WIADOMOŚCI
RECENZJA: Farinelli and the King, Sam Wanamaker Playhouse ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Melody Grove i Sam Crane w spektaklu Farinelli And The King. Zdjęcie: Marc Brenner Farinelli And The King
Sam Wanamaker Theatre
4 marca 2015
4 Gwiazdki
Król leży w łóżku i łowi ryby. Nie łowi komplementów, lecz prawdziwe ryby. A konkretnie jedną, w kuli z wodą. Czy to sen? Czy postradał zmysły? A może cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową? Królowa próbuje go ukoić, przebić się przez jego mury, kochać go z czułością, cierpliwością i zrozumieniem, by mógł wyjść z mroku i znów władać Hiszpanią, stając się godnym wnukiem francuskiego Króla Słońce. Ale nie może do niego dotrzeć. Podobnie jak jego Rada, która zamiast miłości czy szacunku, stosuje zastraszanie i groźby detronizacji, by wyrwać go z letargu. Żadna taktyka nie skutkuje.
W rozpaczy Królowa wyjeżdża. Podczas pobytu poza granicami Hiszpanii słyszy śpiew słynnej operowej supergwiazdy, Farinellego. Jego niebiański, eteryczny i niesamowicie muzykalny głos porusza ją w sposób, którego sama nie potrafi pojąć. Wpada na plan. Czy ten niezwykły głos Farinellego zdoła przynieść ulgę udręczonemu umysłowi jej męża i króla?
Odpowiedź znajdziemy w Sam Wanamaker Theatre, gdzie nowa sztuka Claire van Kampen, Farinelli And The King, ma swój premierowy sezon w reżyserii Johna Dove’a. To subtelna, lecz niezwykle piękna sztuka, idealnie skrojona pod kameralny majestat tej sceny – wręcz odurzająca w swojej doskonałej precyzji.
Świece oświetlające scenę kąpią akcję w ciepłym, bursztynowym blasku, który idealnie współgra z sercem opowieści. Muzyka jest wykonywana po mistrzowsku przez utalentowanych instrumentalistów (Robert Howarth, John Crockett, Arngeir Hauksson i Jonathan Byers), a William Purefoy zachwyca głosem jako „kastrat na każdą pogodę”, tytułowy Farinelli (Purefoy dzieli tę rolę z Iestynem Daviesem).
W roli Farinellego zastosowano sprytny zabieg. Utalentowany Sam Crane bierze na siebie ciężar aktorski, lecz gdy przychodzi czas na śpiew, na scenie dołącza do niego lub zastępuje go Purefoy, ubrany identycznie jak Crane. Ten zabieg błyskotliwie oddziela głos od człowieka, oddając bolesną kastrację Farinellego, jakiej dokonano, gdy był dziesięcioletnim chłopcem. Mężczyzna nie mógłby mieć takiego głosu; ten głos jest nienaturalny, wręcz nieziemski. Zarówno w kontekście poruszanych tematów, jak i teatralności, ta dwoistość postaci Farinellego jest genialna. Pozwala na aktorstwo i śpiew najwyższej próby.
Purefoy dysponuje silnym, głębokim i zwinnym kontratenorem. Słuchanie go to czysta przyjemność. Barwa jego głosu nęci ekspresyjnymi, „przydymionymi” tonami, a także lekkością ozdobników i imponującymi koloraturami. Długie frazy są prowadzone z nienaganną techniką – nie ma tu mowy o niedbałości, którą czasem spotyka się u mniej biegłych wykonawców tego typu. I całe szczęście, bo nic nie uratowałoby tej sztuki, gdyby śpiew kontratenora nie był olśniewający.
Sam Crane jest w wyśmienitej formie jako nieśmiała gwiazda opery. Jego Farinelli, niepewny siebie poza kostiumem i światłem jupiterów, to postać łagodna, dobra i udręczona. Jasne jest, że oddałby wszystko, by odzyskać swą męskość. Atrybuty sławy i bogactwa nie kręcą go tak bardzo, jak chęć bycia zwyczajnym człowiekiem, częścią rodziny, robienia czegoś dobrego.
Crane wydobywa ten wewnętrzny świat poprzez urzekającą grę – liczy się tu każdy gest i wyraz twarzy, nie tylko opanowanie tekstu. To złożona, wielowarstwowa rola, pełna niuansów i uroku, równie zabawna, co wzruszająca. Jego monolog o operowym debiucie w Londynie to kulminacyjny punkt sztuki. Crane bezbłędnie portretuje ból i samotność towarzyszące przytłaczającej sławie.
Jako Izabela, druga żona Filipa V, Melody Grove jest pod każdym względem czarująca. Z wielką naturalnością oddaje oddanie i poświęcenie mężowi – w starciu z Radą Królewską postawiłbym na nią bez wahania. Choć wydaje się piękna i skromna, drzemie w niej ogromna pasja. Jej kwestia o potędze głosu Farinellego jest wygłoszona po mistrzowsku. Subtelna, skomplikowana więź między Izabelą a Farinellim jest wzruszająco pokazana przez Grove i Crane’a, którzy grają w idealnej harmonii. To hojne, szczegółowe i klasowe kreacje.
Edward Peel jest odpowiednio arogancki i irytujący jako drobiazgowy Grand Hiszpanii, De la Cuarda – urzędnik nieufający swojemu zdezorientowanemu monarsze. Huss Garbiya i Colin Hurley jako doktor Cervi i Metastasio mają mniej miejsca dla siebie, ale obaj spisują się znakomicie, dodając kolorytu jako charakterystyczne postaci w tej oszczędnej w gwałtowne zwroty akcji narracji.
Sztuka van Kampen to przepiękna konstrukcja poruszająca istotne tematy: uzdrawiającą moc muzyki, kwestię „sztuki wysokiej” i jej dostępności dla społeczeństwa, piękno w nienaturalnej formie oraz relację między cierpieniem a wielkością. To wszystko fascynujące aspekty głównego klejnotu w koronie autorki: unikalnej, osobliwej więzi Farinellego z Filipem. Obaj uważają, że znaleźli się w swoim położeniu z nienaturalnych powodów: Farinelli przez kastrację, Filip, bo dziadek Król Słońce wybrał go na to stanowisko. Obaj cierpią pod ciężarem, który dźwigają.
Jednocześnie obaj zaczynają doceniać przymioty i zdolności drugiego, odnajdując w nich ukojenie. W drugim akcie oglądamy zachwycającą sekwencję, w której Filip aranżuje występ Farinellego dla lokalnej społeczności w lesie, gdzie zamieszkali, obcując z naturą i „muzyką sfer”. To kluczowy moment dla obu: Filip daje do zrozumienia, że wspiera pasję żony do opery i otwiera ją na masy; sugeruje Farinellemu powrót do występów publicznych, by inni mogli cieszyć się jego darem; a Farinelli uświadamia sobie, że jego rola w uzdrawianiu króla osiągnęła swój kres.
W programie van Kampen pisze: „Rola Króla jest specyficzna – aktor musi wejść w umysł i ciało człowieka głęboko zaburzonego, a jednocześnie bardzo kochanego. Muszę przyznać, że kreacje Marka w roli Hamleta z 1988 i 2000 roku były dla mnie kluczowe przy tworzeniu tej postaci; Hamlet zachowuje się podle wobec wszystkich (z wyjątkiem Horacego), a jednak widz mu kibicuje. To oczywiście geniusz Szekspira, ale zdolność Marka do grania takich ról (jak Johnny 'Rooster' Byron w Jerusalem w 2011 roku) sprawiła, że widziałam go w samym sercu tej sztuki”.
Bez wątpienia. Rylance jest mężem van Kampen, więc miała ona lata na obserwację jego aktorskiego kunsztu. Widać to w tekście: rola Filipa jest stworzona dla aktora zmiennego, pełnego gracji, który potrafi kwilić jak dwulatek i ryczeć jak tyran – a wszystko to w ramach jednego, złożonego portretu dysfunkcji.
Rylance jest znakomity pod każdym względem, szczególnie w ukazywaniu pokornej cierpliwości, która leży u podstaw racjonalnych momentów Filipa. Jest bardzo zabawny, ale jednocześnie przejmująco oddaje ból i trud depresji. Zdarzają się chwile, gdy Filip wyładowuje się na Izabeli, raniąc ją – niemal łamiąc jej nadgarstek czy zagryzając wargę; to momenty czystej dzikości, napędzane furią zrodzoną z szaleństwa, które Rylance oddaje po mistrzowsku.
Z lekkością i okiem do komizmu, Rylance ukazuje walkę króla o poczytalność i godne sprawowanie urzędu. Często przełamuje czwartą ścianę, zawsze z dobrym skutkiem, a jego zachwyt nad muzyką Farinellego jest inspirujący. Dobrze jest w końcu zobaczyć go na deskach Sam Wanamaker.
Jonathan Fensom przygotował sprytną i wystawną scenografię. Jego rozwiązanie scen leśnych w drugim akcie było szczególnie udane. Kostiumy zachwycają detalami i kolorami – suknia Izabeli w scenach leśnych zapiera dech w piersiach.
Produkcja Dove’a jest łagodna i olśniewająca. Sztuka ta nie zmieni świata ani nie sili się na ścisłą wierność historyczną, ale jest pełna ciepła i radości. Świetna historia, wybitne aktorstwo i niesamowita muzykalność – to potężny koktajl gwarantujący udany wieczór w teatrze.
Spektakl Farinelli And The King zostanie przeniesiony do Duke Of York's Theatre 14 września 2015 r.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności