WIADOMOŚCI
RECENZJA: Eventide, Arcola Theatre Studio 2 ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Hasan Dixon i James Doherty w spektaklu Eventide. Fot.: Mark Douet. Eventide
Arcola Theatre, Studio 2
25.09.2015
3 gwiazdki
Kup bilety Przy okazji niedawnej recenzji And Then Come the Nightjars w Theatre 503 zauważyłem, jak rzadko powstają nowe sztuki o życiu na angielskiej wsi. Z tym większą satysfakcją donoszę, że nowy dramat Barneya Norrisa w teatrze Arcola oferuje świeże spojrzenie na te tematy, skupiając się zwłaszcza na trudnościach z adaptacją do zmian i straty w świecie, gdzie fundamentem są ciągłość i tradycja. Norris nie jest nowicjuszem w tej materii. Jego świetny debiut, Visitors, wystawiony w zeszłym roku w Bush Theatre, również osadzony był w realiach wiejskich. Wiele z tej cichej, wnikliwej i melancholijnej atmosfery, która wypełniała tamto studium małżeństwa w jesieni życia, odnajdziemy z sukcesem i tutaj. Scena studio w Arcoli została zabudowana tarasami i ławami pubu The White Horse. Jest tu ciasno, a widzowie znajdują się niemal w samym sercu akcji. To właśnie w tej scenerii toczy się seria rozmów między trojgiem bohaterów: Johnem, właścicielem pubu w średnim wieku (James Doherty), jego przyjacielem Markiem (Hasan Dixon), złotą rączką, oraz wędrowną organistką kościelną, Liz (Ellie Piercy).
Te trzy postacie łączą co najmniej dwa wspólne mianowniki – każdy z nich nosi w sobie ranę po stracie kogoś bliskiego i każdy pragnie utrzymać swoje obecne życie w spokojnym nurcie. John chce uratować pub mimo podupadającego biznesu i rosnących długów; Markowi wystarcza rytm drobnych napraw pozwalający na opłacenie czynszu, a Liz znajduje ukojenie w grze podczas nabożeństw, co stanowi ucieczkę od pracy nauczycielki muzyki w pobliskim mieście. Rytm wiejskiego życia jawi się tu jako wartość sama w sobie, a jednocześnie jako balsam lub tarcza przeciwko nagromadzonym krzywdom z przeszłości oraz życiowym niepowodzeniom.
James Doherty w spektaklu Eventide. Fot.: Mark Douet
Pod powierzchnią ich rozmów pulsuje przekaz, że kościół, pub i lokalna wspólnota wciąż pełnią kluczowe role w nowoczesnym świecie jako ponadczasowe symbole wartości, z którymi mogą utożsamić się ludzie zagubieni we własnym życiu. W tym bezpiecznym kokonie dziedziczonego sensu można znaleźć przestrzeń na regenerację i ponowne zdefiniowanie własnej tożsamości. W tym tkwi trwała wartość i uzasadnienie dla wiejskiego stylu życia, który przestał być już oczywistością ekonomiczną.
Jednak ten porządek ma ulec zmianie.
W warstwie fabularnej nie dzieje się zbyt wiele. Ale pod płaszczem pogawędek, żartów i wspomnień z przeszłości, nadchodzi zmiana, której nie da się powstrzymać ani cofnąć. John jest zbyt zadłużony i zbyt głęboko tkwi w alkoholu, by uratować pub, a wszystko wskazuje na to, że duch wspólnoty, który współtworzył, nie przetrwa jego odejścia. Głównie dlatego, że pub przejmuje sieciówka, a dwór będący niegdyś sercem wioski należy teraz do dewelopera, który wyprzedał ziemię rolną. Liz zagląda do wioski coraz rzadziej, bo pracy w kościele ubywa – śluby i pogrzeby przenoszą się gdzie indziej. Mark również nie może liczyć na stałe zlecenia i zastanawia się, jak związać koniec z końcem oraz czy jedynym wyjściem nie jest wyjazd. Symbole i instytucje zmieniają się, tracąc moc łączenia jednostek i nie potrafią już definiować oraz kształtować społeczności.
Choć ogólny obraz jest ponury, nie jest on całkowicie pozbawiony nadziei. Każdy z bohaterów pod koniec sztuki odnajduje w sobie nową twardość charakteru, która otwiera przed nimi szansę na rozwój ukrytych talentów. To raczej przyszłość samej wioski, a nie bohaterów, wydaje się ostatecznie najbardziej niepewna.
Reżyserka Alice Hamilton nadaje akcji spokojne tempo – w spektakl wciągani jesteśmy raczej subtelnie niż poprzez gwałtowną dynamikę czy dramatyczne zwroty akcji. Norris pisze bardzo przekonujące, naturalistyczne dialogi, które aktorzy doskonale wypełniają treścią. Pojawiają się także kunsztownie skonstruowane monologi, które urozmaicają rytm. Przerwa w spektaklu wydaje się nieco wybijać z rytmu i odniosłem wrażenie, że sztuka zyskałaby na odbiorze „jednym tchem”, bez przerywania tego delikatnego nastroju. Pozwoliłoby to również uniknąć nieco mało wiarygodnego zwrotu w relacji Johns i Liz tuż przed antraktem, który sprawia wrażenie zbyt melodramatycznego, niczym z wiktoriańskiej powieści w odcinkach.
Gra aktorska jest w dużej mierze bardzo skuteczna. Te role to prawdziwe prezenty dla aktorów charakterystycznych z wyobraźnią – każdy z członków obsady tworzy pełnokrwistą postać, w której język ciała współgra z intonacją głosu. Zewnętrzna buta i pewność siebie Doherty'ego maskują ogromny ból i wewnętrzny lęk, co po ujawnieniu okazuje się niezwykle poruszające. Hasanowi udaje się przekazać pokłady stłumionego gniewu i frustracji. Jego bohater nie jest wylewny emocjonalnie aż do późnych etapów sztuki, ale technicznie aktor wykonuje świetną robotę, przekonując nas, że jego milczenie i pasywność nie są pustką, lecz skrywają bardzo wiele. Kościste, gwałtowne i niezgrabne gesty Piercy mówią nam o jej walce z wewnętrznym bólem na długo przed tym, nim dowiemy się tego z fabuły.
Hasan Dixon i James Doherty w spektaklu Eventide. Fot.: Mark Douet.
W drugiej części pojawia się nieco naddatku emocjonalnego, który wydaje się nieadekwatny do faktów. Wynika to również z kilku mniej przekonujących wątków w życiu bohaterów, które nie mają tej samej siły i dynamiki, co zgrabnie zarysowane wcześniejsze sceny. Choć nie oczekuję domykania wszystkich wątków, finałowe położenie postaci w moim odczuciu nie do końca współgra z kierunkiem, w którym prowadziły nas wcześniejsze partie tekstu.
Sądzę, że główny problem leży w postaci Liz, która przez zbyt długi czas pełni jedynie rolę cierpliwej, dość pasywnej słuchaczki żalów dwóch mężczyzn. Kiedy jej własna postać zostaje wyraźniej zarysowana pod koniec, jest już za późno – rola pozostaje niedopisana i niekompletna w porównaniu z pozostałą dwójką. Skorygowanie proporcji sztuki lub wprowadzenie kolejnej postaci kobiecej mogłoby rozwiązać ten problem.
To ciepły, niosący cichą satysfakcję zbiór refleksji o tym, jak trudne potrafi być życie na prowincji i jak bardzo dalekie jest ono od arkadyjskiej idylli czy sielankowych wizji. Wskaźniki depresji i samobójstw są na brytyjskiej wsi wyższe niż w miastach, a ta sztuka w swój łagodny, lecz stanowczy sposób dostarcza nam, mieszkańcom miast, cennych i trzeźwych spostrzeżeń na temat tego, dlaczego tak się dzieje.
Spektakl Eventide jest wystawiany w Arcola Theatre do 17 października 2015 roku
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności