Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Other Desert Cities, Old Vic Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Other Desert Cities

Old Vic Theatre

21 marca 2014

2 Gwiazdki

Reżyser teatralny ma kilka kluczowych obowiązków: opracowanie i wdrożenie koncepcji lub wizji tekstu, która będzie z nim współgrać, czyniąc produkcję aktualną, zrozumiałą i angażującą; kierowanie zespołem innych twórców w realizacji tej wizji; zrozumienie postaci na tyle głęboko, by aktorzy mogli je wiarygodnie wykreować; dobór obsady zdolnej sprostać wymaganiom roli oraz wydobycie z każdego współpracownika tego, co najlepsze, aby spektakl mógł wzbić się na wyżyny zgodnie z założoną koncepcją.

Moim zdaniem kluczem jest zawsze casting.

Nawet najwspanialsza wizja czy koncepcja na świecie rozbije się o ostre skały błędów obsadowych. Jeśli jednak obsada jest trafiona, można pokonać słabości sztuki czy rozdźwięk między tekstem a wizją. Genialne aktorstwo potrafi zatuszować niemal wszystko.

Złe aktorstwo rzuci za to snop światła w każdy mroczny zakamarek produkcji – często będzie to światło ostre i bezlitosne.

Sztuka "Other Desert Cities" autorstwa Jona Robina Baitza – twórcy serialu "Brothers And Sisters" (Bracia i siostry), dwukrotnie nominowanego do Nagrody Pulitzera, w tym raz za ten właśnie tekst – jest obecnie grana przedpremierowo w Old Vic w reżyserii Lindsaya Posnera.

Nie jest to najwybitniejszy dramat, jaki kiedykolwiek napisano, ale to solidna propozycja teatralna. To kameralny dramat rodzinny o tajemnicach, kłamstwach, polityce i namiętności; przygląda się on również (dość bezkompromisowo) kulisom Partii Republikańskiej w USA, presji i ambicjom towarzyszącym zawodowi pisarza oraz temu, do czego może skłonić miłość – od czynów szlachetnych, po te złe i zupełnie obojętne.

Jej największą siłą są fantastycznie skomplikowane i cudownie autentyczne postacie należące do tej skrajnie dysfunkcyjnej rodziny: Polly, lodowata matriarchini, która zasłynęła postawieniem się Barbarze Bush i jej świcie; Lyman, były gwiazdor filmowy, który został politykiem, dyplomowany mistrz uprzejmości i koncyliacji; Silda, siostra Polly, alkoholiczka na odwyku, której wściekłość na zależność od siostry jest rozległa jak wszechświat; Trip, uzależniony od seksu młodszy syn, tworzący telewizję dla mas, który odziedziczył wszystkie umiejętności dyplomatyczne niezbędne do poruszania się po rodzinnym polu minowym; oraz Brooke, cierpiąca na depresję, utalentowana pisarka, która nie zaznała spokoju od dnia samobójczej śmierci swojego starszego brata i zarazem najlepszego przyjaciela.

Podczas pewnych świąt Bożego Narodzenia rodzina spotyka się, by wspólnie świętować, gdy Brooke ogłasza, że napisała książkę o śmierci brata, przedstawiając ją tak, jak ją sobie wyobraża. Jej nienawiść do republikanizmu łączy się z wyidealizowanym wyobrażeniem o utraconym rodzeństwie, co ma ukoić jej własne cierpienie. Książka jest brutalnym atakiem na rodziców, ich przyjaciół i przekonania. Grozi rozbiciem rodziny na zawsze. W rezultacie członkowie rodziny wyznają sobie prawdy, z którymi nigdy wcześniej się nie mierzyli ani którymi się nie dzielili.

Polly, Brooke i Silda to trzy wspaniałe role kobiece; w Nowym Jorku tchnęły w nie życie Stockard Channing, Rachel Griffiths i Linda Lavin.

West End nie miał już tyle szczęścia.

Kiedy ogłoszono obsadę tej produkcji, założyłem, że Claire Higgins zagra Polly. Ma ona odpowiednią charyzmę, głos, lodowate, miażdżące spojrzenie i fundamentalną twardość, której wymaga ta rola – Polly po stracie najstarszego syna otoczyła serce stalą, a ta siła, izolacja i determinacja są kluczowe dla jej postaci. Ale nie, tutaj rolę tę gra Sinéad Cusack – aktorka posiadająca stalową nieugiętość budyniu i spojrzenie, które co chwilę grozi wybuchem płaczu, zamiast stawić czoła Barbarze Bush.

Cusack jest kompletnie niedopasowana do roli Polly, przez co cała sztuka traci równowagę.

Cusack chce być kochaną; Polly nie. Cusack skomle; Polly nie. Cusack stosuje zapowiedzi emocjonalne; Polly nie. Cusack wydaje dźwięk niczym przerażony, wściekły jamraj, gdy Brooke ogłasza wydanie książki; Polly tego nie robi. Cusack nie potrafi iść prosto w szpilkach; Polly potrafi.

Niemożność zbliżenia się Cusack do prawdziwej Polly jest tym bardziej tragiczna przez obecność Higgins, która marnuje się w roli Sildy. Nie chodzi o to, że nie jest dobrą Sildą – jest świetna – ale mogłaby być wielką Polly. Właściwie Cusack prawdopodobnie sprawdziłaby się jako Silda u jej boku.

Higgins jest tu najlepsza, gdy milczy, obserwuje lub myśli. Spojrzenie czystego pożądania, jakim obdarza butelkę whisky. Przeszywający ból w oczach, gdy patrzy na Brooke słyszącą zapowiedź porzucenia przez matkę. To dziwne spojrzenie z oddali, jakim co jakiś czas obrzuca Lymana. Radosna zapalczywość, gdy przygotowuje się do przejęcia jointa Tripa. Każdy element postaci Sildy jest na miejscu; wszystko, czego Higgins potrzebuje do pełnego sukcesu, to dobra Polly.

Martha Plimpton zmaga się z odnalezieniem Brooke, głównie dlatego, że nie ma Polly, od której mogłaby się właściwie "odbić". Ale ostatecznie ją odnajduje, a początek drugiego aktu, kiedy wraz z Tripem (Daniel Lapaine) prowadzą głęboką dyskusję o rodzicach, jest punktem kulminacyjnym spektaklu. Pracują razem jak brat z siostrą, iskrzy między nimi, co pozwala im obojgu wznieść się na wyżyny. W tym momencie sztuka naprawdę nabiera barw.

Plimpton z wielką swadą prowadzi finałową scenę – lepiej, prawdę mówiąc, niż Rachel Griffiths na Broadwayu. Być może dzięki fałszywej Polly w wydaniu Cusack, Plimpton może dodać Brooke warstwy ciepła, które są wiarygodne i zrozumiałe. Jakikolwiek był powód, jej cięta mowa podczas promocji książki robi wrażenie.

Lapaine jest właściwie doskonały w roli Tripa na każdym etapie. To trudne zadanie, bo ma relatywnie mało do roboty poza byciem pośrednikiem między rodzicami a siostrą oraz kumplem dla siostry i ciotki. Udaje mu się jednak całkowicie bez słów, w złożony i fascynujący sposób, oddać udrękę, jaką przeżył w cieniu utraconego brata i pogrążonej w żałobie starszej siostry. Ten Trip jest przyzwyczajony do bycia poza rodzinnym blaskiem reflektorów, wręcz to preferuje. Nie ma w nim śladu rozpieszczenia, dzięki czemu Lapaine stanowi jaskrawy kontrast dla Brooke, a jednocześnie wyraźnie pozostaje jej oddanym fanem. To znakomity występ.

W drugim akcie jest moment, gdy Lyman mówi o przetrwaniu: "To było tylko aktorstwo, a ono przychodziło mi z łatwością". W ustach Petera Egana te słowa brzmią co najmniej ironicznie i przerażająco nieprawdziwie. Ponieważ jedyną rzeczą, której Peter Egan nie potrafi, to zagrać Lymana Wyetha – ani z łatwością, ani w ogóle. Podobnie jak Cusack, jest całkowicie pomyłką obsadową. Nie radzi sobie z powściąganą wściekłością, tliącym się niepokojem, jawnym gniewem czy zdruzgotaniem – a wszystko to Lyman musi z siebie wykrzesać w różnych momentach. W tej kreacji Lymana nie ma spójności: to poszatkowane, złe aktorstwo, pełne ociężałego stąpania i min zbitego psa. Jego wyjście z kwestią "Bez komentarza" przyprawia o ciarki zażenowania.

Powłóczy nogami po scenie jak żałosny Miś Paddington z wyrazem tępego osłupienia na twarzy. Nie ma w nim śladu dawnego męża stanu, bogatego przedsiębiorcy, światowca, a nawet ojca czy męża. Jego rola to bryła marcepanu tonąca w morzu przesłodzonego sentymentalizmu i przerysowanego, nijakiego uniżenia. Patrzenie, jak tonie w tej roli, jest bolesne.

Winę za to musi ponieść Posner. To niewłaściwa obsada do tej sztuki i jeśli uważa inaczej, nie powinien jej reżyserować. Co więcej, pozwala (a może wręcz wymaga), by Cusack i Egan dwukrotnie sugerowali tajemnicę leżącą u podstaw rozpadu rodzinnej dynamiki. Jest to zupełnie niepotrzebne i idzie pod prąd naturze postaci oraz samej sytuacji. I dramaturgii. Publiczność nie musi być "przygotowana" na to, co się wydarzy; znacznie lepiej, gdy to po prostu następuje. Niech szok uderzy tak, jak powinien, biorąc pod uwagę charakter tych świetnie napisanych postaci. Dobry reżyser właśnie tak by postąpił.

Old Vic powróciło do układu sceny In-The-Round (widownia wokół sceny), co sprzyja większej intymności z grą aktorską. W przypadku tej obsady okazuje się to zgubne; dystans rampy mógłby pomóc Cusack i Eganowi, ale w tej konfiguracji każdy ich ruch jest bezlitośnie wyeksponowany.

To źle obsadzona i słabo przemyślana inscenizacja ciekawej sztuki współczesnej. Powinno to wypaść tutaj znacznie lepiej.

Mimo to warto wybrać się na spektakl dla Lapaine'a, Plimpton i Higgins.

Gdyby tylko Claire Higgins zagrała Polly...

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS