Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Give My Regards To Broadway, Upstairs At The Gatehouse ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves odwiedza Upstairs at the Gatehouse, by zrecenzować spektakl Give My Regards To Broadway.

Give My Regards To Broadway

Upstairs At The Gatehouse

20 lipca 2018 r.

3 gwiazdki

Cudowną cechą tego pięknego, choć kameralnego teatru fringe w północnym Londynie jest nieustanna zdolność do wyławiania i promowania największych nowych talentów scenicznych w kraju. Każda wizyta w tej przestronnej i niezwykle ustawnej sali nad pubem wiąże się z wejściem po schodach, które są dosłownie wytapetowane plakatami z poprzednich produkcji. Można na nich odnaleźć nazwiska największych sław współczesnego brytyjskiego show-biznesu. Idąc dalej, do baru na piętrze, zobaczymy ściany aż po sufit zastawione zdjęciami aktorów, którzy tu występowali – to prawdziwa lista przebojów najlepszych profesjonalistów w branży, zwłaszcza w tak wymagającej dziedzinie, jaką jest teatr muzyczny.

Obecna, urocza i iście letnia rewia tylko potwierdza, że do tej konstelacji gwiazd dołączą kolejne nowe twarze. Format jest prosty: dwóch panów i dwie panie, fortepian i perkusja, a wszystko to w ramach parady standardów z Great American Songbook – od czasów George'a M. Cohana (autora tytułowego numeru), aż po sukcesy powojenne. Choć spektakl zapowiadano jako kończący się na roku 1942, wiele utworów swobodnie przekracza tę granicę. Podobnie sprawa ma się z założeniem, że materiał pochodzi wyłącznie z Broadwayu – Hollywood jest tu godnie reprezentowane przez kilka bardzo atrakcyjnych kompozycji.

Pod sprawną ręką Harry'ego Blumenau – znanego w branży z wielu ról, ale tutaj sprawdzającego się jako konkretny i błyskotliwy reżyser – sekwencje numerów są przemyślane i płynnie wykonane. W miarę trwania spektaklu widać też coraz większą naturalność i swobodę w interakcji obsady z widownią, co owocuje chwilami czystej magii. Duża w tym zasługa wszechstronnego choreografa Chrisa Whittakera, który doskonale wie, jak zagospodarować przestrzeń i potrafi świetnie bawić się formą, układając bardzo efektowne tańce. Mam przeczucie, że oba te elementy będą dopracowywane przez twórców w trakcie trwania sezonu.

Najbardziej doświadczoną artystką w tym kwartecie jest bez wątpienia Amerykanka Rebecca LaChance. Wnosi ona do spektaklu sznyt nowojorskiej szkoły Tisch oraz doświadczenie z głównej roli żeńskiej w niedawnej brytyjskiej trasie i produkcji w Chichester teatru 'Mack and Mabel'. Rebecca magnetyzuje na scenie, a jej dbałość o szczegóły łączy się z naturalnym luzem i spontanicznością. To mieszanka, której nie sposób się oprzeć i jestem pewien, że jeszcze usłyszymy o niej nie raz.

Wśród nieco młodszych talentów wyróżnia się Thea Butler ze swoim atrakcyjnym sopranem; artystka słusznie dba o swój piękny głos, nigdy go nie nadwyrężając. Panowie stanowią, podobnie jak panie, świetnie skontrastowaną parę. Albert Linsdell imponuje dramatycznie, a jego sprawność fizyczna nadaje choreografii dynamizmu. Z kolei Ben Lancaster, o głosie przywodzącym na myśl Jamiego Cullena, czaruje swobodnym, niemal beztroskim stylem śpiewania, który zawsze trafia w punkt i brzmi niezwykle świeżo. Sprawienie, by tak znany materiał muzyczny brzmiał nowocześnie i angażująco, to nie lada wyczyn.

Jednak prawdziwym asem w rękawie wykonawców jest muzyczne kierownictwo Oli'ego George'a Rew, który przy fortepianie wykazuje się niezwykłym wyczuciem i wyrasta na jednego z najlepszych akompaniatorów w Londynie. Jego występ, jak i świetna gra perkusisty, zapadają w pamięć równie mocno, co popisy aktorskie. Jest to w dużej mierze zasługa oszałamiających aranżacji absolutnego odkrycia sezonu – Lawrence'a Michalowskiego. Ten debiutant, ledwo po studiach, to uderzający talent z niezwykłą zdolnością do reinterpretacji nawet najbardziej ogranych standardów. Znajduje nowe brzmienia w hymnach historii musicalu, które słyszeliśmy setki razy. Jego świeża wyobraźnia i trafność wyborów zapierają dech w piersiach, gdy serwuje nam hit za hitem w błyskotliwych, nowych opracowaniach.

Kwestią czysto subiektywną pozostaje to, czy spodoba się Państwu decyzja twórców o rezygnacji z wyraźniejszego motywu przewodniego czy narracji. Dotychczas był to sprawdzony fundament rewii w Upstairs at the Gatehouse i tutejsza publiczność może oczekiwać tego rodzaju struktury. Kto wie? Można jedynie stwierdzić, że w tym spektaklu tego zabrakło, a ja osobiście odczułem ten brak. Być może jestem zbyt przyzwyczajony do tego, że rewia ma mocniejszy kręgosłup konstrukcyjny. Jeśli tak, to zapewne nie jestem odosobniony w tym odczuciu. Choć show zachwyca aranżacjami, mogłoby zyskać na bardziej zdecydowanym charakterze, co pozwoliłoby uniknąć pewnych niejasności w reżyserii i choreografii.

Spektakl charakteryzuje się ładnym oświetleniem autorstwa Ali Hunter, z kilkoma śmiałymi akcentami. Nagłośnienie Nico Menghiniego było być może odrobinę zbyt dyskretne – decyzja o śpiewaniu bez mikrofonów jest zrozumiała, ale miejscami pojawiały się problemy ze słyszalnością. Podsumowując, to kolejny sukces producenta Josepha Hodgesa, który mimo młodego wieku ma już na koncie spore osiągnięcia.

STRONA INTERNETOWA UPSTAIRS AT THE GATEHOUSE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS