Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Man Who Had All The Luck, King's Head Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Jamie Chandler i Alex Warner w spektaklu „The Man Who Had All The Luck”. Fot. George Linfield The Man Who Had All The Luck

Kings' Head Theatre

3.09.2015

5 gwiazdek

The Man Who Had All the Luck nie jest może debiutem Arthura Millera, ale z pewnością jego pierwszym tekstem wystawionym na profesjonalnej scenie. Napisany w 1941 roku i wystawiony bez sukcesu trzy lata później, zniknął z afisza na dekady, a sam Miller uważał go za porażkę nie do odratowania. Na Wyspach został przypomniany w Bristol Old Vic w 1990 roku, a następnie całkiem niedawno w Donmar Warehouse w roku 2008. Utwór ten wyłamuje się ze schematu dramaturgii Millera, do którego przywykliśmy. Od czasu Wszystkich moich synów postrzegamy jego twórczość głównie jako eksplorację tragizmu, gdzie wielkie pytania społeczne i narodowe rozgrywają się w ramach dramatu rodzinnego. Tutaj otrzymujemy podobne konflikty wewnątrzrodzinne i tło wielkich debat politycznych czy wręcz metafizycznych, ale dynamika losów głównego bohatera budowana jest na nieustannym sukcesie, a nie katastrofie. I to jest właśnie sedno sprawy. To studium udręki i zwątpienia, które towarzyszy nieprzerwanej dobrej passie, na którą bohater czuje, że zupełnie nie zasłużył. David Beeves (Jamie Chandler) zaczyna jako skromny mechanik z warsztatu, bez specjalnych umiejętności czy talentów, a mimo to wszystko mu się udaje – w pracy, w miłości i w przyjaźni. Odnosi sukcesy, nie krzywdząc przy tym innych. To jednak nie wystarcza, gdyż wciąż brakuje mu poczucia tożsamości i sensu życia; cytując samego Millera: „gromadzi rdzewiejące skarby, z których uszła już dusza”. Co więcej, ludzie z jego otoczenia, zwłaszcza brat Amos (Michael Kinsey), doświadczają druzgocących klęsk, równie dotkliwych i pozornie przypadkowych, co sukcesy Davida.

Jamie Chandler i Michael Kinsey w spektaklu „The Man Who Had All The Luck”. Fot. George Linfield

Czy w życiu musi istnieć jakaś zasada sprawiedliwości? Czy może wszystko jest tylko dziełem przypadku, jak ruchy meduzy unoszonej przez fale – „Przypływ przychodzi, odpływ odchodzi. Człowiek ma niewiele do powiedzenia w kwestii tego, co go spotyka”? Z pewnością nie wystarczy stwierdzenie, że ludzie odnoszą sukcesy lub porażki przez szczęście, pecha czy jeden błąd. Gdzie szukać sensu bez porządkującej (i uspokajającej) struktury narzuconej przez greckich bogów czy chrześcijańskie bóstwo?

Dramaturgiczne odpowiedzi Millera na to odwieczne pytanie nie są może tak wnikliwe ani bolesne jak w jego późniejszych sztukach, ale zapowiadają wiele z tamtych motywów. Doceniona zostaje pracowitość, skromność i nieustanne dążenie do prawości wobec innych, choć nie odbywa się to w sposób naiwny. Znane tematy służą tu za paliwo dla debat bohaterów – czy amerykański sen w dobie Wielkiego Kryzysu to oszustwo, czy rzeczywistość? Czy ambicja i indywidualne osiągnięcia są tym, czym się wydają? Czy inne reguły obowiązują w życiu prywatnym, a inne w publicznym? Czy ojcowie, synowie i bracia mogą współpracować, czy są skazani na spory i konflikty?

Obok samego Davida mamy tu świetnie nakreślone role jego ukochanej, a później wspierającej go żony, Hester (Chloe Walshe), ojca Pata (Keith Hill), brata oraz całą galerię mieszkańców miasteczka na Środkowym Zachodzie. Najważniejszym z nich jest Gus (Alex Warner), utalentowany austriacki mechanik-imigrant, jeden z niewielu, którzy potrafią zrozumieć wewnętrzną udrękę Davida i do niego dotrzeć. W drugiej połowie ciężar argumentacji spoczywa w dużej mierze na ich wspólnych scenach.

Jamie Chandler, Chloe Walshe i Alex Warner w spektaklu „The Man Who Had All The Luck”. Fot. George Linfield

Sztuka jest bardzo dobra i stanowi istotny element dorobku Millera, choć nie jest to arcydzieło. Obok wyjątkowych cech charakterystycznych dla jego stylu, trzeba przyznać, że zdarzają się tu pewne dramaturgiczne potknięcia. Niektóre wątki są zaskakująco słabo zarysowane i zbyt szybko ucięte – na przykład nagła śmierć despotycznego patriarchy, który był główną barierą dla związku Davida i Hester. Po co budować takie napięcie, by potem tak gwałtownie je porzucić? Szkoda również, że w drugiej części rzadziej widzimy brata Amosa, gdy tylko spełnił on już swoją dydaktyczną rolę jako przykład zawodowej porażki miotacza bejsbolowego.

Być może podstawowy problem polega na tym, że sztuka nigdy do końca nie odnajduje właściwej ostrości, robiąc wypady w stronę różnych gatunków. Zapowiada się jako tragedia, a część bohaterów spotyka prawdziwe nieszczęście. Jednak nie wykładając wszystkich kart na stół, druga połowa wpada w sidła zbyt wielu melodramatycznych zwrotów akcji, jakby sam Miller nie mógł się zdecydować na kierunek.

W swojej autobiografii Zakręty czasu (1987) Miller wspomina, że krytyk John Anderson dał mu cenną wskazówkę, dlaczego sztuka nie zadziałała. Powiedział mu, że w utworze czai się cień tragedii: „Napisałeś tragedię w stylu ludowej komedii”. Była to dla Millera ważna lekcja – choć trudno o uogólnienia przy tak bogatym dorobku, w późniejszych dziełach nigdy więcej nie miał już wątpliwości co do gatunku, w którym się porusza.

Chloe Walshe i Jamie Chandler w spektaklu „The Man Who Had All The Luck”. Fot. George Linfield

W produkcji było wiele momentów godnych podziwu. Oszczędna scenografia sprawdziła się świetnie, zmuszając widza do skupienia i refleksji przede wszystkim nad tekstem i dylematami bohaterów. Nie do końca zrozumiałem, dlaczego w drugiej połowie ostatnia strona sztuki została wyryta na podłodze sceny niczym Tablice Przymierza, ale poza tym była to przyjemnie prosta, pozbawiona zbędnych udziwnień inscenizacja. Minimalnie skrócono też czas potrzebny na zmiany dekoracji, co bywało problemem we wcześniejszych spektaklach w tym teatrze.

W obsadzie nie było słabych punktów, poza kilkoma niepewnościami, które są nieuniknione na tak wczesnym etapie grania sztuki. Akcenty były w większości poprawne, a wszyscy aktorzy z pewnością i naturalnością poruszali się po bardzo małej scenie typu thrust – słowa uznania dla reżysera Paula Lichtensterna. Główne role powierzono młodym aktorom, których energia, intensywność i oddanie są dokładnie tym, czego potrzeba, by wydobyć to, co najlepsze z podniosłych i ambitnych dialogów Millera. Tak dobra gra zespołowa świetnie wróży przyszłym produkcjom nagradzanej grupy End of Moving Walkway.

Arthur Miller urodził się sto lat temu. Jeśli stulecie ma służyć jakiemukolwiek celowi, to właśnie odkrywaniu dzieł na nowo. Teatrowi King’s Head należą się wielkie brawa za to, że postanowił uczcić pamięć tego wielkiego pisarza nie poprzez jeden z doskonale znanych hitów, ale poprzez mniej znany, lecz wcale nie mniej wartościowy utwór, który wciąż przemawia do nas z ogromną siłą.

The Man Who Had All The Luck można oglądać w King's Head do 27 września 2015 roku

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS