Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Roundelay, Southwark Playhouse ✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Roundelay

Southwark Playhouse

27 lutego 2017

1 gwiazdka

Zarezerwuj bilety Mówi się, że w każdym zakątku świata, w dowolnym momencie, wystawiana jest właśnie „Śmierć komiwojażera” Arthura Millera. Cóż, Miller to nic przy Arthurze Schnitzlerze. Na jedną inscenizację tragedii Willy’ego Lomana przypada pewnie z dziesięć wersji „Korowodu” Schnitzlera. Tylko w ostatnich miesiącach w Londynie mogliśmy podziwiać błyskotliwą, odważną i nowoczesną interpretację gejowską autorstwa Joe Di Pietro pt. „F**king Men”, która olśniewała precyzją i dowcipem; niedawno w The Bunker na deski trafiła kolejna znakomita wersja. A teraz, równolegle z tamtą, otrzymujemy propozycję od Southwark Playhouse stworzoną wspólnie z teatrem Visible Sonji Linden. Naprawdę, można by pomyśleć, że Schnitzler nigdy nie napisał niczego innego.

Głównym atutem (USP) tego projektu jest obsada złożona ze starszych aktorów. Nie ma w tym nic złego. Nie tak dawno temu Lucy Bailey odniosła wielki sukces ze swoją wersją „Bądźmy poważni na serio” obsadzoną seniorami (i zjechała z nią cały kraj, zbierając same pochwały). Nadzieje – i oczekiwania – są więc wysokie, gdy zasiadamy do tej edycji seryjnych miłosnych podbojów.

Zgromadzono tu wspaniałą obsadę. Clare Perkins jako elegancka i władcza Mistrzyni Ceremonii prowadzi nas przez inscenizację w cyrkowej estetyce (przywołując przy tym na myśl „Lulu” Wedekinda). John Moraitis, Roger Alborough, Elan James (jeden z dwóch zaledwie młodych aktorów tworzących tło) oraz Vincenzo Nicoli to panowie – wszyscy bardzo dobrzy i sprawni warsztatowo; a Holly de Jong, Annie Firbank, Doreen Blackstock i Anna Simpson (młoda twarz w obsadzie) to panie – równie profesjonalne, dające z siebie wszystko w roli, starając się wycisnąć ile się da z materiału. Zarówno aktorzy, jak i aktorki czynią cuda w swoich scenach, wypełniając scenę gwarem i ruchem podczas rozmaitych cyrkowych przejść, przy czym młoda para dwoi się i troi, wykonując fikołki, gwiazdy i wspinając się po linach w improwizowanych akrobacjach powietrznych. A co to ma wspólnego z tematem sztuki? Cóż, pozostaje to w sferze wyobraźni (albo obowiązkowego dildo przypinanego pasami, czy też dość sfatygowanej szpicruty, którymi urozmaicono niektóre interludia). I choć Southwark Playhouse posiada żyrandol, nikt w tej produkcji na nim nie dynda. W zespole jest jeszcze jeden młody talent: Ru Hamilton, który zaczyna wyglądając jak Jean-Louis Barrault w roli mima Pierrota w „Dzieciach raju”, a następnie gra piękną muzykę (autorstwa Maxa Pappenheima) na flecie, wiolonczeli, saksofonie i klarnecie. Jego wkład jest prawdopodobnie najbardziej satysfakcjonującym elementem całego wieczoru.

Wizja Linden na ten zgrany już temat brzmi, jakby została napisana przez komitet. Autorka zdaje się mieć obsesję na punkcie powtarzania wszystkiego dwa, a najlepiej trzy razy, być może w obawie, że widzowie nie uważali za pierwszym razem. Może ma rację. Mogliśmy być rozproszeni tymi wszystkimi dziwnymi pomysłami reżyserki Anny Ledwich czy nerwowym, a jednocześnie dziwnie statycznym ruchem scenicznym Diane Alison Mitchell. Podczas gdy niektóre sztuki stawiają na różne „poziomy” doświadczenia, metodą Linden jest zmiana sposobu mówienia. W scenariuszu jest więcej zmian tonu i rejestru niż zmian partnerów seksualnych (i innych). Powoduje to, że nigdy nie wiadomo, dokąd ten tekst zmierza. Jeśli to celowe, to jest to decyzja o dezorientowaniu widza; jeśli stało się to przypadkiem, to świadczy o czystym niedbalstwie autorki. Jak to brzmi? Wyobraźcie sobie Schnitzlera przepisanego przez Jane Austen, a potem ten tekst poprawiony przez Danielle Steel – to mniej więcej ten klimat.

Niedawno Southwark Playhouse zaprezentowało niezwykle dobrą sztukę o wiecznym konflikcie między młodością a starością zatytułowaną „Gods And Monsters”. Teraz, w tej samej przestrzeni, w której dramat Russella Labeya wywarł tak inteligentne, wzruszające i piękne wrażenie, ta trawestacja Schnitzlera w wykonaniu Visible wypada niestety blado. Jeśli lubicie proste – bardzo proste – opery mydlane o miłych ludziach z klasy średniej, którzy piją hektolitry prosecco i rozwodzą się bez końca nad swoimi bardzo zwyczajnymi relacjami, to jest to sztuka dla was! Jeśli nie, odpuśćcie sobie.

Grali do 18 marca 2017

Zdjęcia: John Haynes

ZAREZERWUJ BILETY NA ROUNDELAY

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS