Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Aida, Opera Holland Park ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Heather Shipp jako Amneris i Peter Auty jako Radames. Fot. Robert Workman Aida

Opera Holland Park

19.07.15

3 Gwiazdki

Muzyka i teatr pisane na specjalne okazje mają tendencję do pozostawania jedynie „okolicznościowymi”. Pasują do danego wydarzenia, lecz nie posiadają wystarczającej siły przebicia czy niezależnego artystycznego życia, by zasługiwać na kolejne wystawienia. Zdarzają się jednak wyjątki, a Aida Verdiego stanowi niezwykłą i wciąż aktualną lekcję tego, jak stworzyć porywające widowisko, które jednocześnie skrywa intymny dramat o ogromnej złożoności, zdolny wzruszać, a nie tylko imponować rozmachem. Każda udana produkcja wymaga, by oba te aspekty współgrały ze sobą i wzajemnie się napędzały. Choć pod względem muzycznym udało się to osiągnąć w Holland Park, walory inscenizacyjne nie zawsze okazywały się pomocne.

Ta opera niemal w ogóle nie powstała. Pod koniec lat 60. XIX wieku Verdi bardziej skupiał się na zarządzaniu swoim majątkiem niż na komponowaniu i dopiero ogromne honorarium od kedywa Egiptu przekonało go do przyjęcia zamówienia na otwarcie Opery w Kairze. Jednak gdy już się zaangażował, wykorzystał libretto Ghislanzoniego, by przelać na papier swoje najbardziej frapujące refleksje nad konfliktem między jednostką a wartościami wspólnoty, tyranią duchowieństwa oraz tym powracającym w całej jego twórczości motywem – relacją ojca z córką. Choć opera słynie, a może nawet cieszy się złą sławą, z powodu hałaśliwego triumfalizmu chóralnych partii w akcie II, reputację tę podważa większość partytury, cechująca się najwyższą delikatnością zarówno w linii wokalnej, jak i orkiestrowej palecie barw. To zróżnicowane połączenie jest tym trudniejsze do oddania w warunkach sceny częściowo plenerowej, ale Opera Holland Park ma już duże doświadczenie w wykorzystywaniu uroków swojego otoczenia, a wyzwanie rzucone przez owe praktyczne kontrasty zostało w tej produkcji podjęte z powodzeniem.

Gweneth-Ann Jeffers jako Aida i Peter Auty jako Radames. Fot. Robert Workman Mimo sławy i kluczowej pozycji w kanonie, Aida nie jest wystawiana aż tak często, z pewnością nie w Londynie. Przyczyna leży zapewne w kosztach – czy to związanych z obsadą, czy z ceną kostiumów, scenografii i towarzyszącego im faraońskiego przepychu. Pomysł na skromną produkcję jest po prostu niewykonalny. Wydaje się jednak, że istnieje także pewna rezerwa i niepewność co do wyboru odpowiedniej stylistyki. Czy orientalizm oryginału należy ująć w nawias, czy też dumnie go wyeksponować? Niezbędna jest tu decyzyjna interwencja reżyserska, a pod tym względem reżyser Daniel Slater poniekąd unika jednoznacznej odpowiedzi. Zaczynamy w nowoczesnym anturażu, by stopniowo przechodzić w znacznie bardziej tradycyjną i prostą interpretację, przy czym przejście między nimi nigdy nie zostaje dramatycznie uzasadnione. Choć nie umniejsza to znacząco przyjemności płynącej z wieczoru, opera zasługiwała na kredyt zaufania w postaci jasnego opowiedzenia się za jedną wizją przewodnią – bez względu na jej charakter, tradycyjny czy wywrotowy.

Zachowana fasada Holland House w stylu jakobińskim stanowi odpowiednio wzniosłe tło architektoniczne dla platformy scenicznej, na której pysznią się trzy posągi egipskich bóstw na postumentach. Scenograf Robert Innes Hopkins przenosi nas do galerii muzealnej, gdzie trwa wystawny bankiet wydany przez Amneris (Heather Shipp) i jej ojca, Króla (Keel Watson), z Ramfisem (Graeme Broadbent) w roli mistrza ceremonii. Przypadkowo rozlany drink staje się pretekstem do wejścia Aidy (Gweneth-Ann Jeffers) w stroju sprzątaczki, a znaczące spojrzenie między nią a Radamesem (Peter Auty), którego świadkiem jest Amneris, wprawia intrygę w ruch. Motyw przyjęcia dla darczyńców muzeum, które wymyka się spod kontroli, trwa co najmniej do końca drugiego aktu – Radames otrzymuje historyczną zbroję przed bitwą, a personel muzeum okazuje się być etiopskimi jeńcami. Scenę triumfu przyozdabiają klejnoty i skarby najwyraźniej zrabowane z innej części muzealnych zbiorów, a na scenie wybucha orgia napędzana przewidywalnym białym proszkiem i deszczem banknotów. Sytuacja uspokaja się w „scenie nad Nilem”, podczas ostatecznego sądu i wmurowania w grobowiec. Tutaj inscenizacja w końcu usuwa się w cień, pozwalając konfrontacjom między Aidą i jej ojcem oraz Radamesem i Amneris wybrzmieć z pełną mocą emocjonalną, aż do poruszającego finału. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zmarnowano szansę na mocniejsze zaakcentowanie niechęci Verdiego do kasty kapłańskiej rządzącej Egiptem. Antyklerykalizm i potrzeba wyraźnego rozdziału Kościoła od państwa to dominujący temat czwartego aktu i w zasadzie całego artystycznego życia kompozytora. Choć Heather Shipp jako Amneris przekazała tę wiadomość z wielką siłą, szkoda, że sama produkcja nie odniosła się do tego głównego wątku w sposób bardziej czytelny.

Graeme Broadbent jako Ramfis i Keel Watson jako Król. Fot. Robert Workman

Mimo tych niespójnych sygnałów, muzyczna strona przedstawienia wypadła znakomicie. City of London Sinfonia pod batutą Manlio Benziego miała bardzo udany wieczór. Sekcja dęta miała mnóstwo pracy zarówno na scenie, jak i poza nią – czy to w momentach triumfalnych, czy złowieszczych – i ze wszystkich tych zadań wywiązała się po mistrzowsku. W scenach ceremonialnych nie brakowało wigoru i rozmachu, a dla przeciwwagi usłyszeliśmy wiele delikatnych partii solowych i kameralnych interludiów. Benzi bardzo czujnie dostosowywał tempo akompaniamentu do potrzeb śpiewaków, choć niektóre chóry były prowadzone w zawrotnym tempie, co zdawało się wywierać na wykonawcach presję większą niż wymaga tego partytura. W roli tytułowej Jeffers zaimponowała wokalnie, prowadząc subtelne linie w scenach intymnych i potrafiąc górować nad pozostałymi głosami i orkiestrą w kluczowych momentach. Jej aktorska kreacja była początkowo nieco wycofana, lecz w pełni rozkwitła w dwóch ostatnich aktach, zwłaszcza we wspaniałym, pełnym pasji duecie z ojcem, etiopskim królem Amonasrem (Jonathan Veira), który nadał znaczenie każdej nucie w swojej stosunkowo niewielkiej roli. Peter Auty był tego wieczoru niedysponowany i jedynie ogrywał rolę Radamesa, podczas gdy zastępujący go śpiewak znajdował się w orkiestronie. Dzięki wysokiej klasie zmiennika oraz przekonującemu aktorstwu Auty’ego, zabieg ten mniej szkodził wiarygodności dramatycznej, niż można by przypuszczać. Pod pewnymi względami najciekawszą postacią w operze jest Amneris, która przeżywa najtrudniejsze dylematy i której życie wewnętrzne poznajemy głębiej niż w przypadku innych ról. To ona jest ucieleśnieniem konfliktu między pragnieniami jednostki a obowiązkiem wobec państwa, a w finale staje się głosem tego, co sam Verdi chciałby, abyśmy poczuli i przemyśleli. Po nieco sennym początku, Heather Shipp potężnie wyeksponowała te wymiary swoją silną osobowością sceniczną oraz heroicznym, a zarazem lamentnym tonem. Keel Watson i Graeme Broadbent stanowili dla niej doskonałą basową przeciwwagę, tworząc wyraziste kreacje faraona i arcykapłana. W dziele, które wyjątkowo mocno opiera się na partii chóru, zespół Opera Holland Park, liczący ponad trzydzieści osób, wykonał kawał świetnej roboty – nie tylko wokalnie, ale i pod względem dynamicznego ruchu scenicznego, za co słowa uznania należą się choreografce Maxine Braham.

To wielka opera, która zniesie wiele interpretacji. Nie ma w niej jednak miejsca na kompromisy. Ostatecznie trzeba ją wystawić albo tradycyjnie, z absolutnym przekonaniem, że poruszane w niej tematy są tak samo ważne dla naszej kultury dziś, jak były dla Verdiego w XIX wieku, albo – jeśli tradycyjna oprawa budzi zbyt wiele kontrowersji lub przekracza budżet – zaproponować w pełni przemyślany scenariusz alternatywny. Mimo wybitnych walorów muzycznych i wizualnych, ta produkcja nigdy do końca nie dokonuje tego wyboru. A jeśli istnieje jedna zasada, którą ta historia nieuchronnie reprezentuje, jest nią konieczność zajęcia stanowiska i wytrwania w nim do samego końca.

Więcej informacji na temat Opera Holland Park znajdziesz na ich stronie internetowej.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS