Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Szklana menażeria, Booth Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Fot.: Michael J Lutch Szklana menażeria

Booth Theatre

18 stycznia 2014

5 Gwiazdek

Zdarzyło mi się przespać niejeden profesjonalny spektakl na podstawie „Szklanej menażerii” Tennessee Williamsa. Zazwyczaj działo się tak dlatego, że męczący reżyserzy i egocentryczni aktorzy próbowali za wszelką cenę „coś udowodnić” lub „wycisnąć coś nowego” z tej sztuki. W efekcie ograbiali to – jak nazwał je sam autor – „dramatyczne wspomnienie” z jego lirycznego potencjału, uniwersalizmu i nieodłącznej siły płynącej z wyrazistych postaci.

Podobnie, gdy nowojorscy krytycy niemal jednogłośnie wpadają w zachwyt nad jakąś produkcją, często bywa to powodem do niepokoju lub przynajmniej do pewnej rezerwy. Zatem perspektywa obecnego wznowienia arcydzieła Williamsa na Broadwayu, granego w Booth Theatre, budziła we mnie zarówno obawy, jak i ciekawość.

Jednak... tuż po wejściu do Booth, niezwykła i przepięknie nastrojowa scenografia Boba Crowleya natychmiast narzuciła ton: totalnego oczarowania. Dom głównych bohaterów został podzielony na dwie części, z których każda unosiła się na wodzie, dzięki czemu odbicia i lustrzane obrazy stały się stałym, jednoczącym elementem. Widzimy to, co jest, i to, co wydaje nam się, że widzimy, a jednocześnie nie dostrzegamy tego, co faktycznie jest przed nami.

Zawrotne schody zewnętrzne pną się ku niebu, z jednej strony osadzając akcję w miejskiej Ameryce (konkretnie w St. Louis), a z drugiej odzwierciedlając wyżyny, na jakie wzniesie się dramat, oraz ideę kolekcji szklanych zwierzątek, które rzucą cień na życie jednej z głównych postaci.

W połączeniu ze zdumiewającym oświetleniem Natashy Katz, sound designem Clive'a Goodwina oraz przejmującą i idealnie dobraną muzyką Nico Muhly'ego, wizja Crowleya dotycząca rodziny Wingfieldów jest oszałamiająca: widmowa, przesiąknięta niezadowoleniem i kłamstwem, a jednocześnie tętniąca możliwościami.

W ten precyzyjny i magiczny świat wkracza czworo niesamowitych wykonawców. Już po kilku minutach staje się jasne, że to jedna z najlepszych interpretacji sztuki Williamsa, jaką komukolwiek przyjdzie zobaczyć w tym stuleciu. Trudno uwierzyć, by jakakolwiek wcześniejsza produkcja mogła jej dorównać pod względem detali, intensywności, skupienia i innowacyjności. John Tiffany błyskotliwie oświetla tekst; jego klarowność narracji oraz zręczne wykorzystanie środków wyrazu, stylu i sprytnych efektów tworzą jeden z najbardziej angażujących, ważnych i dynamicznych wieczorów, jakie można spędzić w teatrze. To mistrz i geniusz w jednym.

I trzeba przyznać, że ma doskonałego nosa do obsady.

Brakuje słów, by oddać złożoność, desperację, obsesyjne trzymanie się rzeczywistości, niebezpieczne ucieczki w przeszłość czy wybujałą dumę, którą wspaniała Cherry Jones wnosi do roli Amandy – matki rodzeństwa niszczonego przez jej urojenia. Każdy gest Jones jest inspirujący, perfekcyjny i dogłębnie przemyślany.

Jej ekscentryczne pojawienie się w starej, zniszczonej sukni balowej; euforyczne i niemal obłąkańcze wspomnienia o żonkilach; przebiegłe próby upicia córki przez Gościa; wreszcie druzgocąca świadomość beznadziejnej przyszłości, gdy okazuje się, że ów Gość ma już narzeczoną – wszystko to jest zagrane po mistrzowsku. Jones ucieleśnia fundament podejścia Tiffany'ego – jej Amanda to wersja zapamiętana, wcale nie realistyczna, lecz fantastyczna, dziwaczna i przytłaczająca, dokładnie taka, jak zapamiętałby ją narrator, Tom. Bo tak mu po prostu wygodniej. A mimo to, w każdym odruchu Jones kryje się bolesna prawda. To zdumiewająca kreacja.

Zachary Quinto jest idealny jako jej syn, Tom, który pragnie uciec z klatki rodzinnej tragedii i który, w swej egoistycznej naturze, ostatecznie to robi – tylko po to, by odkryć, że jego życie już zawsze będzie prześladowane przez los, jaki zgotował swojej ułomnej siostrze, Laurze. Quinto potrafi być zabawny i budzić sympatię, choć Tom to postać trudna do pokochania. Jego sceny z Jones są pod każdym względem wyśmienite.

Co nietypowe i być może nieoczekiwane, aktor ani razu nie sugeruje, że Tom jest gejem, na co upierało się wiele ostatnich inscenizacji. Ale podobnie jak niedawne wznowienie „Kotki na gorącym blaszanym dachu” udowodniło, że homoseksualny wątek poboczny nie jest niezbędny, by dramat Williamsa wybrzmiał w pełni, tak i Tiffany to potwierdza. Quinto po prostu desperacko chce wyjść z domu, a nie „wyjść z szafy”. I słusznie.

Jako niepełnosprawna Laura – dziewczyna uciekająca w świat szklanych figurek, bo presja rzeczywistości przerasta jej nieśmiałą naturę – Celia Keenan-Bolger odnosi absolutny triumf. Jest fantastycznie krucha, a jednocześnie w pełni wiarygodna, nie żebrząc przy tym o litość. Zachwyt w jej oczach, gdy patrzy na swoją lśniącą kolekcję, jest hipnotyzujący. Pięknie oddaje też szansę na wyzwolenie w scenie z Gościem, zwłaszcza w chwili tuż przed stłuczeniem jednorożca, gdy daje się ponieść tańcowi. Ekstaza i oddanie widoczne w jej oczach i całym ciele to widok cudowny. Jej późniejszy regres i kurczowe uczepienie się matki po wyjściu prawdy na jaw jest głęboko poruszające.

W być może najtrudniejszej roli Brian J. Smith jest nieustępliwie zwyczajny. Z chirurgiczną precyzją wykorzystuje każdą sekundę jako Gość, grając w sposób odświeżająco szczery i pospolity. Tak, jest przystojny; tak, łamie serce Laury; ale nie robi tego ze złośliwości – jest po prostu uwięziony w intrygach matki i syna.

Smith i Keenan-Bolger tworzą najlepszą scenę wieczoru. Mimo całej doskonałości Jones i Quinto, to właśnie spotkanie nieśmiałej Laury z męskim, pożądanym kandydatem na męża stanowi serce tej inscenizacji – jest porywające i tragiczne zarazem. To także jedyny fragment sztuki potraktowany realistycznie, przez co jego kontrast z bardziej przerysowanymi i stylistycznymi aspektami innych scen jest elektryzujący i doprawdy niezwykły.

A kiedy Jones wprowadza do tej sceny swoją zmienną, mistyczną i zagubioną Amandę, efekt jest porażający: jej twarz i oczy w momencie, gdy Smith wspomina o swojej narzeczonej, Betty, to jeden z najsilniejszych obrazów teatralnych, jakich kiedykolwiek doświadczyłem.

Kto by pomyślał, że Tennessee Williams może być tak nowoczesny, świeży, trafny, głęboki i magiczny? John Tiffany to wiedział.

Sprzedajcie co macie – auto, biżuterię, cokolwiek – ale zobaczcie ten spektakl, jeśli cenicie wielką dramaturgię. To jedyna w swoim rodzaju reinterpretacja klasyki teatru.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS