Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Hatched 'N' Dispatched, Teatr Park 90 ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Fot.: Philip Lyons Hatched 'N' Dispatched

Park 90 Theatre, Finsbury

02/09/15

4 Gwiazdki

Ta nowa sztuka autorstwa Michaela Kirka i Gemmy Page czerpie z osobistych wspomnień Kirka z dzieciństwa spędzonego w Derby u progu lat 60. Znajdujemy się w przededniu wielkich przemian społecznych, choć – cytując Philipa Larkina – jeszcze nie dotarliśmy do owego słynnego momentu „między końcem zakazu kochanka Chatterley a pierwszą płytą Beatlesów”. Choć to, co oglądamy, jest w dużej mierze czystą komedią z elementami brawurowej farsy, pod spodem wyczuwa się nurt powagi, a nawet mroku. Nasila się on w miarę upływu wieczoru, aż w końcu dochodzimy do wniosku, że humor jest tu przede wszystkim mechanizmem obronnym przeciwko dusznej atmosferze sztywnych ról płciowych i dziedziczonych uprzedzeń.

Scena Theatre 90 została zaaranżowana w układzie „in the round”, a konkretnie „w kwadracie”. Przenosimy się do nieco sfatygowanego salonu z lat 50., wypełnionego wysłużonymi meblami. Wzrok przyciągają dwa punkty – barek z alkoholem oraz nowy gramofon – oba ustawione w kątach, tuż przy widowni. Akcja toczy się w czasie rzeczywistym z jedną przerwą. Jesteśmy świadkami rozwoju, a raczej powolnego upadku rodzinnego przyjęcia zorganizowanego z okazji dwóch skrajnych wydarzeń – pogrzebu i chrztu.

Dom należy do wycofanej, przygaszonej Irene (Wendy Morgan) oraz jej córki Susan (Diana Vickers). To mąż Irene, Arthur, nagle wyzionął ducha, odchodząc z tego świata w sposób tak samo skromny i dyskretny, w jaki żył. Mimo że jego dobrotliwy portret góruje nad zgromadzonymi, musi on dzielić uwagę z celebracją nowego „wyklucia”. Dominująca siostra Irene, Dorothy (Wendi Peters), zarządziła bowiem, by stypę połączyć z przyjęciem z okazji narodzin jej najnowszego wnuka, Clifforda. Dorośli gromadzą się zatem, by rzekomo przygotować jedzenie i picie dla gości, ale w miarę jak alkohol rozwiązuje języki, z rodzinnego kociołka zaczynają kipieć długo skrywane urazy i napięcia. Wiele z tego, co następuje później, jest autentycznie zabawne, ale każdy żart ma tu swoje żądło. To nie jest niewinna zabawa.

Fot.: Philip Lyons W sztuce widać wiele wyraźnych inspiracji, ale autorzy potrafią je zręcznie połączyć. Spektakl sporo zawdzięcza operom mydlanym osadzonym w Midlands i na północy Anglii, które wszyscy doskonale znamy. Żadna postać nie zostaje tu oszczędzona – każda ma swój sekret. W większości zostało to poprowadzone zgrabnie, choć odniosłem wrażenie, że tempo nieco siadło po przerwie, gdy zaczęliśmy przedzierać się przez życiorysy bohaterów w sposób odrobinę mechaniczny. Ale są tu też starsze echa teatralne. Przykładowo, czułem odległą obecność „When We Are Married” J.B. Priestleya w tym, jak destabilizujące (ale i wyzwalające) może być odkrycie, że relacje międzyludzkie nie są tak niezmienne, jak by się zdawało. A gdy ton gęstnieje, pojawia się klimat rodem z „Distant Voices, Still Lives”. Pod powierzchnią kryje się mnóstwo tłumionego bólu i przemocy fizycznej (która w końcu wybucha), stosowanej głównie przez mężczyzn wobec kobiet. Picie i imprezowanie mają za zadanie zagłuszyć problemy, co pozwala nieznośnej matronie Dorothy stwierdzić na koniec, że każda rodzina ma po prostu swoje „wzloty i upadki”. Jednak w istocie jest to opowieść o nieudolnych mężczyznach sterowanych pośrednio przez niezwykle sprawne kobiety, którym społeczeństwo odmawia ról liderskich. To właśnie ta dynamika tworzy potwora w osobie Dorothy, wokół której manipulacji kręci się cała intryga.

Rzadko spotyka się produkcję tak „dopiętą” na tak wczesnym etapie. Tekst jest cięty i błyskotliwy, scenografia, rekwizyty, światło i kostiumy współgrają idealnie, a aktorzy grają z takim skupieniem i wyczuciem komizmu, jakiego rzadko oczekuje się tuż po premierze. Jeśli jednak spojrzymy na dorobek obsady – zarówno telewizyjny, jak i teatralny – zdziwienie mija. Mamy tu weteranów znanych z małego ekranu oraz aktorów z bogatym doświadczeniem w teatrach repertuarowych i na londyńskich scenach. Jak sztuka jest dobrze napisana, tak i produkcja stoi na wysokim poziomie. Każdy recenzent uznałby ten spektakl za niezwykle rozrywkowy i gwarantowany udany wieczór w teatrze. Zresztą, nawet zahartowani krytycy na pokazie prasowym śmiali się znacznie częściej niż zwykle.

Serce tego wieczoru bije jednak w precyzyjnie dopracowanych kreacjach aktorskich. Największą nagrodą dla widza nie jest rubaszny humor czy smutek kryjący się za zmarnowanymi życiami bohaterów, lecz czysta przyjemność oglądania świetnie zgranego zespołu, który generuje niezwykłą komiczną energię, nie tracąc przy tym okazji do pokazania indywidualnego patosu i psychologicznej głębi postaci.

Fot.: Philip Lyons

Wendi Peters w roli głównej kradnie każdą scenę. W jej absurdalnych pretensjach do wielkiego świata i snobizmie było coś z Hiacynty Bukiet, ale mogliśmy też dostrzec, o ile bystrzejsza i silniejsza jest od reszty rodziny. To jej determinacji, mimo ogromnych kosztów ludzkich, bliscy zawdzięczają jakikolwiek awans społeczny. Kevin McGowan w roli jej męża Teddy’ego ma dość niewdzięczne zadanie, ale świetnie wykorzystuje każdą daną mu chwilę. Podobnie James Wrighton jako ich syn Kenneth – znakomicie oddaje wewnętrzny konflikt między próbą bycia samcem alfa a faktem, że wciąż jest maminsynkiem. Balansuje między szarmanckim urokiem a czającą się tuż pod skórą agresją. Dla mnie jednak najlepszy wśród panów był Matthew Fraser Holland w roli zdominowanego zięcia Ollie’ego. Wnosi on na scenę mnóstwo świetnych komediowych akcentów, autentycznie oddając poczciwość i wrażliwość swojej postaci. Moment, w którym to właśnie jemu przypada okazja do postawienia się tyranizującej wszystkich Dorothy, jest świetnie napisanym i zagranym triumfem.

Jedną z największych zalet wieczoru była interakcja między kobietami. Czy to w solidarności, czy w konflikcie – ich wspólne sceny cechowała elastyczność i naturalność. Danielle Flett jako Corinne, żona Kennetha z Londynu, pokazała siłę w starciach z Peters, a jednocześnie kruchość wynikającą z niepewnej pozycji w rodzinie. Vicky Binns jako córka Dorothy, Madeleine, funduje nam mocny początek spektaklu, a później wyciąga wszystko, co najlepsze, z tej wycofanej, choć stale obecnej roli. Bardzo subtelną kreację stworzyła Wendy Morgan, która przez większość czasu musi ustępować siostrze, ale gdy trzeba, potrafi się odgryźć. Podobnie jej rezolutna córka, która pod koniec sztuki wydaje się jedyną osobą zdolną do ostatecznego buntu przeciwko rodzinnym uprzedzeniom.

Tę sztukę można odbierać jako przaśną farsę albo jako coś niespodziewanie melancholijnego. Tak czy inaczej, to całkowicie pochłaniający wieczór, podczas którego zupełnie nie czuje się upływu czasu.

Spektakl Hatched 'N' Dispatched jest grany do 26 września 2016 roku

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS