WIADOMOŚCI
RECENZJA: Bądźmy poważni na serio (The Importance Of Being Earnest), Harold Pinter Theatre (0 gwiazdek)
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Bądźmy poważni na serio. Zdjęcie: Tristram Kenton Bądźmy poważni na serio Harold Pinter Theatre 19 lipca 2014 0 gwiazdek W Harold Pinter Theatre grana jest obecnie sztuka, wymyślona i wyreżyserowana przez Lucy Bailey, we współpracy ze scenografem Williamem Dudleyem i autorem Simonem Brettem, która udaje „Bądźmy poważni na serio” Oscara Wilde'a.
To nie jest ta sztuka.
W rzeczywistości, temu spektaklowi jest tak daleko do doskonałego, absurdalnego arcydzieła Wilde'a, jak Adolfowi Hitlerowi do Nelsona Mandeli.
Osoby, które kupiły bilety, sądząc, że doświadczą genialnej „komedii dla dorosłych ludzi o sprawach błahych” Wilde'a, powinny żądać zwrotu pieniędzy. Ponieważ Bailey wcale nie próbowała wyreżyserować tej sztuki. Przypisywanie czegokolwiek, co dzieje się na deskach Harold Pinter Theatre, Wilde’owi jest wprowadzaniem w błąd i kłamstwem – to nie jest „Bądźmy poważni na serio”.
To głupia, jałowa opowieść o grupie starszych amatorów wystawiających wielkie dzieło Wilde'a. Nazwanie tego konceptu nędznym to zdecydowanie zbyt mało.
W programie Bailey i Dudley cytowani są jako czerpiący inspirację z – o zgrozo – wspaniałej „Arkadii” Toma Stopparda:
„W Arkadii istnieją dwa odrębne światy w jednym niezmiennym domu, oddzielone luką niemal 200 lat. Oba zajmują scenę, nieświadome swojej wzajemnej obecności. Pamiętamy, jak płynnie i genialnie to zrealizowano – sposób, w jaki jedno pokolenie pojawiało się dokładnie w momencie, gdy drugie opuszczało scenę. To było bardzo wzruszające i mamy nadzieję, że uda nam się osiągnąć coś podobnego, przenosząc akcję z 2014 roku z powrotem do 1895”.
Jest to tak głęboko niedorzeczne, że aż niewyobrażalne. Głupi, niewyobrażalny plagiat.
Arkadia została napisana specjalnie tak, aby jeden dom był dzielony przez dwie odrębne grupy, z których jedna – badacze – była stale świadoma istnienia i myślała o drugiej grupie – współczesnych Lordowi Byronowi.
Wilde napisał sztukę o postaciach fikcyjnych. Bailey i Dudley stworzyli sztukę i scenografię z własnymi postaciami – grupą aktorów-amatorów próbujących wielkie dzieło Wilde'a. Nie ma tu dwóch odrębnych grup na jednej scenie: jest jedna grupa wykonująca dwie różne czynności. Nie ma to nic wspólnego z „Arkadią” i absurdalne jest sugerowanie, że tak jest, by w ten słaby sposób próbować okryć się płaszczem prestiżu poprzez nazwisko Stopparda.
Utalentowany Michael Frayn dostarczył już komediowe arcydzieło o tym, jak zakulisowe intrygi wpływają na teatr na żywo. Nazywa się ono „Czego nie widać” (Noises Off). Tandetne i wyjątkowo mało zabawne banialuki Simona Bretta w żaden sposób nie zagrażają dziedzictwu Frayna.
Zatem – to nie jest ani Wilde, ani Stoppard, ani Frayn.
To po prostu chłam. Podający się za „Bądźmy poważni na serio”.
W dodatku jest to spektakl ageistowski i potwornie protekcjonalny wobec wielu wspaniałych ludzi wykonujących fantastyczną pracę w amatorskich teatrach lokalnych.
Bailey powinna po prostu pozwolić obsadzie wykonać swoją pracę i zagrać role napisane przez Wilde'a. Jak udowodniła z taką lekkością Judi Dench w „Śnie nocy letniej” w Rose Kingston, wiek nie musi wykluczać wykonawcy z grania roli zazwyczaj obsadzanej przez młodsze osoby.
W wielu kreacjach widać znamiona doskonałości, ale ponieważ muszą oni grać nieprofesjonalistów grających postacie wilde'owskie, widz nigdy tak naprawdę tych postaci nie widzi. Postacie amatorów wchodzą im w drogę.
Siân Phillips mogłaby być wspaniałą Lady Bracknell, podobnie zresztą jak Cherie Lunghi. Lunghi mogłaby być fenomenalną Gwendolyn, ale nie wtedy, gdy musi wyczyniać te bzdury, które Bailey kazała jej grać jako Marii, byłej aktorce National Theatre. Zarówno Nigel Havers (Algernon), jak i Martin Jarvis (Jack) mogliby wypaść dobrze, gdyby po prostu grali Wilde'a, to samo dotyczy Nialla Buggy'ego (Kanonik Chasuble) i Rosalind Ayres (Panna Prism). Pozostali... niekoniecznie.
Ale to nie jest Wilde – i z całą pewnością nie jest to „Bądźmy poważni na serio”.
Trafniejszym tytułem byłoby „Poważne próby bycia ważnym” lub „Próby do Bądźmy poważni na serio w wykonaniu Bunbury Players”.
Widzowie powinni domagać się zwrotu pieniędzy.
Ponieważ Lucy Bailey dopuściła się oszustwa – to nie jest sztuka Wilde'a i nawet nie udaje, że nią jest, gdy już zasiądziecie w swoich drogich fotelach.
Jednak aby skusić was do zakupu biletu, przebiera się za cudownie dowcipną i niemal doskonałą sztukę Wilde'a.
To absolutny skandal.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności