Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

WYWIAD: Richard Marsh – autor i aktor

Opublikowano

Autor:

emilyhardy

Share

Edynburski hit „Wingman” przygotowuje się do kolejnej odsłony w Soho Theatre; E.L. Hardy rozmawia z autorem i aktorem, Richardem Marshem.    To był ostatni dzień Edynburskiego Fringe Festivalu, a przede mną zostało jeszcze jedno zadanie przed wejściem do nocnego Megabusa i powrotem do rzeczywistości. Spakowana, z podkrążonymi oczami, weszłam do Pleasance Dome po raz ostatni w tym roku, gdzie powitał mnie niezmienny, charakterystyczny zapach chloru. Wygodne loże w Dome (kluczowy element tegorocznego Fringe’u, przynajmniej dla mnie) były już umazane zaschniętym piwem, ale na szczęście kawa – podobnie jak tutejszy teatr – była niezmiennie doskonała. Właściwie moja pierwsza wymiana zdań z Richardem Marshem tego dnia zaczęła się od mojego wyznania, że właśnie dopiłam cappuccino wielkości mojej głowy. Richard uprzejmie przytaknął – „O rany, faktycznie, nie da się ukryć!” – po czym zaczął mnie kusić pysznie wyglądającymi ciastkami, które, niestety, nie były przeznaczone dla mnie, lecz stanowiły podziękowanie dla bardziej zasłużonego zespołu „Wingman”.

Pleasance, jak co roku, okazało się niezawodnym dostawcą teatru na najwyższym poziomie. Recenzenci PostScript hojnie obdarowali gwiazdkami prezentowane spektakle: 4 dla „The Curing Room”, 4,5 dla „Travesti”, 5 dla „Lorraine and Alan”... lista nie ma końca. Przy 62 recenzjach napisanych przez nas samych w ciągu 25 dni (oraz 49 497 wystawieniach 3 193 spektakli na całym Fringe’u), trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek konkretny tytuł został z kimś na dłużej. Wychodzisz z jednego, wchodzisz na drugi, mając bardzo mało czasu na refleksję. Były jednak jeden lub dwa spektakle, które po cichu poruszyły moją wyobraźnię, krążąc w moich myślach dniami, a teraz nawet tygodnie później. „Wingman” Richarda Marsha – poetycka komedia o pojednaniu – był jedną z tych rzadkich perełek. Wiedząc o nadchodzącej trasie spektaklu, poczułam potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej. Porozmawiałam więc z autorem i aktorem, Richardem, o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości „Wingmana” w tym naszym ostatnim dniu, zaledwie chwilę przed finałowym występem na festiwalu.

„Zacząłem pisać na studiach. Zawsze pisałem kartki urodzinowe dla znajomych – bardzo słabe, z najbardziej oczywistymi rymami. Na przykład...

Sto lat, Emily, spektakl był super,

Dostałaś dwie gwiazdki, lecz nie bądź w pół trupem!” – to taki przykład.

Imponujące.

„Chodziło o szybkość i łatwość, z jaką tworzyłem gnioty. Potem był konkurs dramaturgiczny dla pierwszoroczniaków. Napisałem pantomimę rymowanym dystychem pt. „Kopciuszek i magiczna fasola” – coś, co dziś nazwalibyśmy maszhupem. To była moja pierwsza sztuka i wygrała w kategorii najlepsza komedia. Uwiódł mnie śmiech publiczności; zrozumiałem też, że im gorszy rym, tym głośniejsza salwa śmiechu. Ale nie można z tym przesadzać”.

„Czytałem i zachwycałem się „The Golden Gate” Vikrama Setha, utworem napisanym w całości sonetami. Uwielbiałem to. Byłem bardzo wkręcony w rymowanie. Ale po napisaniu tej pantomimy, próbowałem zostać „poważnym” dramaturgiem i pisać sztuki bez poezji – same dialogi. Podziwiałem Arthura Millera i Timberlake Wertenbaker, więc przez długi czas próbowałem pisać tak jak oni. Ale to nie byłem ja. Stopniowo zacząłem odkrywać swój własny głos – kogoś, kto lubi rozśmieszać ludzi, ale też ich wzruszać. Lubię pisać o niuansach i detalach ludzkich relacji, obserwować życie i tworzyć historie z silnym łukiem narracyjnym – z bohaterami, którzy zmieniają się w trakcie opowieści”.

W „Wingmanie” Richard pozostaje wierny temu postanowieniu. To historia samotnego mężczyzny (w tej roli Richard), który jako dziecko został zawiedziony przez ojca. Niechciany rodzic powraca do jego życia w szpitalu, w którym matka Richarda umiera na raka. Mimo że sam został ojcem, Richardowi trudno jest pojednać się z tatą, który gorliwie stara się odbudować zaufanie utracone przed laty.

Stosowany przez Richarda Marsha rytm rymów sprawia, że opowieść jednocześnie nas wciąga i rozśmiesza – ma w sobie coś hipnotycznego i komicznego zarazem. Ale to, co szczególnie podoba mi się w jego operowaniu poezją, to dziecięce skojarzenia i rezonanse, które ze sobą niesie. Prosty, zabawny schemat rymów przypomina mi na przykład „Obrzydliwe rymy” Roalda Dahla, co w konsekwencji osadza bohatera w dzieciństwie, w stanie regresji – zatrzymaniu w momencie, gdy ojciec go zawiódł. Postać ojca (Lena), grana przez Jerome'a Wrighta, nie mówi wierszem Richarda dopóty, dopóki bohaterowie nie zaczną się dogadywać. Na wzór postaci Szekspira, które przechodzą z prozy w poezję, Richard i jego tata odnajdują wspólną więź poprzez swój leksykon.

Biorąc pod uwagę niezwykłą głębię emocjonalną utworu, założyłam, że „Wingman” jest autobiograficzny. Wygląda jednak na to, że nie do końca. Richard wypowiada się na ten temat dość enigmatycznie, zachowując aurę tajemniczości i nie zdradzając zbyt wiele.

„W każdej mojej postaci, bez względu na to, o kim piszę, odnajduję coś ludzkiego. Czerpię szczegóły z mojego życia, ale także z życia moich przyjaciół, rodziny, osób podpatrzonych w metrze czy w restauracjach. Gromadzę te drobne przejawy ludzkich zachowań. A potem zmieniam wszystkie detale, zanim wystawię to na scenie. Ponieważ postaci, które gram, nazywają się Richard, ludzie zadają pytania. Lubię tę dwuznaczność”.

Czy bycie osobą na scenie, która bezpośrednio przyjmuje reakcje widowni, wypowiadając własne kwestie, pomaga w procesie pisania?

„Sztuka ewoluowała od momentu przyjazdu do Edynburga. Zmieniliśmy trzy sceny względem tego, co opublikowaliśmy w tekście dramatu. Dla mnie proces pisania nigdy się nie kończy. Piszę szybko, ale potem mnóstwo redaguję, zmieniając rzeczy w kółko. Uwielbiam testować moją pracę przed publicznością, widzieć i czuć, co działa, a co nie. Ale bycie aktorem jednocześnie wszystko utrudnia; w dzień próba aktorska, a w nocy praca nad tekstem na kolejny dzień. Obecnie piszę musical dla Nuffield Theatre w Southampton. Na początku lipca mieliśmy warsztaty – to był dla mnie luksus. Siedziałem przy stole z laptopem, słuchając, jak ci niesamowici aktorzy śpiewają, a ja na bieżąco pisałem i drukowałem zmiany. Pod koniec dnia mogłem po prostu fajrant. Lubię oba te podejścia.

Wiele moich tekstów sprawdzam też podczas wieczorów poetyckich. To bardzo regenerujące, kiedy wykonuje się zawód, który bywa samotny – siedzenie w domu przed komputerem. Kocham też współpracę. Napisałem „Dirty Great Love Story” z Katie Bonną i oczywiście pracuję z kompozytorami przy musicalach. To ekscytujące. Dzięki temu praca pozostaje ciekawa”.

Nieprzytomnie zmęczona i nieco onieśmielona swobodą językową Richarda (imponującą jak na ostatni dzień Fringe’u), sformułowałam następne pytanie tak niezdarnie, że sama miałam problem ze zrozumieniem, o co mi właściwie chodziło. Moja zdolność budowania spójnych zdań wyłączyła się gdzieś po kilku łykach tej gigantycznej kawy, ale na szczęście uroczy Richard z sympatią przetłumaczył mój bełkot, domyślając się, że po prostu pytam o jego ogólne wrażenia z Fringe’u 2014 – jak jego zdaniem sztuka została przyjęta.

„To był naprawdę dobry Fringe. Mieliśmy świetne recenzje i bardzo ciepłe przyjęcie ze strony widzów. Przez ostatnie trzy tygodnie mieliśmy w zasadzie komplet gości. Myślę, że pomogły poprzednie projekty – „Skittles” i „Dirty Great Love Story” – bo mnóstwo osób, którym dawałem ulotki, mówiło, że widziało tamte spektakle. Fringe to dziwne miejsce, prawda? Ludzie chcą nowości, ale szukają też czegoś sprawdzonego, o czym wiedzą, że im się spodoba. To zrozumiałe – bilety są drogie. Trudno sobie wyobrazić, zanim się tu przyjedzie, ile jest spektakli do zobaczenia i ile osób wciska ci ulotki do rąk”.

Pozostając przy temacie budżetu, porozmawialiśmy z Richardem o prostocie „Wingmana”. Na scenie nie ma ani jednego rekwizytu, nie ma też scenografii. Ciekawiło mnie, czy to kwestia pragmatyzmu – pisania sztuk, które są realne do wystawienia – czy może szczęśliwy traf sprawił, że jego teksty, poza tym, że są genialne i błyskotliwe, są również tanie w produkcji.

„Nie zapominaj o dwóch krzesłach, Emily. Krzesła nie zawsze łatwo zdobyć”.

Oboje byliśmy już u kresu wytrzymałości.

„Nie, kiedy robiłem „Skittles”, miałem kilka rekwizytów, w tym miskę cukierków skittles. Niezbędne. „Dirty Great Love Story” zaczęło się od dziesięciominutowego wiersza i ponieważ z tego wyrosło, sztuka obyła się bez rekwizytów. Właściwie toczyliśmy sporą debatę, czy powinniśmy siedzieć na krześle, czy na taborecie, ale po długich naradach taboret bardziej nam odpowiadał. „Wingman” powstał z myślą o dwóch krzesłach, ale zachęciłem reżysera Justina Audiberta, by wystawił to tak, jak uważa. Domyślam się, że to ostatnia z tego rodzaju sztuk, wiesz, gdzie ja nazywam się Richard i są tylko dwa krzesła”.

To ostatnie stwierdzenie nieco mnie zaskoczyło; jest coś tak godnego podziwu i potężnego w stylu Richarda, że wydaje mi się to szkoda. Oczywiście na Fringe’u jest mnóstwo prostych form opowiadania historii, ale „Wingman” wyróżniał się jako najbardziej surowy kawałek teatru, jaki widziałam przez cały miesiąc. Inne zespoły używały efektów dźwiękowych, rekwizytów symbolicznych i znaków – tutaj nic z tego nie było potrzebne. Bez wizualnych rozpraszaczy, sztuczek czy gadżetów, „Wingman” jest jak powiew świeżego powietrza, kierujący naszą uwagę na to, co istotne.

Richard w swojej komediowej poezji robi miejsce na ulotne obrazy pobudzające zmysły, które nigdy nie odciągają uwagi od historii, lecz ją wzbogacają, karmiąc wyobraźnię widza. Dodatkowo pantomima w tym dwuosobowym spektaklu jest używana tak konsekwentnie i sprytnie, że trudno mi było sobie przypomnieć, czy na scenie faktycznie były rekwizyty, czy tylko je sobie wyobraziłam. Ta niezaprzeczalna stymulacja mojej wyobraźni sprawiła, że wyszłam z „Wingmana”, dokładnie wiedząc, jak wszystko wyglądało, mimo że niczego tam nie było – niczego poza słowami i oczywiście tymi dwoma krzesłami.

Przed premierą w Soho Theatre wprowadzono kilka drobnych poprawek, ale ponieważ scenariusz jest już dopracowany, „Wingman” musi tylko pewnie wkroczyć na scenę, niesiony sukcesem krytycznym z Edynburga.

„Wingman” Richarda dowodzi, że jeśli masz wciągającą historię i władzę nad językiem, nic więcej nie jest potrzebne. Istnieje wiele różnych stylów teatralnych i każdy jest tak samo ważny, ale Richard Marsh przywrócił poezję na scenę – i nie tylko jest to ożywcze, ale też wzruszające, zabawne i pełne prawdy.

Aby dowiedzieć się więcej o Richardzie Marshu, odwiedź jego stronę internetową.

Pierwotnie opublikowano w Fourthwall Magazine, Londyn.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS