Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Importance Of Being Earnest, Vaudeville Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Bądźmy poważni na serio (The Importance Of Being Earnest)

Vaudeville Theatre

REZERWUJ BILETY

Penelope Wilton. Eileen Atkins. Maureen Lipman. Lindsay Duncan. Fiona Shaw. Frances Barber. Samantha Bond. Anna Chancellor. Deborah Findlay. Hermione Norris. Emma Fielding. Helen Mirren. Jane Asher. Joanna Lumley. Juliet Stevenson. Emma Thompson. Harriet Walter. Kim Cattrall. Amanda Donohoe. Alex Kingston. Barbara Flynn.

Bez większego namysłu można stworzyć listę wybitnych i niezwykle utalentowanych aktorek, dla których każdy chętnie wyłożyłby pieniądze, by zobaczyć je w roli Lady Bracknell – być może najbardziej nieśmiertelnej postaci Oscara Wilde'a – na West Endzie. Damy brytyjskiej sceny, Dench, Smith czy Keith, wszystkie mierzyły się z tą rolą, podobnie jak, w pewnym sensie, Siân Phillips: naszą recenzję tamtej inscenizacji znajdziecie tutaj. Prawda jest taka, że dla kobiet w pewnym wieku nie ma zbyt wielu genialnych partii, ale Lady Bracknell jest jedną z nich. Z pewnością znalazłoby się wiele innych godnych, wspaniałych aktorek, niewymienionych powyżej, które również mogłyby zagrać tę rolę z wielką klasą.

To nie jest tak, że ta sztuka jest wystawiana z taką częstotliwością jak, powiedzmy, Hamlet, który skupia się na roli, z którą młodzi aktorzy po prostu muszą się zmierzyć: chcą „dać z siebie” własną interpretację księcia Danii, tak samo jak starsi aktorzy marzą o swoim Learze, Willy’m Lomanie czy Malvoliu. Dlaczego więc aktorki nie miałyby mieć pierwszeństwa do swojej Lady Bracknell, gdy planowana jest nowa produkcja „Bądźmy poważni na serio”, zwłaszcza na West Endzie?

Odpowiedź brzmi, oczywiście: powinny. Mężczyźni nie powinni grać Lady Bracknell, ponieważ żaden mężczyzna nie wniesie do tej partii niczego, czego nie mogłaby wnieść kobieta, rola ta nie została napisana z myślą o mężczyźnie, a ról męskich przecież nie brakuje. To tylko kwestia ego aktora i nieukrywana próba przyciągnięcia tłumów do teatru. Pozwólmy świetnym aktorkom zatopić zęby w jednej z najlepszych ról komediowych wszech czasów. To powinno być mantrą każdego reżysera. Obsadzenie mężczyzny wydaje się objawem pogardy dla dobrych obyczajów życia teatralnego, co przypomina najgorsze ekscesy rewolucji francuskiej.

A jednak, w niewytłumaczalny sposób, David Suchet gra Lady Bracknell w nowym wznowieniu sztuki Wilde'a w reżyserii Adriana Noble'a, które właśnie rozpoczęło sezon w Vaudeville Theatre. Cóż, nie tak do końca niewytłumaczalnie – powody są jasne. Suchet chciał zagrać w komedii, chciał założyć sukienkę, a sponsorzy poczuli zapach pieniędzy z daleka. Czy to jednak wystarczający powód, by odbierać tak apetyczną rolę godnej jej kobiecie? Można by się zastanawiać, jak czułby się Suchet, gdyby to kobietę wybrano do roli Leara lub Malvolia zamiast niego?

Można przypuszczać, że dla Sucheta, podobnie jak dla samej Lady Bracknell, takie rozważania byłyby nieistotne. Niezależnie od tego, czy tak jest, jedynym pytaniem, które warto teraz zadać, jest to: czy David Suchet jest doskonałą Lady Bracknell?

Nie, nie jest.

Czerpiąc inspirację dla swojego wyjątkowo zabawnego inaczej występu z zawartych w scenariuszu odniesień do gorgony, potwora i mitu, Suchet wkracza na scenę, wciśnięty w gorset, w rękawiczkach i zapięty pod samą szyję, przypominając raczej kreskówkowego indyka. Kurak Leghorn w wersji drag. Raczej skrzeczy niż mówi, a jego głos jest osadzony na beznamiętnie jednostajnym, wysokim tonie. To popis rzemiosła, a nie sztuka. Potrafi rzucić piorunujące spojrzenie z bezwysiłkową swobodą, ale wszystko w jego Lady Bracknell jest całkowicie fałszywe, przesadzone, mało subtelne i wręcz błagające o aprobatę.

Lady Bracknell nie jest żadną z tych rzeczy. Jest damą z towarzystwa, żoną, matką, Lady... jest prawdziwą osobą. Nieugiętą. Humor, którego powinno być w niej pod dostatkiem, wypływa z jej szczerości, przekonań, wyśrubowanych standardów i chęci zapewnienia dostatku sobie i swojej rodzinie. Nie bierze się z robienia min czy zaciskania warg w pogoni za tanim poklaskiem.

Przesłuchanie Jacka w pierwszym akcie sztuki to jedna z najbardziej błyskotliwych i najzabawniejszych wymian zdań, jakie kiedykolwiek napisano. W tym przypadku Lady Bracknell nie wywołała u mnie ani razu śmiechu; Jackowi udało się parę razy, ale ona sprawiła, że była to dla niego ciężka praca. Prosta prawda jest taka, że mężczyzna w sukience, nieważne jak wybitnym aktorem byłby w innych okolicznościach, po prostu nie może odnieść sukcesu w roli Lady Bracknell, chyba że zagra ją jako kobietę – a nie jako wagnerowską drag queen z tubalnym głosem, przesadnymi manierami i przytłaczającą potrzebą bycia w centrum uwagi. Lady Bracknell nie jest główną rolą w tej sztuce i traktowanie jej w ten sposób to szkolny błąd.

Staje się to szczególnie rażące pod koniec sztuki, gdzie, co niepojęte, Suchet odgrywa finałowe momenty tak, jakby Lady Bracknell straciła coś o żywotnym znaczeniu. Suchet zostaje sam na scenie, w świetle reflektora. To bezwstydna próba wymuszenia owacji na stojąco, która – słusznie – nie nastąpiła. Lady Bracknell nie ma powodów do smutku – małżeństwo jej córki jest zaklepane, a jej siostrzeniec, Algernon, żeni się z bardzo bogatą Cecily. Ten mrok to po prostu narcystyczne bzdury ze strony Sucheta.

Oczywiście, Noble jest równie winny. Powinien był mocniej trzymać lejce reżyserskie.

Dotyczy to również postaci panny Prism (Michelle Dotrice) i kanonika Chasuble'a (Richard O'Callaghan); żadne z nich nie jest przedstawione jako prawdziwy człowiek. Nadmiar dziwactw, które zdobią ich występy, wcale nie służy humorowi. Te dwie postaci, zagrane serio i prawdziwie, potrafią być komiczne do łez. Ale nie tutaj.

Noble trafia jednak w dziesiątkę, jeśli chodzi o kwartet kochanków: Gwendolyn, Jacka, Cecily i Algernona. Bez wątpienia Emily Barber i Imogen Doel są absolutnie wyśmienite, bajecznie zaskakujące i pomysłowo urocze odpowiednio jako panna Fairfax i panna Cardew. Nigdy nie widziałem lepszych wykonań tych ról na zawodowej scenie.

Barber jest rewelacyjna jako wyniosła, uprzywilejowana i pełna wyższości Gwendolyn. Jej postawa, frazowanie, nienaganna sylwetka, precyzyjnie wyważona wymowa – wszystko jest tam na swoim miejscu. Jest wyraźnym odbiciem swojej matki, ale z własną energią i duchem. Jack ma rację, pytając Algernona, czy ta Gwendolyn skończy jak jej matka. Od Barber bije wielkomiejski szyk i to poczucie bogatego, próżniaczego nadmiaru, który cechuje tylko wyższe sfery. Ale ponieważ jej poczucie humoru jest tak wyraziście zarysowane, nie jest ona tylko mniejszą kopią Gorgony. Barber jest zadziwiająco dobra.

Podobnie Doel, która czyni z Cecily dziewczynę z prowincji w każdym calu; delikatną, romantyczną, momentami zadziorną, pełną wigoru, o szeroko otwartych oczach – swojską, ale o sercu wielkim jak słońce. Z cudownie gardłowym głosem, urzekająco nieskażona pozerstwem i z idealnym wyczuciem wieku Cecily (gdzieś pomiędzy dzieciństwem a wczesną młodością), Doel jest całkowicie wiarygodna i stanowi wyśmienitą przeciwwagę dla Gwendolyn. Jej wyczucie komizmu jest wybitne.

Słynna scena w drugim akcie, w której Gwendolyn i Cecily spotykają się, natychmiast się w sobie zakochują, rozmawiają, by po chwili szczerze się znienawidzić, toczą pojedynek (nad herbatą, cukrem i chlebem z masłem), rozwiązują zagadkę oszustwa i ostatecznie łączą się silniej niż wodór z tlenem w wodzie, jest wykonana po mistrzowsku; szczerze i świeżo, dzięki natchnionej grze obu aktorek.

Algernona gra Philip Cumbus, utalentowany i sympatyczny młody aktor, który jednak nie do końca wyzbył się nowoczesności w swoim podejściu; momentami przydałoby mu się więcej klimatu sprzed 200 lat. Ale z rozkoszą korzysta z tego, co oferuje mu rola, i nie mówię tu tylko o kanapkach z ogórkiem i muffinkach. Jest w nim godna podziwu łobuzerska figlarność i głęboko zakorzeniona ostentacja w każdym geście. Wraz z Doel absolutnie przekonują jako ofiary miłości od pierwszego wejrzenia (i pierwszego wspomnienia). Głód i entuzjazm Algernona wobec Cecily dorównuje jego zapałowi do jedzenia muffinek.

Zgodnie z oczekiwaniami, utalentowany Michael Benz jest wybornym Jackiem/Ernestem. Jego powaga we wszystkim, co robi, jest zaraźliwa; to on scala całą sztukę, tworząc ciepłą, zabawną i urokliwą centralną postać, której nie sposób nie kibicować. Przykrywa Sucheta swoją kreacją i buduje fantastyczną relację z Algernonem, Cecily i Gwendolyn. Jego poczucie przyzwoitości jest równie dobrze przemyślane, co jego zawadiacka niesforność. Jack łatwo może stać się postacią nudną, zwłaszcza przy kradnącym show, ekscentrycznym Algernonie – ale Benz bierze tę rolę i kształtuje ją w sposób, który mu idealnie pasuje.

To, co jest naprawdę wyjątkowe w występach Benza i Cumbusa, to sposób, w jaki ich gra od samego początku subtelnie zapowiada fakt, że są rodziną. To delikatne, mądre i naprawdę genialne. Podobieństwa widoczne we wszystkich trzech aktach wskakują na swoje miejsce, gdy panna Prism ujawnia skrywaną tajemnicę.

To właśnie akt drugi, jedyny, w którym nie pojawia się Suchet, jest momentem, w którym inscenizacja Noble'a osiąga swoje prawdziwe, zawrotne apogeum. Od absurdalnie żałobnego wejścia Jacka, po Algernona dosłownie wyjadającego ostatnie kęsy muffinki z ręki Jacka, z całym tym sielankowo-burzliwym zamieszaniem z Cecily i Gwendolyn w pakiecie – to komiczna błogość, która rozśmieszyłaby samego Oscara.

Kostiumy Petera McKintosha są zachwycająco szczegółowe, świetnie oddają epokę i charakter postaci. Wykwintny szlafrok Algernona, wspaniałe kamizelki Jacka, błękitna sukienka Cecily, idealnie dopasowane, obłędne kreacje Gwendolyn – wszystko jest jak należy. Dwa stroje Lady Bracknell również wyglądają świetnie; to sposób, w jaki zostały zaprezentowane, odbiera im blask. Scenografia jest odpowiednio „Wilde'owska” – w kwestii wizualnej naprawdę nie ma na co narzekać.

Jest tu wiele rzeczy godnych polubienia. Część widowni dała się porwać popisom Sucheta w przebraniu, ale nie mają oni pojęcia, jaka okazja została zaprzepaszczona. Świetna aktorka w tej roli sprawiłaby, że ta produkcja przeszłaby prawdopodobnie do historii. Suchet jest w porządku, jeśli nie wie się, jaką radością potrafi być Lady Bracknell. Od tego wszystkiego głowa może rozboleć... i to nie tylko od nadmiaru cukru do herbaty.

Spektakl Bądźmy poważni na serio (The Importance Of Being Earnest) w Vaudeville Theatre do 7 listopada 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS