cząstkę ich wszystkich i szczerze kocha swoją rodzinę.

Po drodze przygarniają kolejnych domowników, więc menażeria Sycamore’ów jest jeszcze bardziej barwna, niż sugerują to jej główni członkowie. Kiedy Alice zakochuje się bez pamięci w Tony’m Kirbym – obiecującym tykanie z Wall Street o nienagannych manierach – zdaje sobie sprawę, że nie mają wspólnej przyszłości. Jego majętna i poważana rodzina nigdy nie zaakceptuje jej ekscentrycznych krewnych. Tony postanawia jednak przyprowadzić rodziców na spotkanie z przyszłymi teściami, co owocuje chaosem, oburzeniem, aresztem, złamanym sercem i chwilami autorefleksji. Nie wspominając o wybuchających fajerwerkach, pijanych aktorkach i niebywale wyniosłej rosyjskiej arystokracji.

Wszystko jest skrupulatnie zaplanowane, postacie świetnie nakreślone, a sytuacje zaskakująco świeże, mimo upływu blisko 80 lat. To wznowienie udowadnia przede wszystkim geniusz duetu Kaufman i Hart.

Pierwszy akt wprowadza widzów w świat rodzinnych dziwactw. Ellis robi to bez żadnych zahamowań, co momentami może sprawiać wrażenie odrobinę wymuszonego. Prawda jest jednak taka, że reżyser chce, byśmy w pełni zrozumieli, jak ekstremalne są to postaci, jak szalone i dziwaczne – a zarazem zupełnie spokojne – jest ich wspólne życie. Pokłady ludzkiej życzliwości nie płyną w ich żyłach, one pędzą z prędkością światła.

Dzięki temu w drugim akcie, gdy z wizytą przybywają Kirby’owie, publiczność jest już tak oswojona z szaleństwem domowników, że wyniosła odraza rodziców Tony’ego wydaje się zrozumiała, ale niesprawiedliwa i pozbawiona empatii. To genialny zabieg Ellisa i wspaniałej obsady. Przez to finałowe rozwiązania z trzeciego aktu wybrzmiewają prawdziwymi emocjami i esencją człowieczeństwa. Spektakl nigdy nie staje się łzawy, ale okazuje się niezwykle wzruszający – ekscentryzm i indywidualizm wygrywają ze ślepym podążaniem za presją norm społecznych. Okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda i przesłanie, które w dzisiejszych czasach jest wyjątkowo aktualne.

Gwiezdna obsada jest wyborna. Rose Byrne, w swoim broadwayowskim debiucie, jest piękna i uroczo zakręcona jako „normalna” Alice. Jej oczy zdradzają dziki charakter rodziny, a aktorka ma kilka świetnych momentów komediowych. Jej relacja z przystojnym Tonym (granym przez Franza Kranza) jest w pełni przekonująca, nieporadna, rozkwitająca i prawdziwa. Kranz jest komediową perłą, zwłaszcza w scenie zaręczyn, ale także w swoich niemych reakcjach na osobliwości domu Sycamore’ów.

Kristine Nielsen jest cudownie roztrzepana, a przy tym niezwykle szczera jako kochająca matka Alice. Dysponuje fantastycznym głosem, którego używa po mistrzowsku, wydobywając komizm z każdej sytuacji. Mark Linn-Baker jako jej pomysłowy, skory do wybuchów mąż, stawia na powściągliwość, co przynosi świetne efekty komediowe. Jego szaleństwo jest wewnętrzne i intelektualne, podczas gdy Nielsen pięknie uzewnętrznia dziwactwa swojej postaci – tworzą znakomity duet.

Annaleigh Ashford jako opętana tańcem studentka rosyjskiego i twórczyni cukierków jest tak „odklejona”, że mogłaby orbitować wokół Ziemi, ale to rola niezwykle konsekwentna, w której każdy żart trafia w punkt. Dotrzymuje jej kroku Will Brill jako Ed, jej mąż – postać równie skrajna i nieco niemrawa. Początkowo wydawał się zbyt karykaturany, nawet jak na tę konwencję, jednak niespożyta energia i zaangażowanie, jakie wnosi przez trzy akty, potwierdzają słuszność jego aktorskich wyborów. Tworzą fenomenalnie pamiętną i dziwną parę.

Mamy tu też fantastyczne epizody: Julie Halston (jej wspinaczka po schodach na czworaka w stanie wskazującym, przy recytowaniu limeryku, to absolutna perełka wieczoru), Elizabeth Ashley (przekomiczna jako rosyjska arystokratka, która obecnie gotuje w barze przy Times Square) oraz Johanna Day (jako dystyngowana matrona o niespodziewanych żądzach – czysta radość).

A na samym szczycie tej piramidy, z ogromną klasą i błyskiem w oku, stoi James Earl Jones, czujący się jak ryba w wodzie w roli patriarchy rodu Sycamore. Jego unikalny głos i charyzma sprawiają, że każda scena działa – czy to gdy poucza urzędnika o złu podatku dochodowego, czy błogosławi wnuka, czy też przywołuje do porządku wyniosłego pana Kirby’ego (świetny Byron Jennings). To czysta przyjemność oglądać go w tej roli i rzadki przykład, gdzie obsada „color-blind” sprawdza się idealnie.

Reszta obsady spisuje się równie dobrze. Nikt nie stara się niepotrzebnie błyszczeć kosztem innych. W całym zespole czuć wspaniały instynkt wspólnoty, co w tego typu sztuce jest kluczowe.

Scenografia Davida Rockwella jest spektakularna. Najpierw widzimy fasadę ulicy, gdzie jeden kolorowy dom sąsiaduje z nudnymi, typowymi szeregowcami; po chwili scena obraca się, ukazując zagracone, barwne i ekscentryczne wnętrze rezydencji Sycamore’ów. Ściany i meble są upchnięte pamiątkami i przedmiotami – jest tam nawet akwarium z żywymi wężami – i nie sposób wyłapać wszystkich detali za jednym razem. Wspaniałe. Kostiumy z epoki autorstwa Jane Greenwood są doskonałe, szczególnie te dla Byrne, Nielsen i Ashley. Wiele z nich to prawdziwe stylowe perełki.

Jason Robert Brown przygotował urokliwą oprawę muzyczną, która nigdy nie dominuje, a jedynie potęguje wszechobecne poczucie zaraźliwej radości.

„You Can't Take It With You” to czysty zastrzyk broadwayowskiego optymizmu, który rozświetli nawet najgorszy nastrój. I wbrew tytułowi, to, co można zabrać ze sobą po wyjściu z teatru, to to cudownie ciepłe uczucie, jakie daje tylko inteligentna komedia.

Spektakl „You Can't Take It With You” jest grany do 22 lutego 2015 r.

Bilety można rezerwować przez Telecharge

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS