WIADOMOŚCI
RECENZJA: Fun Home, Circle In The Square ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fot.: Joan Marcus Fun Home
Circle In The Square Theatre
10 kwietnia 2015
4 gwiazdki
Od pewnego czasu nie możecie dojść do siebie. Kolejne odkrycia rzucają nowe światło na całą sytuację, pogłębiając zrozumienie bolesnych, do bólu autentycznych relacji w tej rodzinie. Widzieliście małe dzieci bawiące się w pobliżu trumny – znajdujące, jak to dzieci, każde możliwe miejsce do zabawy. Widzieliście dziwnie dyktatorskie zapędy udręczonego ojca i, co najbardziej niepokojące, dowiedzieliście się, co wywołuje u niego najszerszy uśmiech. Patrzyliście, jak duszę radosnej dziewczynki próbuje się zdusić, by za chwilę zobaczyć, jak odradza się ona dzięki bezkompromisowej miłości innej młodej kobiety. Byliście świadkami coming outu, reakcji otoczenia i tej niezręcznej rodzinnej wizyty dwóch partnerek. Macie jasny obraz tego, co myśli córka i co jej zdaniem myśli ojciec. Wiecie, że on umrze – tragicznie i niedługo – bo zapowiedziano to już na samym początku.
Ale tak naprawdę nie wiecie, co myśli i czuje matka. To nie ona była w centrum uwagi – nacisk położono na relację ojca i córki. A przecież ona tam była, mieszkała w tym samym domu, przechodziła przez to samo, strzegła tych samych tajemnic i prawdopodobnie cierpiała najmocniej. W pewnym momencie śpiewa jednak niezwykle piękną pieśń, w której otwiera się na temat swoich uczuć, bólu i samotności.
Od tej chwili emocjonalny rollercoaster nieco zwalnia, elementy układanki trafiają na swoje miejsca, a pasja i tempo przyspieszają ku rozdzierającemu serce finałowi. Oto „Fun Home”, nowy musical oparty na autobiograficznym komiksie Alison Bechdel, z librettem i tekstami piosenek Lisy Kron oraz muzyką Jeanine Tesori. Zrządzeniem losu trafiłem na ten spektakl dokładnie rok po tym, jak widziałem broadwayowskie wznowienie innego musicalu Tesori, „Violet”. I tak jak wtedy, partytura Tesori do „Fun Home” nieomylnie i bezlitośnie dociera do głębi serca i ściska je. Bardzo mocno.
W muzyce pisanej przez Tesori jest coś wyjątkowego. Poza świetnymi numerami i porywającymi melodiami, oferuje ona ciekawe, skomplikowane harmonie i tekstury. Co jednak najważniejsze, muzyka, którą tworzy dla konkretnych postaci, sprawia wrażenie, jakby mogła być wyśpiewana tylko przez nie i tylko w tej konkretnej sytuacji. Owszem, te piosenki można wykonywać na koncertach czy nagrywać na płyty, ale najlepiej sprawdzają się one i najmocniej wybrzmiewają jako integralna część spektaklu. Tesori posiada rzadki dar pisania muzyki, która jednocześnie definiuje bohaterów i jest przez nich tworzona.
Kiedy więc Judy Kuhn śpiewa „Days and Days”, słyszymy nie tylko magię melodii i bolesny kunszt wykonania; dzielimy też z bohaterką wspólne zrozumienie sytuacji. Przez opis jej doświadczeń i trudów czujemy ciężar jej życia. Muzyka Tesori uwalnia emocje i myśli, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. (Wydaje mi się, że utwór nosi tytuł „Days and Days” – jedną z irytujących cech broadwayowskich programów jest to, że nie zawsze zawierają listę piosenek).
To właśnie ten uniwersalizm jest kluczem do sukcesu „Fun Home”. W swojej istocie jest to opowieść o rodzinie, o skrywanych naturach i tajemnicach naszych najbliższych. O dzieciach odkrywających własną tożsamość i prawdę o sobie, które zaczynają rozumieć, że ich rodzice są tylko ludźmi i popełniają błędy, że nie zawsze mówią całą prawdę i mogą być kimś zupełnie innym, niż się wydawało. To także historia o rodzicach uświadamiających sobie, że dzieci potrzebują czegoś więcej niż tylko jedzenia, ubrań i edukacji; że czyny niosą konsekwencje, a miłość ma wiele oblicz.
Ponieważ fabuła dotyczy dojrzałej lesbijki wspominającej swoje życie, by pogodzić się z pewnymi jego aspektami, łatwo byłoby uznać „Fun Home” za traktat o homoseksualizmie. Przekonanie to może potęgować fakt, że nie tylko narratorka, Alison, jest lesbijką, ale i jej ojciec, Bruce, odczuwa pociąg do mężczyzn i chłopców. Jest on w najlepszym razie ukrytym biseksualistą, w najgorszym – pedofilem. Taka interpretacja byłaby jednak zbyt ograniczająca i nie oddawałaby prawdziwej wartości dzieła. Podobnie jak „Violet” – historia oszpeconej dziewczyny – była uniwersalną opowieścią o pięknie, tak „Fun Home” jest uniwersalną historią o rodzinie i domowych prawdach. Tak jak „Violet” nie jest analizą życia prowincjonalnej Ameryki, tak „Fun Home” nie jest studium homoseksualizmu. I tak jak „Violet” jest potężnym musicalem z silną kobiecą protagonistką, tak samo jest w przypadku „Fun Home”.
Główna bohaterka, Alison, została tu błyskotliwie rozpisana na trzy aktorki reprezentujące różne etapy jej życia: dorosłą Alison; Alison na studiach, odkrywającą swoją seksualność; oraz radosną, uległą małą Alison. Dorosła Alison głównie obserwuje wydarzenia, choć czasem je komentuje, a gdy zbliża się punkt kulminacyjny, przekracza granice czasu w poruszającej scenie z ojcem. Ciężar spektaklu spoczywa głównie na barkach średniej i małej Alison – obie mają trudne relacje z ojcem. Mała Alison z trudem radzi sobie z surowymi, niemal tyrańskimi wymaganiami ojca; średnia Alison pragnie jego wsparcia i zrozumienia dla swojej orientacji. Każda chce od niego czegoś innego, a ojciec z każdą z nich ma problem z zupełnie innych powodów.
Bruce tkwi w małżeństwie, do którego czuje niechęć. Nie potrafi być rodzicem, choć bolesne usiłuje. Jednocześnie podąża za swoimi pragnieniami wobec mężczyzn – szczególnie zapada w pamięć scena, w której uwodzi młodego chłopaka zatrudnionego do prac w ogrodzie, podczas gdy jego żona gra na pianinie w pokoju obok. Nie potrafi zaakceptować orientacji córki i nienawidzi jej za wolność, której jemu odmówiono. Pytanie o to, jak sekrety Bruce’a wpływają na Alison, jest kluczowym wątkiem narracji Lisy Kron.
Śmierć jest w tym dziele stale obecna. Nie tylko śmierć Bruce’a, zapowiedziana na początku i stanowiąca dramatyczny finał, ale śmierć w sensie niematerialnym – Bruce prowadzi dom pogrzebowy w miasteczku, w którym mieszkają, więc ich życie nieustannie odbija śmierć innych i związane z nią rytuały. W jednej z najlepszych scen Alison i jej rodzeństwo radośnie dokazują w trumnie i wokół niej, śpiewając „Come to the Fun Home”.
Mimo nieliniowej narracji, Sam Gold prowadzi „Fun Home” z niezwykłą klarownością; widz ani przez chwilę nie gubi się w meandrach czasu. Ruch sceniczny (Danny Mefford) tworzy swoisty język, który pomaga w ustalaniu chronologii i oddaje ulotną, niepewną naturę wspomnień i przypuszczeń. Kostiumy i niezwykle pomysłowa scenografia Davida Zinna dają obsadzie ogromne pole do popisu: poczucie pedantycznych i nieracjonalnych wymagań domowych Bruce'a jest niemal namacalne. Meble i podłogi lśnią perfekcją, która – zależnie od tego, kto jest w pokoju – wydaje się albo ciepła, albo przeraźliwie chłodna.
Kierownictwo muzyczne Chrisa Fenwicka jest pewne i tętni życiem. Muzyka bywa przejmująco piękna, czasem gorączkowa i niemal groteskowa, a Fenwick prowadzi zespół bezbłędnie. Kameralna, wirtuozerska orkiestra stanowi solidną podstawę dla intrygującej partytury Tesori. Bardzo łatwo jest po prostu dać się ponieść temu pięknu – co jest o tyle trafne, że muzyka symbolizuje tu, przynajmniej częściowo, pamięć.
Większość kreacji aktorskich jest fenomenalna. Judy Kuhn jest olśniewająca jako Helen, matka, która wiele zniosła i większość z tego stłumiła w sobie. W trakcie spektaklu ból i lęk rysują się coraz wyraźniej na jej twarzy, w postawie, w niemal pustych oczach. Śpiewa idealnie, oddając się każdej precyzyjnie wyważonej frazie. Jej wykonanie „Days and Days” roztrzaska wasze dusze na kawałki.
Michael Cerveris, podobnie jak Kuhn – legenda Broadwayu, jest w wyśmienitej formie jako udręczony i budzący niepokój Bruce. Choć nie jest to postać budząca sympatię, Cerveris nadaje mu tak dalece posuniętą autentyczność, że trudno mu nie współczuć, gdy oślepiające światła nadjeżdżającej ciężarówki na zawsze zabierają go z życia Alison. Sceny uwodzenia w jego wykonaniu są przerażająco autentyczne, podobnie jak bezgraniczny autorytaryzm w stosunku do dzieci i żony – ale aktor pokazuje też lżejszą stronę Bruce'a, dając nam chwile szczerego szczęścia. „Telephone Wire” zapada w pamięć szczególnie mocno.
Cerveris przez cały czas świetnie śpiewa, ale jego pełen pasji hymn „Edges of the World” jest wręcz porywający.
Mimo to, Kuhn i Cerveris ustępują pola prawdziwej gwieździe przedstawienia: Sydney Lucas, grającej Małą Alison. Lucas, mająca mniej niż 12 lat, wykazuje się niezwykłą dojrzałością aktorską. To jej wersja Alison najbardziej cierpi przez ojca, ale to ona kocha go najbardziej bezwarunkowo. Wielu dorosłych aktorów nie potrafiłoby oddać niuansów, które Lucas osiąga z taką lekkością.
To czysta przyjemność patrzeć, jak Lucas gra na naszych emocjach i bawi do łez. Śpiewa spektakularnie – odważnie i pewnie tam, gdzie trzeba, a w innych momentach refleksyjnie i radosnie. Jej głos ma barwę, która przeczy jej młodemu wiekowi. Jej wkład w finałowy utwór, „Flying Away”, jest po prostu cudowny.
Ponieważ Lucas zawiesiła poprzeczkę tak wysoko, osiągnięcia pozostałych odtwórczyń roli Alison mogą wydawać się nieco mniej satysfakcjonujące, niż są w rzeczywistości. Chce się po prostu więcej Małej Alison. Średnia Alison (Emily Skeggs) ma najtrudniejsze zadanie, choć Starsza Alison (Beth Malone) ma relatywnie najmniej do powiedzenia i zrobienia. Prawda jest jednak taka, że obie są niemal tak samo doskonałe jak Lucas w przekazywaniu dychotomii relacji z ojcem; robią to po prostu inaczej, odpowiednio do wieku bohaterki.
Skeggs jest powściągliwa i niemal akademicka, ale rozkwita radością, gdy odkrywa swoją seksualność – jej piosenka „Changing My Major” jest pod każdym względem wspaniała. Udaje jej się również świetnie zaprezentować cechy obu pozostałych „wersji” samej siebie, co docenia się w pełni dopiero po wyjściu z teatru. Stanowi też doskonałe wsparcie dla Kuhn w kluczowej scenie, w której Helen wyjawia córce prawdę o ojcu.
Malone, jako dorosła Alison, również umiejętnie łączy cechy swoich młodszych wcieleń. Co ciekawe, mimo różnic w ekspresji fizycznej, to wersja Małej Alison wydaje się najbliższa tej, którą kreuje Malone. Uważna, chętna do pomocy i pełna pytań Malone wnosi do spektaklu bardzo wiele, stosując oszczędne środki wyrazu, a jej finałowe sceny są szczególnie udane.
„Fun Home” to niezwykle misterny i uniwersalny kawałek teatru muzycznego. Dzięki sprawnej reżyserii i świetnej obsadzie rezonuje on niezwykle mocno, a wspomnienie dzieciństwa i to powszechne poczucie, że nigdy nie poznało się rodziców wystarczająco dobrze, tylko wzmacnia ten efekt. Partytura jest rewelacyjna – to naprawdę wybitne osiągnięcie w dziedzinie pisania dla teatru.
W życiu nic nie jest do końca domknięte. Jednak „Fun Home” wydaje się momentami bardziej niepełny, niż powinien. Szkoda, że nie dowiadujemy się więcej o relacji Helen i Alison. Albo o tym, co rodzeństwo Alison sądziło o ojcu, o niej samej, o matce i jej przeżyciach.
Czasem mniej znaczy po prostu mniej, a nie więcej.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności