WIADOMOŚCI
RECENZJA: Death Takes A Holiday, Charing Cross Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Chris Peluso jako Śmierć i Zoe Doano jako Grazia Lamberti. Fot. Scott Rylander. Death Takes A Holiday
Charing Cross Theatre
23 stycznia 2017
Wspaniała ścieżka dźwiękowa Maury'ego Yestona – jedna z najlepszych obecnie w Londynie – to prawdziwa perła, której nie można przegapić podczas tej europejskiej premiery jednego z jego najbardziej niezwykłych dzieł. Akcja toczy się w 1922 roku i łączy w sobie brzmienia Broadwayu sprzed lat i współczesnego, Tin Pan Alley, opery włoskiej (od baroku po późny weryzm), modernistycznej muzyki koncertowej, a nawet bogatych ścieżek dźwiękowych Maxa Steinera i jemu podobnych. To niesamowita mieszanka. 14-osobowa obsada staje na wysokości zadania, a 10-osobowy zespół w pełni odtwarza oryginalne instrumentacje Larry’ego Hochmana z Off-Broadwayu pod mistrzowską batutą dyrektora muzycznego Deana Austina.
W atmosferycznej neoklasycznej willi nad brzegiem jeziora Garda – z wykwintną, operową scenografią Morgana Large’a – zamożna, arystokratyczna rodzina zbiera się, by świętować zaręczyny córki z synem bliskich sąsiadów (tak... od razu na myśl przychodzą „Narzeczeni”). Nagle w ich progi, niemal w duchu teatru Pirandella, wkracza alegoryczna postać Śmierci, dyskretnie podszywająca się pod rosyjskiego księcia Sirki i „biorąca urlop” od swoich rutynowych obowiązków szafarza śmiertelności i żniwiarza dusz. Następnie, dokładnie tak, jak się spodziewamy, szybko zakochuje się w narzeczonej, co prowadzi do starcia woli o nieuchronnym finale.
Zoe Doano (Grazia Lambereti), Scarlett Courtney (Daisy Fenton), Helen Turner (Alice Lamberti). Fot. Scott Rylander
Historia ta wywodzi się od mało znanego poety i dramaturga Alberto Caselli i jest zdecydowanie jego najbardziej udanym dziełem. Została przetłumaczona na angielski na potrzeby produkcji w USA, a następnie zaadaptowana przez Hollywood w 1934 roku w filmie z Fredericem Marchem. Casella pisał później kolejne znaczące scenariusze we Włoszech, ale żadne z jego innych dzieł nie zyskało takiej nieśmiertelności jak ten hit. W latach 70. powstał film telewizyjny (z mieszanym skutkiem), a pod koniec lat 90. historia stała się podstawą niezwykle popularnego filmu „Joe Black” z Bradem Pittem. W odpowiednich rękach ta opowieść wydaje się być niezniszczalna.
Yeston zaczął pisać ten musical tuż po sukcesie „Titanica”, współpracując z tym samym librecistą, Peterem Stonem. Gdy Stone zmarł kilka lat po rozpoczęciu projektu, zastąpił go Thomas Meehan. Spektakl był grany przez krótki czas na Off-Broadwayu, a niedawno, gdy kompozytor zaprezentował utwory Thomowi Southerlandowi, reżyser zachwycił się dziełem tak bardzo, że nie potrzebował dalszej zachęty, by wystawić je na brytyjskiej scenie. I oto jest.
Chris Peluso (Śmierć) i Zoe Doano (Grazia Lamberti). Fot. Scott Rylander
Trudno wyobrazić sobie lepszą realizację. Southerland wraz z Tarento Productions oraz zespołem produkcyjnym Charing Cross Theatre, mając na koncie ogromny sukces wznowienia „Titanica”, są bez wątpienia najlepszymi ludźmi do tego zadania. Z dyskretną choreografią Sama Spencera-Lane'a, pięknymi kostiumami Jonathana Lipmana, olśniewającym oświetleniem Matta Dawa i dźwiękiem Andrew Johnsona, jest to spektakl urzekający smakiem i wyczuciem.
Obsada jest równie znakomita. Jako Śmierć, Chris Peluso (którego polscy widzowie mogą kojarzyć z roli Gaylorda Ravenala w transferze „Show Boat” do New London Theatre) gra niczym tragiczny amant z dawnych lat, przypominając najbardziej udręczone role Ivora Novello, jednak z pięknym lirycznym tenorem, który radzi sobie z każdą trudnością partytury Yestona – a tych nie brakuje. Partnerująca mu Zoe Doano jako Grazia Lamberti jest subtelna i jasna w brzmieniu, ale potrafi pokazać siłę w wysokich rejestrach, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Między tą parą panuje dystyngowany, romantyczny formalizm, przywodzący na myśl duet Nelsona Eddy'ego i Jeanette MacDonald.
Gay Soper (Contessa Evangelins di San Danielli) i Anthony Cable (Baron Dario Albione). Fot. Annabel Vere
Ashley Stillburn wyciąga, co tylko może, z dość niewdzięcznej roli porzuconego narzeczonego, Corrado Danielliego, jednak życie domowe tętni dzięki energii księcia Vittorio (Mark Inscoe) i pięknie śpiewającej księżnej Stephanie (Kathryn Akin). Mamy tu także rezolutną i nowoczesną Alice Lamberti (Helen Turner) oraz goszczącą u nich Amerykankę, Daisy Fenton (pełna wyrazu Scarlett Courtney). Starsze pokolenie reprezentują hrabina Evangelina di San Danielli (świetna Gay Soper w roli przypominającej te kreowane przez Hermione Gingold) oraz jej lekarz i kochanek, baron Dario Albione (stonowany i elegancki Anthony Cable). Personel stanowią: szofer Lorenzo (energiczny Matthew McDonald), kamerdyner Fidele (James Gant – warto zwrócić na niego uwagę, gdyż od 13 lutego przejmuje rolę Śmierci po Peluso), pokojówki Sophia (uwodzicielska Sophie-May Feek) i Cora (pyskata Trudi Camilleri). Kolejnym gościem jest as przestworzy i dawny przyjaciel zmarłego syna Lambertich, major Eric Fenton (elegancki Samuel Thomas).
To zwarta grupa postaci; gdy w pewnym momencie siadają razem, by opowiadać sobie historie dla zabicia czasu, łatwo możemy przenieść się myślami do „Dekameronu” z epoki tuż po Wielkiej Wojnie. Podobnie, gdy Śmierć pod postacią rosyjskiego księcia odmienia życie wszystkich pod dachem Lambertich, czujemy niemal bliskość „Teorematu” Pasoliniego. Kiedy zaś jego piekielna natura wychodzi na jaw, płynnie wchodzimy w klimaty „Dyskretnego uroku burżuazji” czy „Anioła zagłady”. Kosmopolityzm jest tu kluczem; to intelektualna uczta dla wyrobionego widza. Drugi akt zaczyna się nawet (w pewnym sensie) pięciogłosową fugą.
Zoe Doano (Grazia Lamberti) i Chris Peluso (Śmierć). Fot. Scott Rylander
Czy spektakl broni się jako historia, która porusza serce – to już inna kwestia. Utwory, które śpiewają bohaterowie, są absolutnie zachwycające i wspaniale napisane. Jednak sama opowieść, choć operuje podobnymi motywami co „Latający Holender”, nie angażuje emocjonalnie w ten sam sposób. Pozostaje głównie doświadczeniem intelektualnym – cudownym, lecz skłaniającym raczej do refleksji niż do pasji. Nie musi to być wadą: inscenizacja, która zapowiadała się na terytorium Racine’a, ostatecznie przypomina bardziej komedię Marivaux – sztukę o rozmowach: światowych, cywilizowanych i błyskotliwych. Nic tak naprawdę się nie „dzieje”. Czuć tu ducha „Uśmiechu nocy”, a Sondheim jest jednym z artystów, którym Yeston składa tu hołd. Być może gdyby pozwolono na więcej swobody w scenach komediowych, zwłaszcza w pierwszej części pierwszego aktu, łatwiej byłoby nam polubić te postacie. Ale może nie taki był cel. Może mamy na nich patrzeć z obiektywnym dystansem właściwym dla Bunuela. Albo, no właśnie, Pirandella.
Idźcie i oceńcie sami.
Grane do 4 marca 2017
ZAREZERWUJ BILETY NA DEATH TAKES A HOLIDAY W CHARING CROSS THEATRE
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności