Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Happy Days, Young Vic Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Radosne dni (Happy Days)

Young Vic Theatre

31 stycznia 2014

4 gwiazdki

Choć spędziłem lwią część ostatnich czterech lat, zastanawiając się, kogo przypomina Matt Smith, gdy wspinał się po TARDIS – zwłaszcza gdy wchodził w tryb „poważny” – olśnienie nie nadchodziło. Dopiero gdy finałowy akt Radosnych dni Samuela Becketta (obecnie wystawianych w Young Vic w reżyserii Natalie Abrahami) ukazał zakurzoną, zdesperowaną, a chwilami niemal demoniczną Juliet Stevenson jako Winnie, zakopaną po szyję w kamieniach i żwirze, odpowiedź nagle stała się jasna. Jej twarz była tak bliska rysom Smitha, jak to tylko możliwe – co okazało się równie alarmujące, co odkrywcze. Radosne dni nie są wesołą sztuką. To Beckett w swoim najbardziej konfrontacyjnym, a zarazem zrozumiałym wydaniu; nieustępliwie surrealistyczny i niepokojący. Ten w gruncie rzeczy monolog jest testem wytrzymałości zarówno dla aktorki, jak i dla widowni.

Produkcja Abrahami jest niezwykła pod wieloma względami.

Oświetlenie autorstwa Paule Constable rzuca na kolana; poczucie przytłaczającego, nieustępliwego upału i blasku zostało oddane po mistrzowsku. Tom Gibbons odpowiada za sferę dźwiękową i jest ona porażająca. Ogłuszające skrzeki świdrującej agonii zmuszają Winnie do zachowania czujności, wyrywając przy tym widzów z roli obserwatorów i katapultując ich prosto w sam środek tego doświadczenia.

Do tego dochodzi scenografia. Vicki Mortimer stworzyła przestrzeń, która przywołuje na myśl trumnę, kamieniołom, egipski grobowiec, miejsce rytualnego pochówku, osobliwe miejsce na wakacje,

jakiś specjalny sektor piekła poświęcony torturom, a nawet gigantyczną stopę. W samym sercu tego wszystkiego znajduje się Winnie: w pierwszym akcie zakopana po pas w kamieniach, w drugim już po szyję, podczas gdy za jej plecami – niczym piasek w klepsydrze – w nieregularnych odstępach osypują się odłamki skał, czasem струżką, czasem lawiną. Poczucie nieuchronnego końca jest gęste, a każdy element scenografii potęguje to wrażenie.

Połączenie tych wszystkich talentów tworzy zdumiewające ramy dla wyznań Winnie. Wątpię, by można było wykreować surowszą lub bardziej opustoszałą wizję świata Becketta.

Stevenson jest u szczytu formy i wykorzystuje każdą dostępną sztuczkę, by uczynić swoją Winnie niezapomnianą. Wspaniale operuje wzrokiem, a w każdym jej geście czuć rytualność i rezygnację. Z niezwykłą lekkością oddaje udrękę codziennej, jałowej egzystencji, wykazując się przy tym aktorską zręcznością w przywoływaniu drobiazgów, które pozwalają jej przetrwać czas. Scena, w której wydobywa pozytywkę, jest czystym pięknem, stanowiącym całkowity kontrast dla surowego, nagłego pojawienia się pistoletu.

Aktorka wykorzystuje każdy aspekt swojego głosu, by nadać słowom Becketta odpowiednie tempo, barwę i precyzję. Buduje wizję życia przyziemnego, pogrzebanego pod ciężarem niepojętego trudu, a jednak wciąż życia – pełnego wspomnień o radości i chwilach, które nadają mu sens.

Stevenson zachwyca szczególnie w desperackim drugim akcie. Jej krzyki przerażenia i wycieńczenia robią ogromne wrażenie. To potężna i zapadająca w pamięć kreacja. Można jednak odnieść wrażenie, że nie jest to jeszcze absolutne maksimum jej możliwości – w pierwszym akcie wydaje się nieco zbyt powściągliwa. Gdyby technika i hart ducha, które prezentuje w drugiej części, były w pełni obecne od samego początku, moglibyśmy mówić o roli życia.

W niewdzięcznej, lecz trudnej roli wiecznie pomrukującego Williego – mężczyzny, który zawsze tam jest, grzebiąc w ciemnościach w poszukiwaniu kierunku i pociechy – David Beames jest tak dobry, jak tylko można być w tej partii. To dzięki niemu dostrzegamy prawdziwie wzruszającą stronę Winnie w wydaniu Stevenson.

To produkcja Radosnych dni na poziomie, jakiego rzadko się doświadcza, a Stevenson lśni na scenie. Choć może nie aż tak jaskrawo, jak sugerowałoby to bezbłędne oświetlenie Paule Constable.

Mimo to, jest to wielkie osiągnięcie dla Young Vic i Natalie Abrahami.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS