Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: These Trees Were Made Of Blood, Southwark Playhouse ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Udostępnij

These Trees Were Made Of Blood

The Little, Southwark Playhouse

21 marca 2015

3 Gwiazdki

Kabaret dla każdego może oznaczać coś innego. Każdy z nas ma inny bagaż oczekiwań – od blichtru i jaskrawych wyczynów Lizy Minnelli w ekranizacji wielkiego dzieła Kandera i Ebba, po kameralne spotkania z artystą, który przeplata piosenki czarującą lub błyskotliwą konferansjerką. Na początku XX wieku w Niemczech narodziła się jednak szczególna forma: Weimar Kabarett. Był to kabaret polityczny w każdym calu: seksowny, przepełniony czarnym, satyrycznym humorem, prowadzony przez charyzmatycznego Mistrza Ceremonii. Oferował widowisko intymne, a zarazem ponuro ironiczne, prowokacyjne i zabawne, lecz niosące ze sobą drugie dno.

Kander i Ebb czerpali z formy weimarskiego kabaretu, nadając mu jazzowego sznytu w swoim przełomowym „Kabarecie”. Obecnie na scenie The Little, mniejszej sali Southwark Playhouse, grany jest spektakl „These Trees Were Made Of Blood” – dzieło stworzone wiernie w duchu weimarskim. Stworzone przez utalentowany zespół: Amy Draper (reżyseria), Paula Jenkinsa (scenariusz) i Darrena Clarka (muzyka), rzuca światło na okres Brudnej Wojny w Argentynie (1976–1983) oraz losy „desaparecidos” – młodych dysydentów krytycznych wobec junty wojskowej, którzy byli porywani przez władze i słuch o nich ginął.

Tłem produkcji jest The Coup Coup Club (błyskotliwa gra słów nawiązująca do Kit Kat Clubu, która od razu wprowadza widza w świat wojskowych dyktatur i opresji). To podrzędny klub nocny, w którym skrajnie prawicowi ideolodzy świętują swoje zwycięstwa przy mocnych trunkach i chrupiących empanadas. Panuje tu oniryczna atmosfera, jakby Alicja w krainie czarów wpadła do nory urządzonej w stylu „shabby chic”, która od dekady nie widziała sprzątaczki. Brud i chaos stały się tu nieodłącznymi towarzyszami stolików i krzeseł, a wymuszona serdeczność między nieznajomymi unosi się w powietrzu.

Ściany zdobią zdjęcia zaginionych, niekiedy przesłonięte cienką, zabrudzoną zasłoną. Pod sufitem biegnie półka wypełniona segregatorami, sugerującymi biurokratyczny porządek. W jednej części znajduje się prosta, staromodna kuchnia; naprzeciwko, na podwyższeniu, gra i śpiewa niezwykle stylowy zespół multiinstrumentalistów. Centralnym punktem jest podest, na którym króluje Mistrz Ceremonii i występuje reszta artystów. Scenografia Georgii Lowe jest bezbłędna – doskonale oddaje klimat podziemia i domowego przygnębienia.

W przeciwieństwie jednak do klasycznego kabaretu weimarskiego czy arcydzieła Kandera i Ebba, tematyka poszczególnych numerów w The Coup Coup Club nie zawsze jest oczywista dla każdego. Choć to smutne świadectwo stanu naszej wiedzy o świecie, nie wszyscy znają przerażające szczegóły dotyczące „zaginionych”. A bez choćby powierzchownej znajomości kontekstu historycznego, „These Trees Are Made Of Blood” nie oddziałuje tak mocno, jak mogłoby.

Aby w pełni zrozumieć ten spektakl, trzeba wiedzieć o dwóch kluczowych kwestiach:

(a) Matki zaginionych (Madres de Plaza de Mayo) głośno domagały się prawdy o swoich dzieciach, stając się solą w oku junty; ich marsze i protesty były niezwykle skuteczne i trwają do dziś.

(b) Wojsko stosowało tzw. „Loty śmierci”, by uciszyć wrogów – podawano im narkotyki, a następnie wyrzucano żywcem z samolotów nad oceanem, aby utonęli i zniknęli na zawsze.

Bez tej wiedzy zrozumienie sensu niektórych piosenek i scen w klubie zajmuje sporo czasu. Inaczej niż w „Kabarecie” z Minnelli, gdzie tło historyczne było jasne dla wszystkich, ten spektakl musi edukować o okrucieństwach na bieżąco, za pomocą piosenek i skeczów – a to o wiele trudniejsze zadanie.

Mimo to koncepcja The Coup Coup Club sprawdza się świetnie. Artyści występują nie tylko na scenie, ale krążą między widzami. Początkowo jest to niekomfortowe, ale ich naturalny urok i upór sprawiają, że stają się nam bliscy, usypiając naszą czujność. To sprawia, że gdy na jaw wychodzi straszliwa prawda, czujemy się niemal współwinni.

Pastiszowa muzyka – odrobinę hippisowska, folkowa i country – wykonywana przez niewielki zespół, nieocenienie pomaga w kreowaniu atmosfery ciepła i frywolności. Dzięki temu kontrastowi horror osobistych tragedii wybrzmiewa jeszcze mocniej. Muzyka Clarka wspaniale spełnia swoje zadanie. Surowy, emocjonalny wokal Josha Sneesby’ego, Rachel Dawson, Eilona Morrisa i Anne-Marie Piazzy tworzy gęste, chwilami bolesne tło. Niektóre partie są celowo nieczyste, co paradoksalnie nie przeszkadza, a wręcz podkreśla autentyczność przekazu.

Sercem spektaklu i głównym powodem jego sukcesu jest fenomenalna rola Grega Barnetta. Jako Generał, pełniący funkcję Mistrza Ceremonii, Barnett jest seksownym i pociągającym obliczem morderczej junty. Bez skrupułów uwodzi publiczność ciętym dowcipem, lśniącym uśmiechem i znakomitym głosem – choć słowa, które wypowiada, są skandaliczne i przerażające. Aktorsko Barnett jest bezbłędny: to czarująca, a zarazem potworna propaganda w ludzkiej skórze.

Mniej więcej w połowie pierwszego aktu, po długim budowaniu klimatu, który bez znajomości faktów historycznych może być nieco mglisty, akcja nabiera tempa. Kobieta szuka swojej zaginionej córki. Wykorzystanie przestrzeni klubu, by wzbudzić w widzach empatię wobec matki, to genialny i niezwykle skuteczny zabieg.

Od tego momentu widowisko staje się powolnym odliczaniem do wybuchu, usianym mocnymi, niepokojącymi scenami. Władza Generała nad milczeniem i przemocą rośnie, a pośród potoku komunałów o jedności narodowej i zwalczaniu opozycji, wyłaniają się wyspy niewyobrażalnego horroru.

Momentem, który głęboko zapada w pamięć, jest scena z udziałem zaginionej córki (Charlotte Worthing) i jej zdesperowanej matki (Val Jones). W tym wstrząsającym fragmencie Generał wkłada dziewczynie do ust bardzo długi balon w kształcie parówki. Balon znika w niej całkowicie – przypomina to kadr z makabrycznego filmu snuff. To przykład siły wyrazu, jaką potrafi nieść ze sobą kabaret.

To odważne i ważne dzieło teatralne. Wydaje się jednak odrobinę za długie – o jakieś trzydzieści minut. Spektakl zyskałby, gdyby grano go bez przerwy, pozwalając widzom zamawiać napoje i przekąski prosto do stolików, zgodnie z dawną weimarską tradycją, zamiast sztucznie dzielić go na dwa akty. Gdy poszukiwania córki ruszają pełną parą, ten pęd nie powinien być zatrzymywany.

Londyn rzadko ogląda tak zaangażowany, polityczny kabaret jak „These Trees Are Made Of Blood”. To produkcja pouczająca i chwytająca za gardło. Rozbudza chęć zgłębienia historii Brudnej Wojny i oddania hołdu odważnym matkom w ich walce o prawdę. Przede wszystkim jednak każe zadać sobie pytanie, dlaczego Generał w wydaniu Barnetta tak nas fascynował – przypominając dobitnie, że nie wszystko, co się świeci, jest złotem.

Zdecydowanie warto zobaczyć.

Spektakl „These Trees Are Made Of Blood” jest grany do 11 kwietnia w Southwark Playhouse

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS