Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Happy Endings w Arcola Theatre ✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Gillian Kirkpatrick, Karen Archer, Andrea Miller i Thea Beyleveld (fot. Piers Foley) Happy Endings

Arcola Theatre

10 lutego 2015

1 gwiazdka

Znajdujemy się na oddziale onkologicznym. Poznajemy cztery pacjentki w trakcie chemioterapii. Jedna, urodzona w Auschwitz, jest zdeterminowana, by nie dać rakowi wygrać. Druga, pobożna żona i matka aspirująca do roli sędziny rabinackiej, modli się o ocalenie. Trzecia uważa raka za dar – rodzaj sygnału do przebudzenia, który pozwala docenić życie, jednoczy rodzinę i zapewnia miłość bliskich. Czwarta jest aktorką.

Ta ostatnia decyduje się – akurat po antrakcie – przerwać chemioterapię. Chce być niezależna, zatańczyć na weselu córki za dwa tygodnie i zachować jakość życia, której pozbawiłoby ją wyniszczające leczenie. Lekarz spiera się z nią, próbuje przemówić do rozsądku. Pyta ze złością, czy wyobraża sobie, że w niebie czeka na nią 57 prawiczków. W najzabawniejszym momencie sztuki ona odpowiada: „57 prawiczków to moja wizja piekła”.

Oto „Happy Endings”, zapowiadany jako nowy musical, wystawiany obecnie w Studio One w Arcola Theatre. Napisany przez Anat Gov, nagradzaną izraelską dramatopisarkę, opisany jest jako „muzyczno-komiczna fantazja o temacie, o którym ludzie nie rozmawiają”. Program milczy na temat tego, kto odpowiada za przekład dialogów i tekstów piosenek, ale trudno nie odnieść wrażenia, że sedno sztuki kompletnie zagubiło się w tłumaczeniu. Przykładowo, oto autentyczny fragment tekstu piosenki:

„Możesz poczuć się markotnie,

Gdy coś guzkowate dotkniesz.”

No cóż.

To nie jest musical – to sztuka z kilkoma słabymi, pastiszowymi numerami. Nie jest to też specjalnie „fantazja”, choć pojawiają się dwie dziwne sekwencje muzyczne: jedna z udziałem próżnego i aroganckiego doktora, druga z postacią Raka (z krabimi szczypcami w ramach osobliwego nawiązania do znaku zodiaku) jako latynoskiego tancerza. Obie sceny nużą – i nie jest to wina wykonawców ani choreografii Jordiego Guitarta.

W programie cytowana jest Gov: „Chcę przede wszystkim rozmawiać o tym temacie – wypowiadać słowo 'rak' bez strachu... Mam nadzieję, że ludzie wyjdą z tego przedstawienia z mniejszym lękiem przed chorobą i śmiercią. Sztuka stawia pytania o sens życia i o to, czy jesteśmy gotowi żyć za wszelką cenę”.

Ta produkcja stawia jednak pytania o sens teatru i o to, czy jesteśmy gotowi za każdą cenę oglądać tak mizerne widowisko. I daje na nie jasną odpowiedź.

W obecnym tłumaczeniu materiał jest wybitnie niedopracowany. Większość pierwszego aktu jest bezproduktywna i nużąca. Gdyby go umiejętnie skrócić i przekształcić w 70-minutową całość, ten dwugodzinny spacer przez oddział onkologiczny mógłby zadziałać zgodnie z intencjami autorki. Drugi akt zawiera kilka ciekawych momentów, gdy aktorka próbuje przekonać współtowarzyszki i personel, że nie oszalała, a rezygnacja z chemii to jej świadoma droga ku końcowi. Poruszane są trudne kwestie, w tym sposób, w jaki strach przed ubezpieczycielami i procesami wpływa na opiekę medyczną.

Można sobie wyobrazić, że tańczący Rak mógłby prowadzić tango z każdą z pacjentek, a może i z personelem – co byłoby błyskotliwym sposobem na pokazanie wpływu choroby na życie. Elementy fantastyczne mogłyby napędzać narrację znacznie zręczniej. Prawdopodobnie jednak bez tych nieszczęsnych szczypców.

W obecnej formie tekst się jednak rozmywa i tylko momentami wykazuje oznaki życia.

Główną odpowiedzialność ponosi tu reżyser Guy Retallack. W programie zachwyca się „wnikliwością i dowcipem” tekstu, ale w jego inscenizacji nie ma śladu po żadnym z nich. Ta nużąca fantazja nie daje ani przyjemności, ani głębszego wglądu.

Pomysł Gov – konfrontacyjna fantazja muzyczna o realiach choroby i ludzkich postawach – jest inspirujący. W drugim akcie „Happy Endings” zdarzają się przebłyski prawdy, bólu i mądrości, które wniosła do tej pracy autorka (zmarła na raka w 2012 roku).

Jeśli „Happy Endings” ma mieć szczęśliwe zakończenie, potrzebuje sprawnego dramaturga, który weźmie się za ten przekład. NHS powinien to sfinansować, bo gdyby wizja Gov nabrała prawdziwej mocy, byłoby to widowisko obowiązkowe.

„Happy Endings” można oglądać do 7 marca 2015 roku. Odwiedź stronę internetową Arcola Theatre.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS