Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Wiele hałasu o nic, Mercury Theatre w Colchester ✭✭

Opublikowano

Autor:

pauldavies

Share

Wiele hałasu o nic

Mercury Theatre, Colchester

5.10.16

2 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

The Only Way is... Szekspir? Akcja osadzona we współczesnym Essex, w mieście garnizonowym (co stanowi mało subtelną aluzję do samego Colchester), okazuje się produkcją chybioną niemal na każdym poziomie. Podejście w stylu reality-show „TOWIE” wprowadza sporo tandetnych pomysłów, a błędna koncepcja reżyserska Pii Furtado zamiast skupić się na opowiadaniu historii, zdaje się napawać własną, rzekomą błyskotliwością. Wszystko zaczyna się od pieśni otwierającej, śpiewanej w przejściach między rzędami – widzowie z przodu nie widzą wykonawców, a całość ciągnie się w nieskończoność. Takie rozwlekanie pomysłów zabija tempo i niepotrzebnie wydłuża czas trwania; na przykład desperacko przeciągnięta scena przyjęcia niszczy komizm sytuacyjny, a niektórzy aktorzy tak usilnie próbują skraść show innym, że aż prosi się o interwencję. No i po co poprzestać na jednym żarcie „poniżej pasa”, skoro można zrobić ich dziesięć? (Jeśli obsada bawi się lepiej niż publiczność, to mamy problem). Spektakl trwa prawie trzy godziny i zdecydowanie wymagałby żwawszego rytmu. Choć cenię innowacyjność, ta interpretacja nie rzuca nowego światła na tekst – pod tą całą otoczką kryje się po prostu rzemieślnicze odegranie sztuki.

Ogromną ulgą jest fakt, że Beatrice i Benedick, na których opiera się cały ciężar przedstawienia, wypadają dobrze. Jason Langley to świetny, zawadiacki Benedick – może mógłby nieco bardziej wyeksponować swoją brawurę na początku, ale to dokładnie ten typ chłopaka z Essex, jakich tłumy spotkamy w sobotni wieczór w lokalnym Wetherspoonie. Jest niezwykle budzący sympatię, gdy w końcu wyznaje miłość Beatrice. Akcent Danielle Flett przypominał mi interpretację Catherine Tate sprzed kilku lat, ale gdy już złapie właściwy rytm, jej Beatrice staje się zadziorna i przekonująca, a chemia między tą parą działa szczególnie dobrze w drugiej połowie. Robert Fitch jako Don Pedro jest znakomity – autorytarny, gdy trzeba, koleżeński na zawołanie, z subtelnie zarysowaną nutką samotności i miłosnego zawodu. Kirsty J. Curtis w roli Małgorzaty jest pełna energii i dowcipu; cieszy też fakt, że dano jej postaci przestrzeń na żałobę po Hero.

Reszta obsady wykazuje się podobnym zaangażowaniem, choć ich starania podkopuje sama koncepcja. Polly Lister jako Don John przebija się przez tę całą fircykowatość i dzięki świetnej dykcji celnie oddaje złośliwość swojej postaci. Jednak przedstawienie czarnego charakteru jako kobiety-żołnierza oraz uczynienie Konrada (jednego z jej kamratów) również kobietą, utrwala stereotyp „wrednych bab” w armii – zabrakło silnej przeciwwagi po stronie pozytywnych postaci kobiecych. Zrobienie z Dogberry’ego byłego żołnierza zmagającego się z PTSD to odważny i fascynujący pomysł, który jednak całkowicie wysysa komizm z tej roli, mimo mocnego występu Karla Hayne’a. W pozostałych członków Straży wcielili się amatorzy z lokalnej społeczności i poradzili sobie całkiem nieźle, zwłaszcza że niektórym zawodowym aktorom podczas premiery zdarzało się zapominać tekstu. Niestety, poziom aktorstwa w zespole jest dość nierówny.

Sytuacji nie poprawia przygnębiająca scenografia Camilli Clarke, która w pierwszej połowie więzi akcję w koszarach, nie pozwalając sztuce rozwinąć skrzydeł jako radosnej komedii. W drugiej części, gdy opuszczamy koszary, wcale nie jest lepiej – to na pewno nie jest Colchester, które znam. Jedynym rozpoznawalnym akcentem jest autobus SOS, który w weekendy służy pomocą nietrzeźwym w centrum miasta. Nie ma tu śladu rzymskich murów czy zabytkowych kościołów, w których Hero mogłaby szukać schronienia po porzuceniu przed ołtarzem. Dla mnie „Wiele hałasu o nic” to komedia romantyczna – co zresztą podkreśla artykuł w programie. Tymczasem ta produkcja nie jest ani romantyczna, ani zabawna. To na pewno nie jest czarna komedia, a z tekstu wyciśnięto całą radość. Paradoksalnie, ponieważ humor spalił na panewce, te bardziej ponure aspekty sztuki wybrzmiewają znacznie skuteczniej. Z bólem przyznaję, że w mojej opinii to jedna z najsłabszych propozycji wystawionych w Mercury w ostatnim czasie. Zaznaczam jednak, że to tylko moje zdanie – niektórzy krytycy i widzowie byli zachwyceni, więc ta wersja od początku miała dzielić publiczność. Na pewno wywołała dyskusję, co samo w sobie może być zachętą, by wybrać się do teatru i wyrobić sobie własną opinię!

W repertuarze do 15 października 2016

ZAREZERWUJ BILETY NA WIELE HAŁASU O NIC

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS