Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Intimate Apparel, Park Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Intimate Apparel Park Theatre 19 lipca 2014 4 Gwiazdki Sztuka Lyn Nottage „Intimate Apparel”, która kontynuuje swój brytyjski sezon premierowy w Park Theatre (po przeprowadzce z Ustinov Studio w Theatre Royal Bath), to wyśmienicie napisane, wnikliwe i sugestywne dzieło. Naświetla życie Afroamerykanów około 1905 roku, a jednocześnie mówi o braku prawdy przenikającym współczesne poczucie tożsamości oraz o tym, że niemal każdy z nas posiada sekrety, których używa do kształtowania swojego wizerunku.

Tekst jest do bólu szczery, czule liryczny, a bohaterowie tętnią i promieniują życiem.

To historia Esther, niemłodej już krawcowej-starej panny, która wynajmuje pokój w pensjonacie i zarabia na życie, szyjąc luksusową bieliznę dla bogatych dam z Piątej Alei oraz co najmniej jednej prostytutki z dzielnicy Tenderloin. Kupuje wspaniałe tkaniny od samotnego Żyda, pana Marksa, który prowadzi mały butik, i przemienia je w stroje o niezwykłej urodzie i precyzji wykonania.

Oszczędza każdy grosz, upychając drogocenne banknoty w patchworkowej kołdrze, którą sama uszyła, i cierpliwie czeka na dzień, w którym będzie mogła otworzyć salon piękności dla „kolorowych pań”. Prowadzi proste, uczciwe i samotne życie, stroniąc od zalotów mężczyzn pracujących w hotelach jako bagażowi czy kelnerzy. Cierpliwie czeka.

Wtedy przychodzi list. Esther nie umie czytać ani pisać, więc jedna z jej bogatych klientek odczytuje wiadomość i – w prawdziwym stylu Cyrana – pisze odpowiedzi. Korespondentem jest George, samotny mężczyzna pracujący przy budowie Kanału Panamskiego. Po długiej wymianie listów George przyjeżdża do Nowego Jorku i już przy pierwszym spotkaniu biorą ślub.

Akt Drugi pokazuje, co dzieje się później; momentami jest delikatnie i czule, momentami zaskakująco i prawdziwie smutno; chwilami przewidywalnie, a chwilami niezwykle zmysłowo. Całość napisana z gracją, prawdą i słodko-gorzkim posmakiem doświadczenia. Finałowy obraz Esther ciężko pracującej przy maszynie do szycia jest potężny i wymowny; to symbol odwagi, siły i nieugiętego poczucia przyzwoitości.

Spektakl został uroczo i inteligentnie wyreżyserowany przez Laurence'a Boswella, którego starania wspiera niezwykle sprytna scenografia Marka Baileya. Nie tylko czyni ona akcję ciekawą dla oka, ale odzwierciedla centralne motywy sztuki. W dekoracjach Baileya kryją się ukryte rzeczywistości; tak jak każdy z bohaterów ma swoje tajemnice, tak ma je i scenografia. Praca Baileya jest natchniona, a oświetlenie Bena Ormeroda znacznie potęguje jej wpływ.

W produkcji widać jednak dwa istotne mankamenty. Najpoważniejszym jest praca nad akcentami. Poza właścicielką pensjonatu i panem Marksem, akcenty pojawiają się i znikają, bywają niezrozumiale błędne i odbierają autentyczność skądinąd (w większości) szczerym kreacjom. Rick Lipton jest wymieniony jako konsultant ds. dialektów, ale jego praca – szczególnie w przypadku George'a i pani Van Duren – jest albo zignorowana, albo błędna.

Drugi mankament dotyczy muzyki, która wydaje się zbyt nowoczesna jak na czas akcji i gryzie się z ogólnym poczuciem autentyczności.

Tanya Moodie jest znakomita jako centralna postać, Esther. To, delikatnie mówiąc, niezwykła kreacja – kobieta zaciekle niezależna, zdolna do podejmowania wielkiego ryzyka i nietypowych wyborów. Moodie reaguje na to genialnie; jej aktorskie wybory są nieoczywiste i różnorodne, sprawiając, że postać wibruje surowością i głęboko odczuwaną szczerością. Promieniuje ciepłem w chwilach radości i z zapierającą dech intensywnością oddaje ten nieskończony, biały chłód, który przynosi rozpacz.

Sceny, w których dzieli z panem Marksem wspólną pasję do wspaniale wykonanych, ręcznie zdobionych tkanin, są wręcz zachwycające. Kiedy gładzi niewiarygodnie delikatny materiał, który on oferuje jej na suknię ślubną, nie sposób nie poczuć tego, co czuje jej dłoń, nie widzieć tego, co widzą jej oczy i nie kąpać się w jej blasku czystej przyjemności. A moment, w którym ubiera pana Marksa w szlafrok uszyty z egzotycznego jedwabiu znalezionego specjalnie dla niej, jest tak zmysłowy i ekscytujący, jak mało co na teatralnej scenie.

Najlepsze momenty Moodie przychodzą jednak niespodziewanie: jej przerażenie, gdy pan Marks cofa się przed jej dotykiem; jej gniew na panią Dickson za pogardliwe ocenienie jej przyszłego męża jako bezwartościowego; jej wyrozumiałość dla życia Mayme jako prostytutki; jej poświęcenie dla George'a i, osobno, dla Mayme; jej otwarte oskarżenie pani Van Duren o tchórzostwo. Moodie gra każdą z tych scen niezwykle skutecznie – poprzez interesujące, niebanalne i natchnione wybory aktorskie.

Mimo to, najlepsza rola w tym spektaklu nie należy do niej, mimo że – a może właśnie dlatego – Esther jest postacią centralną. To pan Marks w wykonaniu Ilana Goodmana zasługuje na miano aktorstwa najwyższej próby.

Drobiazgowo dopracowany Marks Goodmana to absolutna perfekcja. Z wielką swobodą i niezwykłym kunsztem oddaje nieśmiałość, prostotę i tradycyjną żydowską tożsamość bohatera. Jego sceny z Moodie to triumf tego przedstawienia. Skrywane namiętności Marksa są czytelne, choć Goodman nigdy nie podaje ich wprost. To pod każdym względem fenomenalna rola.

Rochelle Neil i Chu Omambala, odpowiednio jako Mayme i George, zostają w tyle. Oboje dają dość bezbarwne występy, które przyćmiewają blask tekstu i pozostałych świetnych kreacji. Omambali często nie sposób zrozumieć, co nie pomaga jego roli, ale nie o samą wymowę tu chodzi. Oboje sprawiają wrażenie, jakby „grali”, a przy Moodie wyglądają jak migoczący płomyk świecy przy pełnym, palącym słońcu. Są tam, ale niemal ich nie widać.

Sara Topham, pomijając akcent, dzielnie radzi sobie z tragiczną postacią uzależnionej od alkoholu „żony-trofeum”, uwięzionej w swoich strojach z Piątej Alei i uciekającej przed samą sobą. Jako wścibska właścicielka pensjonatu, pani Dickson, Dawn Hope jest w doskonałej formie; jej monolog o własnym małżeństwie i matce to jeden z tych czułych momentów, który nie należy wyłącznie do Moodie czy Goodmana.

Jak sugeruje tytuł, jest to sztuka, w której pojawia się „intymna garderoba” – damska bielizna z przełomu wieków. Ale z pewnością nie o niej jest ta opowieść. To rzecz o intymnych sekretach, które wszyscy ukrywamy przed tymi, z którymi przebywamy, żyjemy, których kochamy, poślubiamy czy z którymi pracujemy. A co najważniejsze, to sztuka o byciu wiernym samemu sobie.

Ale podobnie jak jedwab i jedwabiste szaty, nad którymi Esther ślęczy przy swojej maszynie, jest to sztuka jednocześnie użytkowa i delikatna, niezbędna, a jednak nieco egzotyczna, z miłością rzemieślniczo wykonana i przepyszna w odbiorze. I jak każdą piękną bieliznę – po prostu trzeba ją zobaczyć.

Zarezerwuj bilety na Intimate Apparel

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS