Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Guys and Dolls, Chichester Festival Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Clare Foster jako Sarah Brown i Jamie Parker jako Sky Masterson ©Alastair Muir Guys and Dolls Chichester Festival Theatre 23 sierpnia 2014

4 Gwiazdki

Kiedy rozmawia się o „Guys and Dolls” – tej absolutnie doskonałej „musicalowej bajce o Broadwayu” autorstwa Franka Loessera (muzyka/teksty) oraz Jo Swerlinga i Abe’a Burrowsa (libretto), opartej na opowiadaniu Damona Runyona „The Idyll Of Miss Sarah Brown” – dyskusja zwykle skupia się na dwóch punktach: „Adelaide’s Lament” oraz „Sit Down You’re Rocking The Boat”. Z jednej strony jest to w pełni zrozumiałe; to potężne, porywające numery, które kradną show. Z drugiej jednak strony świadczy to o zupełnym niezrozumieniu istoty tego musicalu, być może wynikającym z oglądania nieudanych inscenizacji, które nie potrafiły uchwycić serca tej historii.

To właśnie relacja Sarah i Sky’a stanowi motor napędowy „Guys and Dolls”. Fundamentalnie jest to opowieść o Sarah, ponieważ niemal wszystko, co robi Sky, dzieje się dla niej lub z jej udziałem. Cała reszta, włączając w to perypetie Nathana i Adelaide, jedynie dopełnia ten centralny wątek. Bez mocnego postawienia na tę dwójkę, spektakl nie ma prawa wybrzmieć tak, jak powinien. Owszem, wersja faworyzująca Nathana i Adelaide bywa zabawna i zapada w pamięć, ale to nie jest prawdziwe oblicze tego arcydzieła.

W Chichester Festival Theatre możemy właśnie oglądać wznowienie „Guys and Dolls”, które trafia w dziesiątkę. Reżyser Gordon Greenberg doskonale czuje baśniowy rodowód sztuki (wszechobecne kolory i przerysowanie, w tym gangster przebrany za zakonnicę na rowerze), a całość poprowadzona jest w takim tempie, że słowa, dialogi, postaci i muzyka stapiają się w spójną, fascynującą całość. Nie ma tu momentów typu „teraz zaśpiewajmy piosenkę” – wszystko wynika z akcji, która skupia się na romansie Sarah i Sky’a pełnym niedomówień i napięcia.

W osobach Jamiego Parkera i Clare Foster, Greenberg znalazł duet idealny, stanowiący solidny fundament całej produkcji.

Parker jest fenomenalny jako pewny siebie, czarujący hazardzista; człowiek, który potrafi pić i śmiać się z kumplami, uwodzić kobiety w tańcu, sypać anegdotami i wyczuć okazję do szybkiego zarobku z precyzją Wielkiego Zderzacza Hadronów. Sky to mężczyzna, którym inni chcą być i z którym kobiety chcą się wiązać. Parker z ogromną lekkością oddaje ten magnetyzm.

Jednocześnie aktor potrafi subtelnie pokazać rysy na pancerzu Sky'a – jego zdziwienie fascynacją Sarah, hamowanie pożądania wobec jej pijackich zalotów w imię zasad fair play, ból po zawodzie, jaki jej sprawił, i wreszcie niepohamowaną radość z bycia jej mężem.

Śpiewa przy tym z ogromną swobodą i polotem. „Luck Be A Lady Tonight” w jego interpretacji tętni pasją, a stawka, jaką jest rzut kośćmi, staje się wręcz fizycznie odczuwalna i emocjonująca. Z kolei czułe „I’ll Know” i refleksyjne „My Time Of Day” pozwalają Parkerowi zaprezentować wszechstronność wokalną. Rola ta stawia ogromne wymagania techniczne i aktorskie, którym niemal nie sposób sprostać – Parker jednak radzi sobie po mistrzowsku: uwodzi, zachwyca i porywa publiczność.

W kluczowej scenie, gdy podczas rozmowy z Sarah pada hasło „chemia”, Parker zastyga, zatrzymuje chwilę, patrząc prosto w oczy oniemiałej Foster. Ta cisza mówi o ich wzajemnym przyciąganiu więcej niż tysiąc słów. Kiedy później to samo napięcie powraca, można by smażyć jajka na iskrach przeskakujących między tą dwójką. To po prostu genialne.

Foster jest perfekcyjną Sarah, tworząc dla Sky'a Parkera idealną przeciwwagę. Uosabia wszystko, co jest mu obce: spięcie, skrytość, izolację i poczucie misji ratowania dusz innych, przy jednoczesnym zaniedbywaniu własnych potrzeb. Foster sprawia jednak, że Sarah od początku budzi sympatię widzów, co wcale nie jest łatwym zadaniem.

W sekwencji w Hawanie Foster wspina się na wyżyny aktorstwa, skrupulatnie budując przemianę Sarah: od nieufności, przez wywołane bacardi rozluźnienie, aż po radosną akceptację miłości. Jej wykonanie „If I Were A Bell” to czysta radość i prawdziwa lekcja gry aktorskiej.

Wokalnie dysponuje wszystkim, czego wymaga ta rola. „I’ll Know” brzmi czysto i promiennie, a delikatne, zawieszone nuty niosą w sobie zarówno nadzieję, jak i cierpienie. W „I’ve Never Been In Love Before” ona i Parker osiągają taką harmonię, że chce się płakać ze szczęścia. Finałowy numer „Marry The Man Today” daje Foster pole do popisu dla jej talentu komediowego, co wykorzystuje z ogromnym apetytem.

Razem Parker i Foster stanowią sceniczną bombę; to najlepszy duet Sky i Sarah, jaki kiedykolwiek widziałem. W finałowej scenie, gdy Sky obejmuje Sarah – mocno, zaborczo, a zarazem czule – widać jak na dłoni tę dbałość o szczegóły, która czyni ich kreacje niezapomnianymi.

Peter Polycarpou jako Nathan Detroit radzi sobie poprawnie, dostarczając wielu okazji do śmiechu. Najlepiej wypada w scenie w kanałach w drugim akcie, mierząc się z intrygami Big Julie (w tej roli imponująco wysoki Nic Greenshields). Na uwagę zasługują też mniejsze role: Nick Wilton jako Harry The Horse wyciska maksimum ze swojego epizodu, a Neil McCaul jako wujek Arvide jest po prostu uroczy w swojej opiekuńczości.

Ian Hughes jako Benny Southstreet jest fantastycznie energiczny i barwny. Harry Morrison nienagannie śpiewa partię Nicely-Nicely Johnsona, choć w dialogach bywa nieco nazbyt manieryczny. Gdyby z tego zrezygnował, byłby idealny. Jego „Sit Down” zabrzmiało wspaniale, a duet z Hughesem w tytułowym numerze był pełen wigoru.

Wulgarna i groteskowa Adelaide w wykonaniu Sophie Thompson zupełnie mnie nie przekonała. Przypominała raczej postać z pantomimy niż z klasycznego musicalu. Gdyby Lucille Ball zagrała zombie, pewnie wyglądałoby to właśnie tak. Dopiero w duecie z Foster w „Marry The Man Today” Thompson przestała sprawiać wrażenie szalonego indyka pełnego skrzeków i piór.

Zabrakło w niej ciepła i głębokiego smutku, który jest kluczowy dla tej postaci. Adelaide powinna błyszczeć w numerach w Hot Boxie, stanowiąc kontrast dla jej prywatnych problemów z Nathanem. Mimo to publiczność w Chichester przyjęła ją entuzjastycznie, a reżyser pozwolił jej na ostatni ukłon. Moim zdaniem jednak Adelaide jest postacią znacznie bardziej złożoną i zabawną, niż pokazała to Thompson.

Greenberg nie poświęcił też wystarczającej uwagi zespołowi. W „Guys and Dolls” każdy na scenie powinien mieć swój cel, stanowiąc część tej wielkiej broadwayowskiej legendy. Tutaj zbyt często statyści po prostu „byli”, śpiewając i tańcząc bez wyraźnego charakteru.

Choreografia zaskakuje brakiem inwencji. Uwertura, scena w Hawanie i wstęp do sceny w kanałach były mało spójne. W Hawanie zabrakło dusznej, zmysłowej atmosfery i egzotycznego szału – tę lukę musiała wypełniać sama Foster. Carlos Acosta i Andrew Wright zdają się nie rozumieć, jak wielką rolę w tych momentach powinien odgrywać taniec. Reszta układów była poprawna, rzemieślnicza, ale nie porywająca.

Muzyka pod okiem doświadczonego Garetha Valentine'a brzmiała wybitnie, z mocnym akcentem na sekcję dętą. Niektóre utwory zaczynały się a cappella, co świetnie łączyło tekst z partyturą. Wszystko wykonano z odpowiednią energią i precyzją.

Muszę przyznać, że brakowało mi mocniejszej perkusji w orkiestracjach – puls rytmiczny był momentami zbyt słabo zaznaczony. Nie spodobały mi się również dodatki do „Sit Down You’re Rocking The Boat”, które wyglądały na próbę skopiowania sukcesu „Brotherhood of Man” z musicalu „How To Succeed...”. „Sit Down” to popis Nicely’ego i nie potrzebuje on zbędnych ozdobników u boku generał Cartwright.

Scenografia Petera McKintosha jest funkcjonalna, choć momentami mało finezyjna i zbyt szara, podobnie jak kostiumy. Pojawiło się jednak kilka ciekawych detali – Nathan i Adelaide zawsze mieli na sobie odcień fioletu, Sky i Sarah niebieski i czerwony (poza Hawaną). Tylko Jamie Parker mógł wyglądać tak dobrze w tym finałowym kostiumie Armii Zbawienia. Stanowisko pucybuta okazało się strzałem w dziesiątkę, świetnie osadzając akcję w zgiełku Broadwayu.

Wbrew obiegowej opinii, „Guys and Dolls” nie robi się „samo”. Ten musical można łatwo popsuć. Na szczęście tym razem tak się nie stało. Uwaga skupiona jest na Sarah i Sky’u, a Foster i Parker są w tych rolach wybitni. Ominąć ich światowej klasy popisy byłoby grzechem.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS