Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

WYWIAD: Alexandra Spencer-Jones, Dyrektorka Artystyczna

Opublikowano

Autor:

redakcja

Share

Ewan Stuart rozmawia z dyrektorką artystyczną Action to the Word Theatre Company. Alexandra Spencer-Jones ma na swoim koncie pracę przy Constance & Sinestra and the Cabinet of Screams, za które otrzymała nagrodę MTM:UK dla najlepszej debiutującej artystki, oraz Mechaniczną Pomarańczę, która właśnie wyruszyła w światowe tournée. Jej najnowszy spektakl Oresteja: Część 3. Eumenidy debiutuje właśnie w Camden People’s Theatre. Oresteja: Część 3. Eumenidy to zwieńczenie trylogii, nad którą pracowałaś przez lata. O czym opowiada ten projekt? Zasadniczo te trzy części to walka o wyjście z mroku ku światłu. Musisz przejść przez cały ten trud, by osiągnąć odkupienie – to taka starogrecka wersja historii o Chrystusie i narodzinach demokracji w najczystszym tego słowa znaczeniu. Trzecia część skupia się na naprawianiu krzywd i rozliczaniu nie tylko zbrodni z poprzednich odsłon, ale i win całych pokoleń. Wszystko spada na barki jednego człowieka, który zabił matkę, ale tym czynem bierze na siebie odpowiedzialność za koszmarne, przerażające winy swoich przodków. To trochę jak Hamlet, tylko na znacznie większą skalę, bo on odpowiada za grzechy wszystkich przed nim. To brzmi jak ogromne przedsięwzięcie. Czy wszystko poszło gładko? Kiedy podeszliśmy do trzeciej części po raz pierwszy, to był koszmar! Straciłam aktora grającego Orestesa z drugiej części, bo dostał angaż w międzynarodowej trasie. To było spełnienie jego marzeń, a nasz kontrakt był bardzo krótki. Trudno było mu odmówić światowemu tournée, więc przełożyłam premierę. Nie chciałam tego robić bez niego. On jest częścią tego projektu tak samo jak ja. To główny aktor trylogii, Tom Christian. Współpracujemy w ramach zespołu od kilku lat, to niesamowity artysta – dał mi świetnego Tytusa Andronicusa, był w Mechanicznej Pomarańczy od samego początku. Mamy świetną relację zawodową. Widać, że w tę produkcję zaangażowanych jest emocjonalnie wiele osób. Co w ogóle skłoniło Cię do podjęcia tego tematu? Studiowałam ten tekst w oryginale, po starogrecku, i zakochałam się w tej historii całe lata temu. Pomysł, by osadzić pierwszą część w kontekście roku 1945, wydał mi się oczywisty. Eksperymentowałam z tym już na studiach, robiąc warsztatowy pokaz Agamemnona z żeńskim chórem w mundurach RAF-u. Później, w 2010 roku, mogłam to rozwinąć i wprowadzić chór stylizowany na Land Girls. Chóry we wszystkich trzech częściach są ze sobą powiązane, ale każda grupa ma swój charakter, historię i wkład w fabułę. Moim wielkim marzeniem było zbliżenie akcji do współczesnej historii, by publiczność rozpoznała wojenny trud – tak, by wojna trojańska stała się naszą II wojną światową. Zakończenie trylogii to dla Was wszystkich wielka chwila, ale dla Ciebie, przy tym całym nakładzie pracy, to chyba koniec pewnego dłuższego etapu? To dla mnie ogromne przeżycie. Zaczęliśmy od Agamemnona w 2010 roku, więc to naprawdę kawał życia. Mimo że trylogia się kończy, Twoje życie w Action to the Word nabiera tempa, prawda? Mechaniczna Pomarańcza krąży po świecie, Twoja praca jest coraz częściej dostrzegana. Jak to wpłynęło na zespół? Właśnie wróciliśmy z Hongkongu, byłam tam z ekipą. W sumie Pomarańcza to nasze... znaczy, jesteśmy głównie zespołem szekspirowskim. Wszystko zaczęło się od Szekspira i nadal z niego wypływa. W 2011 roku pojechaliśmy na Fringe z trzema spektaklami: Tytusem Andronicusem, Constance & Sinestra... oraz Mechaniczną Pomarańczą. Zabrałam tam chyba 26 aktorów i każdy grał w dwóch z trzech sztuk. To był ryzykowny skok. Opłaciliśmy im chyba tylko czynsz. Wszyscy pracowaliśmy na etacie, a po godzinach spotykaliśmy się u mnie i robiliśmy próby. Pracowaliśmy dosłownie po 40–50 godzin tygodniowo ponad nasze normalne zajęcia zarobkowe. Byliśmy tacy młodzi i pełni pasji. Pojechaliśmy tam z nadzieją, że ktoś nas zauważy. I udało się. Dzięki temu staliśmy się profesjonalnym zespołem, możemy płacić aktorom, a ludzie, którzy wtedy w nas zainwestowali swój czas, zwiedzili teraz cały świat. Jestem niesamowicie dumna z Pomarańczy, bo droga do sukcesu była długa. Pamiętam warsztatowe pokazy w stajniach Proud Galleries w Camden – trzy wieczory w rockandrollowym klimacie, w formie pop-upu, bez kostiumów, bez scenografii... tylko czysta gra aktorska. Mechaniczna Pomarańcza jest postrzegana jako brutalne dzieło. Zdjęcia z Agamemnona czy Tytusa Andronicusa też sugerują, że nie boicie się krwi. Masz słabość do takich krwawych tematów? Lubię po prostu mocny dramat. Dopiero w tym roku zaczęłam robić rzeczy bardziej naturalistyczne. Pracuję na dwa etaty – jako rezydentka i asystentka reżysera obok mojej działalności w Action to the Word. Po Nowym Roku robię w Birmingham sztukę Caryl Churchill, Cloud Nine. Mam słabość do teatru przez duże „D”, do wielkich emocji. Prawdziwym wyzwaniem byłoby dla mnie wystawienie Ibsena albo czegoś bardziej przyziemnego. Czegoś bez krwi? W gruncie rzeczy w każdej sztuce jest krew. Musisz mieć talent do budowania odpornych zespołów. Poświęcenie ekipy z Edynburga było niezwykłe, a obecna obsada pracuje z Tobą nad trylogią od 4 lat. Ludzie, z którymi robisz spektakl, stają się Twoją rodziną, żyjesz z nimi i oddychasz tym samym powietrzem. W trasie byłam ja i dziesięciu chłopaków przez trzy miesiące. Potem poleciałam do Hongkongu z moją współpracowniczką (dzięki Bogu za kobietę w ekipie!) i tą samą dziesiątką facetów. Żyjesz ramię w ramię, a w Edynburgu gnieździcie się w pokoju w tyle osób, ile się da upchnąć! Stajemy się dla siebie powiernikami, braćmi, siostrami. To weryfikuje charakter, dowiadujesz się, kogo naprawdę kochasz. Ale najważniejsze, że wszyscy uwielbiają tę robotę. Staram się po prostu nie pracować z palantami. Otaczam się ludźmi, którzy naprawdę chcą tu być. Coraz ważniejsza staje się dla mnie też praca z osobami z różnych krajów. To świeża krew, która mnie ekscytuje. To zasługa międzynarodowych występów – jadę gdzieś, a ludzie mówią: „Inspiruje mnie to, co robisz. Mogę dla Ciebie pracować?”. Przyjmujemy ich powoli, jednego lub dwóch rocznie, stają się częścią nas. Ludzie oczywiście idą dalej swoją drogą, ale często wracają, żeby znów poczuć tę serdeczną atmosferę naszych prób. Wracają i czują się u nas mile widziani i – mam nadzieję – potrzebni. A jak wygląda atmosfera na próbach tuż przed premierą? Jest miło, bo w tym ostatnim rzucie spędzam więcej czasu z odtwórcami głównych ról, ale szczerze mówiąc, to trochę łamie serce. To bardzo smutna historia. Ta sztuka jest ciekawa, bo opowiada o miłości. Dlatego lata 60. to idealny anturaż – cały ten brud z przeszłości musi zostać uprzątnięty. Jedynym sposobem, by to zrobić, nie jest zapomnienie czy udawanie, że nic się nie stało, ale stawienie mu czoła i pokonanie go miłością. O tym właśnie były lata 60. – o zmazywaniu traumy wojny i powściągliwości lat 50. Lata 60. po prostu powiedziały: „To jest muzyka, pogódź się z tym!” i „Oto porcja halucynogenów, radź sobie!”. www.actiontotheword.com

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS