Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Cautionary Tales For Daughters, Jermyn Street Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Cautionary Tales For Daughters: Opowieści, których nie nauczyła Cię matka

Jermyn Street Theatre,

31 stycznia 2017 Bilety

Tanya Holt rozpoczyna swój jednoosobowy show w niezwykle ujmujący sposób, a na klawiszach i w chórkach towarzyszy jej niezawodna kierownik muzyczna, „Fred” (czyli Birgitta Kenyon).  Przez chwilę zastanawiamy się, czy trafiliśmy w klimaty tria „Fascinating Aïda”, gdzie lekki repertuar serwowany jest jedną ręką, podczas gdy w drugiej spoczywa solidna, niekoniecznie metaforyczna szklanka ginu z tonikiem.  Te wątpliwości szybko jednak pryskają.  Holt błyskawicznie pokazuje pazur, zamieniając uśmiechy na ostro zarysowane spostrzeżenia dotyczące życia i charakterów. Sięga po kolejne instrumenty z taką samą swobodą, z jaką zmienia style muzyczne, formy ruchu, recytacje i monologi, zależnie od potrzeb chwili.  Choć całość jest precyzyjnie wyreżyserowana i dopracowana w najmniejszym szczególe, sprawia wrażenie całkowicie spontanicznej i improwizowanej improwizacji.  I niebezpiecznej.  Z taką artystką możemy zabrnąć wszędzie – i pod jej wodzą, rzeczywiście tak się dzieje.

Po zwodniczo niewinnym otwarciu (zawierającym przerysowaną parodię „My Way”), piosenka o „Sylvii” w wieży, pytającej „Gdzie ja jestem i gdzie jesteś Ty?”, uderza zbyt przejmującym tonem, by przejść obok niej obojętnie.  Podczas gdy swobodna konferansjerka przenosi nas między kolejnymi winietami, mistrzowsko poprowadzone światło (autorstwa prawdopodobnie reżysera i współautora tekstu, Robina Kingslanda) snuje własną opowieść, podobnie jak niepokojące projekcje wideo Vesny Krebs.  Muzyka Daniela Dibdina świetnie uzupełnia kompozycje samej wykonawczyni – aranżacje są odważne i zaskakujące, od radosnego przepychu po surowy minimalizm. Z kolei rekwizyty Millie Davies wypełniają przestrzeń sceny obok całego arsenału instrumentów (kiedy ostatnio widzieliście rewię z wykorzystaniem liry korbowej czy cytry?).

Zanim dotrzemy do historii o „Bad Tattoo” – genialnie prześmiewczej power-ballady z lat 80. – oraz piosenki „Gold” o współczesnych „rodzicach-helikopterach”, staje się jasne, że obcujemy z nieprzeciętną inteligencją, wychodzącą daleko poza ramy kawiarnianego kabaretu.  Błyskotliwy numer country „I Wanna Be A Cowboy” to efektowna dekonstrukcja stereotypów płciowych, podana w stylu słodko-gorzkiej Dolly Parton przechodzącej kryzys.  Następnie „Daddy’s Girl” naturalnie przeradza się w recytację w stylu lat 30., przywodzącą na myśl Cicely Courtneidge, ale ostatecznie osadzającą nas po „ciemnej stronie” życia.  Eludycja Holt pozwala jej na swobodne przywołanie Hilaire’a Belloca (którego tomik o tym samym tytule, karcący niesforne dzieci, ukazał się równe 110 lat temu), czyniąc to z pochlebnym założeniem, że widz doskonale wie, o co chodzi.

Nagle przenosimy się w rejony retro-folku w utworze „A Worthy Man Once In Fayre Garish Towne”, wykonanym z kamienną twarzą godną festiwalu Celtic Connections, ale ledwie skrywającym jadowitość pod maską pseudorensansowych drzeworytów rodem z brukowców.  Płynnie przechodzi to w „There’s News” – list dedykowany blaskom i snobizmom współczesnego macierzyństwa, po którym artystka funduje wdzięcznej widowni „znieczulenie zewnątrzoponowe” w postaci antraktu.

„Akt drugi” (tak można by go nazwać, bo u Holt nawet najskromniejszy gest urasta do rangi dramatu!) zaczyna się od „Cherry, The Amazing Yo-Yo Girl”, gdzie artystka popisuje się przerażająco autentyczną gwarą jarmarcznego naganiacza.  (Kiedy w końcu powstanie całkowicie żeńska obsada musicalu „Carousel” – a to tylko kwestia czasu – z pewnością wiemy, kto powinien zagrać „Billie” Bigelow).  To chyba najbardziej makabreskowy numer w stylu grupy The Tiger Lillies: błyskotliwy, lisztowski walc mefistofeliczny doprawiony solidną porcją rapsodii węgierskich.  Potem wracamy do recytacji w duchu Joyce Grenfell w ponurej historii „Arabelli Dare” – to głos ostrzegawczy skierowany do tych, którzy próbują okiełznać bestię, jaką są media.  Eleganckie dźwięki ambientowe wprowadzają nas w świat jednej z najciekawszych postaci, „Chanel, the Label Girl” – to spacer po siedmiu grzechach głównych z duchem Lotte Lenyi u boku.

Nagle Holt przenosi nas do „Domku na prerii”, gdzie śpiewa idealną pieśń pionierki: „O, Little Grey Hair” – tęskny blues, przy którym sama akompaniuje sobie na pile muzycznej. Robi to z taką wprawą, że instrument ten brzmi u niej równie „uspokajająco” co gra na cymbałkach za pomocą szlifierki kątowej.  Dlaczego ona to robi? – zastanawiacie się.  Kim właściwie jest? – myślicie.  Wydaje się tak przekonująca, naturalna i nieskomplikowana, a jednak... a jednak... prawdziwa Tanya Holt zawsze pozostaje nieco poza zasięgiem.  Nieuchwytna i tajemnicza.  Przy każdym nowym numerze podświadomie liczymy na to, że poznamy „prawdę” i dowiemy się, na czym stoimy.  Ale Holt odrobiła lekcje z Kleopatry oraz Teodory i wie, że nie tędy droga.

Nawet gdy wciela się w postać pod wpływem alkoholu w narracji „Can’t Take Your Drink” (badając przyczyny skłaniające ludzi do pijaństwa), kanciasty „sprechgesang” i inkantacyjne „It’s not OK” niewiele zdradzają.  Ciągle konfrontuje nas ze światem, zmuszając do przyznania, jak mało z niego rozumiemy.  Na to wszystko nakłada się wyzwanie estetyczne: rodzaj artystycznej kantaty o designerskich sprzętach AGD, podany z swingiem w stylu Peggy Lee i szczyptą kampowego humoru.  To prowadzi nas do ostrzeżeń przed wypływaniem na głęboką wodę: „Red Flags Are Flying”, solidna porcja inspiracji grupą Steeleye Span i Maddy Prior w jej najbardziej ciętym wydaniu, mocno zakrapiana echem Barbary Dickson.  Tak mi się przynajmniej wydaje.

Chodzi o to, że w tym zachwycającym i zdumiewającym spektaklu jest tyle wpływów i „uroków”, że można je wyliczać, a i tak nie dotrze się do sedna tego, jak i dlaczego się tam znalazły – o ile to rzeczywiście one, a nie ich symulakra, cienie dawnych zjawisk czy wyimaginowane przypisy do historii rozrywki.  Z powodów równie niewyjaśnionych, co arbitralnych, duchy Jake’a Thackraya czy Victorii Wood wydają się tu równie obecne i życzliwe. A gdy na koniec wszyscy dołączamy do hymnu „Yesterday Is Here Again”, dociera do nas z lękiem, że w tej piosence może być znacznie więcej prawdy, niż przypuszczamy.

Taka właśnie jest Tanya Holt.  O ile potrafię to ocenić.  Jeśli i kiedy ktoś w końcu ją nagra – a naprawdę powinien – będziemy w kółko odtwarzać te numery i, jak podejrzewam, pozostaniemy nimi tak samo tajemniczo oczarowani, jak przy pierwszym spotkaniu.  To coś wyjątkowego.  Spektakl można oglądać w Jermyn Street Theatre do 11 lutego, zanim wyruszy w trasę po całym kraju.

REZERWUJ BILETY NA CAUTIONARY TALES FOR DAUGHTERS W JERMYN STREET THEATRE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS