WIADOMOŚCI
RECENZJA: An Octoroon, National Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
pauldavies
Share
Paul T Davies ocenia spektakl An Octoroon autorstwa Diona Boucicaulta w adaptacji Brandena Jacobsa-Jenkinsa, wystawiany obecnie w National Theatre.
Ken Nwosu w spektaklu An Octoroon. Fot. Helen Murray An Octoroon.
The Dorfman, National Theatre.
19 czerwca 2018
5 gwiazdek
Dion Boucicault był w latach 1840–1880 najsłynniejszym i najbardziej płodnym dramaturgiem na świecie, a wśród jego licznych wielbicieli znajdowała się sama królowa Wiktoria. To on, między innymi, wprowadził system tantiem dla autorów sztuk. Dziś nieco zapomniana, jego napisana w 1859 roku sztuka „The Octoroon” – oparta na horrorze niewolnictwa, którego był świadkiem w Nowym Orleanie – spotkała się zarówno z uznaniem krytyków, jak i oburzeniem, urażając obie strony sporu o niewolnictwo. Obecnie Branden Jacobs-Jenkins prezentuje swoją adaptację tego dzieła. Prolog wygłoszony przez czarnoskórego dramaturga na temat tego, co oznacza kolor skóry, po mistrzowsku nadaje ton całości. Oczywiście w czasach Boucicaulta biali aktorzy malowali twarze na czarno, by grać niewolników. Kiedy my patrzymy na czarnoskórego aktora malującego się na biało, białego aktora charakteryzującego się na czerwono do roli rdzennego Amerykanina oraz azjatyckiego aktora w technice „blackface”, wiemy, że mamy do czynienia z dziełem uderzającym w samo sedno rasizmu. Na początku nie wiemy jedynie tego, jak porywająca i oryginalna będzie to sztuka.
Vivian Oparah i Celeste Dodwell w An Octoroon. Fot. Helen Murray Jest to zasługą innowacyjnej, energetycznej i zdumiewającej reżyserii Neda Bennetta, która czerpie z melodramatyzmu oryginału, wystawiając go, w miarę możliwości, w stylu dziewiętnastowiecznym. Spektakl, pierwotnie wystawiany w Orange Tree Theatre, zachowuje swoją kameralność, a czwarta ściana nie zostaje jedynie naruszona – zostaje wręcz roztrzaskana w drobny mak poprzez bezpośrednie zwroty do widzów i obnażenie mechanizmów teatru. Czarnoskóry dramaturg i Boucicault kłócą się o podejście do sztuki i o to, jak to „kiedyś było lepiej”. Meta-teatr piętrzy się przed nami, gdy obserwujemy ekipę techniczną zmieniającą dekoracje, podczas gdy Jacobs-Jenkins tłumaczy, dlaczego nie możemy zobaczyć finału czwartego aktu z płonącym statkiem. Mimo to dostajemy płomienie, dostajemy awanturniczą akcję, a śmiałość i ambicja tej inscenizacji sprawiały, że co chwilę zbierałem szczękę z podłogi. W jednej z niezwykle wymownych scen Jacobs-Jenkins skarży się Boucicaultowi, że motyw fotografii jako kluczowego dowodu jest bezużyteczny w naszej erze selfie. Po czym pokazuje nam jedno jedyne zdjęcie, które wypala grozę rasizmu pod powiekami.
Iola Evans w An Octoroon. Fot. Helen Murray.
Zespół aktorski jest fantastyczny. Wcielając się w postać dramaturga, „bohatera” George'a oraz „czarnego charakteru” Closky'ego, Ken Nwosu daje popis niesamowitej sprawności fizycznej, energii i siły, w drugiej części dosłownie przeskakując z jednej postaci w drugą. Jeśli w tym roku w Londynie pojawi się lepsza rola męska, z pewnością będę chciał ją zobaczyć. Kevin Trainor jest wyśmienicie złośliwy i sardoniczny jako alter ego Boucicaulta, a Alistair Toovey idealnie oddaje zinternalizowany rasizm jako niewolnik domowy Pete. Kobiety, na których spoczywa jeszcze więcej warstw opresji, są znakomite. Iola Evans jako tytułowa Oktoronka Zoe emanuje poruszającą wrażliwością, Celeste Dodwell jest genialnie rozpieszczoną Grace, a Vivian Oparah i Emmanuella Cole komentują i relacjonują wydarzenia z cierpką ironią i humorem. Każde wyciemnienie pozostawia nas z pytaniem, co zobaczymy za chwilę, a postać Brata Królika (świetna fizycznie Cassie Clare) to materiał na koszmary. Muzyka jest wykonywana na żywo przez wiolonczelistę Kwesi Edmana, a światło i dźwięk stają się niemal osobnymi postaciami.
Ken Nwosu i Alastair Toovey w An Octoroon. Fot. Helen Murray Wystawiony na scenie typu arena, spektakl zachwyca geniuszem polegającym na tym, że jednocześnie śmiejemy się z melodramatu, a zarazem w pełni angażujemy się w problematykę wpływu i dziedzictwa rasizmu. To prawda, że finałowy akt wydaje się nieco wyciszony po wielkim widowisku aktu czwartego, ale ma to niewielkie znaczenie w obliczu tak wielkiej oryginalności i stylu. Ciesząc się z wiadomości, że sztuka „Nine Night” w grudniu przenosi się do Trafalgar Studios, mam nadzieję, że „An Octoroon” podąży tą samą drogą do większego teatru lub zostanie wznowiony. Do tego czasu warto walczyć o bilety na ten wyprzedany sezon. To coś nadzwyczajnego.
Spektakle do 18 lipca 2018
ZAREZERWUJ BILETY NA AN OCTOROON
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności