Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Threesome, Union Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Threesome

Union Theatre,

piątek, 17 marca 2017 r.

3 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Z pewnością istnieje rynek na sztuki, które – używając słów scenarzysty i reżysera Jamiego Pattersona – „mówią to, co wszyscy myślą, ale nikt głośno nie wypowiada”, a ta produkcja bez wątpienia ten rynek odnalazła. Ubiegłej wiosny, po niespodziewanym sukcesie na festiwalach, spektakl trafił do Union Theatre na równie udany, dwutygodniowy cykl pokazów. Teraz powraca: dłuższy, większy i, można by rzec... dający więcej satysfakcji.

Tak jest, proszę państwa, to rzecz o seksie i typowa komedia erotyczna – lekka opowiastka o nieco znudzonym małżeństwie, które po wielu latach przerwy wyrusza do nocnego klubu, by poderwać dziewczynę, która dołączy do nich „w sypialni”. Sztuka pomyślana (jeśli wybaczą Państwo dwuznaczność) jako popisowa rola dla partnerki reżysera, April Pearson (znanej z serialu „Skins” na Channel 4), skupia się wokół jej kreacji jako beztroskiej wampicy Lucy. Zamiast być łatwym „łupem” dla spiętej Kate (Gemma Rook) i udającego luzaka Sama (Chris Willoughby), Lucy staje się gospodynią tego urokliwego spotkania i owija sobie parę wokół palca. Rozbija mury ich letniej, pełnej zahamowań relacji (i ich samych), zmieniając ich życie zdecydowanie na lepsze.

Obsada jest kluczem do sukcesu tego przedsięwzięcia, a spektakl serwuje nam „trójkąt” na więcej niż jeden sposób. Pearson wywodzi się głównie z filmu i telewizji, Rook to rasowa aktorka teatralna o chłodnej, posągowej charyzmie, dzięki której Kate nigdy nie wydaje się słaba, a asem w rękawie Willoughby’ego jest jego powołanie – wręcz misja! – utalentowanego komika stand-upowego. Te trzy różne rodzaje inteligencji scenicznej współpracujące ze sobą tworzą fascynujące widowisko. Sztuka działa najlepiej wtedy, gdy aktorzy mogą w pełni czerpać ze swoich indywidualnych atutów.

Trzeba przyznać, że Patterson daje im ku temu każdą okazję. Wywodzący się z kina niezależnego (11 filmów w ciągu ostatniej dekady), debiutuje tu jako dramaturg i jest to debiut niezwykle solidny i obiecujący. Zaczyna na własnym podwórku, pokazując „podryw” w materiale filmowym (montaż David Fricker, kamera Cliff Trail). To ustala zasady gry dla tego spotkania i definiuje głos autora: bohaterowie słuchają się nawzajem bardzo uważnie (a przynajmniej robi to Lucy), więc my zdajemy sobie sprawę, że musimy robić to samo. I właśnie w tym tkwi komizm. Patterson gęsto upakował żarty w scenariuszu, np. Kate: „Zgadnij, ile mam lat”. Lucy (która ma 25): „35?”. Kate (zbita z tropu): „Mam 31”. Lucy (lekceważąco): „To samo”.

Po filmowym prologu zapalają się światła (może nieco zbyt gwałtownie – w programie brak nazwiska oświetleniowca) w apartamencie Lucy. To udana scenografia Williama Hoopera, w której goście nie tyle „wyluzowują się”, co powoli rozmarzają. Jest tu sporo bardzo szczerych rozmów o seksie i używkach – akcja opiera się głównie na dialogach i kilku „interaktywnych zabawach”. Atmosfera zagęszcza się znacznie, gdy Sam wykonuje bardzo zabawny striptiz. Wtedy akt pierwszy kończy się tam, gdzie pierwotna wersja sztuki – wspólnym wyjściem do sypialni. Jednak wielkim krokiem naprzód Pattersona jako dramaturga jest to, co robi w drugiej połowie. Zgodnie z tradycją lekkiej komedii mamy tu dwa kolejne akty (tworzące drugą część): pierwszy to powrót do salonu po „grze wstępnej”, gdzie widzimy gości zmagających się ze swoimi kruszejącymi fobiami i frustracjami. To tutaj odwaga autora w wykorzystaniu bezpośredniej, fizycznej siły teatru naprawdę procentuje, zwłaszcza w przezabawnej sytuacji po eksperymentalnej próbie „analnej pasywności” Sama. (Widać, że Patterson mówi to, co myśli i robi to, co zamierzył). Po zabawnym przerywniku audio parodiującym programy przyrodnicze Davida Attenborough, akt trzeci to piękny „blask po” (afterglow), pokazujący nam odmienione małżeństwo i sugerujący kolejne przygody.

Wszystko jest tu tak schludne i dopracowane, jak zadbane narządy płciowe. Jason Rush, lojalny producent wykonawczy, wspiera Pattersona w realizacji tego odważnego i ożywczego konceptu w nowej formie – to również jego pierwsza produkcja teatralna, i to niemal bezbłędna. Jako sztuka, „Threesome” działa jak powiew świeżego powietrza, wyważając drzwi szafy z napisem „co naprawdę dzieje się dziś między aktywnymi seksualnie ludźmi” za pomocą łomu dowcipu i inteligencji, a także sporej dawki współczucia i czułości. Jak na debiut, jest to dzieło niezwykle sprawne, z dużą porcją humoru i trafnych obserwacji, które w pełni uzasadniają dwie godziny spędzone w teatrze (wliczając przerwę). Choć Patterson błyskawicznie uczy się wykorzystywać środki wyrazu teatru, z pewnością dostrzeże też, że pisanie dla sceny stawia specyficzne wymagania. Nawet najlżejsze komedie są najskuteczniejsze, gdy opierają się na fundamencie realizmu; tutaj, poza wzmianką o czynszu za mieszkanie Lucy, nie dowiadujemy się o bohaterach niemal niczego istotnego pod względem materialnym, co utrudnia przejęcie się ich losem. Co kluczowe, motywem łączącym postacie pozostaje jedynie przelotna schadzka – im bardziej sztuka się rozwija, tym ten fundament wydaje się bardziej kruchy.

Rzecz w tym, że jak sama sztuka wymownie pokazuje, seks jest ogromnie ważny. Skoro już to ustaliliśmy, przekaz ten mógłby być nieco mocniejszy, gdyby postawić na szali coś bardziej znaczącego. Celem Pattersona jest stworzenie lekkiej komedii i to mu się udało. Można jednak argumentować, że żarty trafiałyby z jeszcze większą siłą, gdyby doprawić je odrobiną ludzkiej bezbronności i komplikacji. Musimy nie tylko wiedzieć, ale i fizycznie poczuć w tej sali, co powstrzymuje Kate i Sama przed pełnowartościową relacją. To pomogłoby nam docenić znaczenie Lucy w ich przemianie – a może warto by też dowiedzieć się, co ona sama z tego wyciąga?

Kto wie. Patterson pewnie znajdzie na te pytania lepsze odpowiedzi niż ktokolwiek inny. To świetna nowa postać w świecie teatru i oby darzyło mu się jak najlepiej. Idźcie i zobaczcie, co ma do zaoferowania. Myślę, że Wam się spodoba.

Gramy do 25 marca 2017 r.

ZAREZERWUJ BILETY NA SPEKTAKL THREESOME

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS