Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

WYWIAD: Szczera rozmowa z Robertem Lindsayem

Opublikowano

Autor:

redakcja

Share

Robert Lindsay cieszy się bogatą i różnorodną karierą na scenie oraz ekranie, która przyniosła mu liczne wyróżnienia, w tym dwie nagrody Oliviera, Tony oraz BAFTA.

Robert Lindsay jako Ryszard III w Savoy Theatre. Zdjęcie: Paul Rider (Shoot). Phil Matthews sprawdza, jak aktor wspinał się po szczeblach kariery. Rok temu przeprowadzałem wywiad z Zoë Wanamaker do naszego pierwszego numeru. Muszę zapytać – jak się z nią pracuje w serialu „Moja rodzinka”?

Cóż, ironia polega na tym, że z Zoë znamy się jeszcze z czasów szkoły aktorskiej. Ona była w Central School of Speech and Drama, o czym zapewne wiesz, a ja w RADA. Mieliśmy wspólnych znajomych. Pamiętam imprezę w jej mieszkaniu – to musiał być rok 1969, coś w tym guście. Jedna z tych typowych studenckich domówek. Znałem bardzo dobrze jej ojca. Brałem udział w pierwszej produkcji w miejscu, gdzie dziś stoi The Globe, a które wtedy było „Namiotem”. Pamiętam ulewę tak potężną, że wszystko przeciekało. Związek zawodowy aktorów (Equity) próbował przerwać spektakl, ale Sam błagał nas, byśmy grali dalej. Wszyscy go poparliśmy i dokończyliśmy przedstawienie. Taka mała anegdota, zupełnie o tym zapomniałem.

Zatem z Zoë znamy się bardzo długo. Jak się z nią pracuje? Łączy nas podobne poczucie humoru, co uważam za kluczowe przy pracy nad tak tasiemcowatym sitcomem. Mamy dość przewrotne, czarne poczucie humoru, które nie zawsze pasuje do komedii emitowanej przed porą nocną. Dogadujemy się wyśmienicie. Ale im dłużej to trwa, tym bardziej zaczynamy przypominać stare dobre małżeństwo. Chyba musimy wkrótce z tym skończyć! Cóż, tę chemię zdecydowanie widać. Przebija przez ekran. O, bez wątpienia. Myślę, że gdyby nie Zoë, nie wytrwalibyśmy tak długo. Gdyby nie ta relacja. Kris, który grał mojego starszego syna, był fantastyczny i miał własną rzeszę fanów, ale sądzę, że prawdziwym sukcesem serialu jest właśnie ten związek, to bardzo zabawne. Wspomniałeś o początkach w RADA. Jak zdecydowałeś się zostać aktorem? Opisałem to oczywiście w książce – ten moment oczyszczenia, bo zawsze jest taki moment. Chodziłem do twardej szkoły zawodowej w Derbyshire, która miała dość mroczną reputację. Mieliśmy tam nauczyciela plastyki, niezwykłego człowieka, który założył grupę The Grand Order of Thespians (Wielki Zakon Teatralny), na którą większość chłopaków patrzyła z ukosa. To było trochę jak w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, złapało bakcyla. Pewnego dnia ćwiczył ze mną w szkolnej auli monolog przed egzaminami do college'u w Nottingham. Recytowałem „Raz jeszcze do wyłomu” (Henryk V) i dyskutowaliśmy o tym, jak ten tekst zagrzewa ludzi do walki, o jego charakterze propagandowym i tak dalej. Zadzwonił dzwonek i wszyscy chłopcy zaczęli wybiegać z klas. John zatrzymał ich wszystkich i kazał mi wygłosić tę mowę przed 400 chłopakami, z których większość była moimi wrogami i marzyła tylko o tym, by pobiec do kibla na fajkę. Gdy skończyłem, wszyscy zaczęli wiwatować i wtedy zrozumiałem, że to jest to. (Przybiera teatralny głos) Właśnie to chciałem robić. I poszedłeś na przesłuchanie do Royal Academy?

Tak, nic nikomu nie mówiąc, bo widzisz – w robotniczym, górniczym miasteczku w latach 60. nie mówiło się głośno, że chce się zostać aktorem. To było jak coming out, ludzie patrzyli na to z wielką podejrzliwością. Ukrywałem to więc przez wieki, mówiąc wszystkim, że będę nauczycielem angielskiego i dramy. Ale po cichu pojechałem na przesłuchanie do RADA, spotykając tam ludzi takich jak Richard Beckinsale, aktorów, których bardzo podziwiałem. Pożyczyłem piątaka od mojej koleżanki Clare Monks z college'u – to starczyło na opłatę egzaminacyjną i bilet na pociąg. Pięć funtów, uwierzysz? I dostałem się. Dosłownie za pierwszym razem. Nie było już odwrotu.

Jak wyglądało życie w RADA w tamtym czasie? To była wtedy dziwna mieszanka. Z jednej strony coś w rodzaju szkoły dobrych manier dla pięknych i bardzo bogatych panien, tak to zapamiętałem. Bardzo eklektyczne środowisko. Właśnie zaczynała się rewolucja klasy robotniczej – co prawda w latach 50. byli tam już ludzie jak Tom Courtenay, ale szkoła wciąż nastawiona była na zmianę twojej osobowości. Chodziło o całkowite „rozbicie” ucznia, zwłaszcza mojego akcentu, który był strasznie silny. Mówiłem tak twardą gwarą, że nikt mnie nie rozumiał. Niektórzy wykładowcy byli bardzo ekscentryczni. Z ogromnym sentymentem wspominam Toscę Fedrą, baletnicę z Rosji, która uczyła nas ruchu. Żywo pamiętam, jak przyszedłem na jej zajęcia w trykotach i leginsach, potwornie zażenowany. Jak każdy student aktorstwa, wyobrażam sobie! Oh, kompletnie przerażony... a ona od razu mnie wypatrzyła. Powiedziała (przybiera rosyjski akcent): „Moje drogije, chcę byście przeszli przez salę, chcę byście szli ze swoich bawells”. Zapytałem: „Z moich bowels (jelit), Madame?”. Bo nigdy wcześniej nie mówiłem do nikogo „Madame”, co dla mnie kojarzyło się z burdelmamą, wiesz?! W tamtym momencie nie mogłem uwierzyć, że tak się do kogoś zwracam. „Niet, moje drogije, z waszych bawells”, wskazując na moje jądra. I tak oto przez dwa i pół roku w RADA „grałem z jajami”. Tak, było i dobrze, i źle. Trochę żałuję, że pozwoliłem im odebrać cząstkę mojej osobowości, bo sprawili, że stałem się zbyt świadomy tego, kim jestem. Myślę, że na długo po szkole straciłem siebie. Nie wiedziałem, kim jestem i gdzie pasuję. Myślę, że to dzieje się nawet teraz, choć pewnie mniej naciskają na zmianę akcentu, mam rację? Teraz chodzi raczej o szlifowanie warsztatu. Akcenty nie są tępione, to zależy od osoby. Tak. Mój akcent chyba nie pomagał – nie był ani z północy, ani z południa. Nawet mój brat, kiedy jest ze mną w Londynie, staje się bardzo świadomy swojego sposobu mówienia. Słychać, jak twój akcent wraca, gdy o nim opowiadasz! Kiedy ja wracam na północny wschód, mój też się odzywa.

Zgadza się. On zawsze gdzieś tam w tobie siedzi.

Mówiłeś w przeszłości, że serial „Citizen Smith” nie był twoim prawdziwym przełomem, mimo że tabloidy twierdzą co innego. Uważasz, że był nim angaż w Royal Exchange w Manchesterze. Czy to dlatego, że teatr wydawał ci się bardziej „szlachetny”? Widzisz, nigdy nie miałem ambicji, by pracować w telewizji. Uważało się wtedy, że telewizja to domena ludzi przystojnych, ale niezbyt zdolnych. Przykro mi to mówić, ale tak wtedy postrzegano szklany ekran. Jednak po wyjściu z RADA stopniowo docierało do mnie, że muszę opłacić rachunki. Grałem w Northcott Theatre w Exeter, zrobiłem jeden film „That'll Be the Day”. Skończyła mi się gotówka i dosłownie nie miałem za co jeść. Nie miałem rodziców, do których mógłbym pójść po „parę groszy”. Byłem zdesperowany. Poszedłem na casting do serialu Thames TV „Get Some In!” o służbie wojskowej. Producent, wspaniały facet Michael Mills, powiedział: „Daję ci tę rolę”. Zamurowało mnie, bo wiedziałem, że to trzynaście odcinków, a stawka wynosiła około 200 funtów za każdy, co miało rozwiązać... ...mnóstwo problemów. Tak, to ustawiło mi życie. Michael dodał: „Zanim to podpiszesz, musisz coś wiedzieć. W momencie podpisania kontraktu tracisz anonimowość na zawsze”. Nawet go nie słuchałem. Nie obchodziło mnie to – zapłaciłem za prąd, podatki, odzyskałem płynność finansową. I oczywiście uderzyło mnie to przy „Citizen Smith”, który był tego następstwem – nagle dotarło do mnie, że przy 24 milionach widzów stałem się gwiazdą telewizji, czego nigdy nie planowałem. Chciałem tylko grać w teatrze, to było moje jedyne marzenie. Ten zawód ma dziwne zwroty akcji. Jak trafiłeś do Royal Exchange po tym wszystkim? Byłem zachwycony zaproszeniem, bo na przełomie lat 70. i 80. zespół 69 Company i ludzie tam pracujący uchodzili za najlepszych. Michael Elliott, Jasper Rooper, Braham Murray i James Maxwell. Design, koncepcja tego miejsca – to było „the place to be”. Grała tam Redgrave, Mirren, Hoskins – każdy, kto się liczył, pracował w Royal Exchange. Zoë też tam była. Pamiętam przesłuchanie i angaż na sezon – to było to. W tamtym momencie byłem już kojarzony z telewizji, co było dziwne. Ludzie zaczepiali mnie wszędzie. Pamiętam, jak grałem „Hamleta” w Royal Exchange – kolejki ustawiały się dookoła budynku. Mówili mi: „Zdajesz sobie sprawę, że przyciągasz do tego teatru publiczność, która nigdy wcześniej w nim nie była?”. To chyba miłe uczucie, prawda?

Cóż... (Dłuższa pauza) Wiesz, myślę, że zawsze byłem nieco zażenowany moją „telewizyjną sławą”. Nigdy mi ona nie pasowała. Zawsze uważałem się po prostu za aktora. Bycie celebrytą z okienka wiąże się z ogromnym bagażem, w którym nie czułem się dobrze. Teraz już przywykłem, ale zajęło mi to mnóstwo czasu.

Grałeś w „The Entertainer” w Old Vic (na zdjęciu powyżej). Jak wspominasz pracę w tak kultowym teatrze u boku Kevina Spaceya? Wiąże się z tym długa historia. Kevin miał prawa do sztuki, a ja rok wcześniej brałem udział w czytaniu scenicznym w Royal Court. Reżyserował David Hare i wszyscy mówili, że to rola stworzona dla mnie. Już lata wcześniej, gdy grałem w „Me and My Girl” w Adelphi, sam Laurence Olivier powiedział mi, że powinienem się kiedyś zmierzyć z tą postacią. Ale prawa miał Kevin i sądziłem, że sam chce to zagrać. David Hare powiedział: „Zadzwoń do niego”. Odparłem: „Ale ja go nie znam”. On na to: „Nieważne, dzwoń. Musiał o tobie słyszeć”. Tak zrobiłem – zostawiłem wiadomość na sekretarce. Oddzwonił po kilku minutach, co kompletnie przeraziło moją córkę, bo to ona odebrała telefon. Chyba do dziś się po tym nie pozbierała. Kevin był świetny. Powiedział: „Robert, musisz to zagrać, ale pod warunkiem, że zrobisz to u mnie”. To było idealne, bo to przecież teatr Oliviera, a na premierze gościliśmy jego cudowną wdowę, co było niezwykle ekscytujące. Zdobyłeś mnóstwo nagród. Czy uważasz, że były ważnym elementem twojej kariery?

To forma uznania, prawda? Nie wybrzydzam. Łatwo jest kpić z nagród, ale gdy dostajesz je od kolegów po fachu albo od publiczności, to daje ogromną satysfakcję. Ironia losu polega na tym, że nigdy nie dostałem nagrody dla Najlepszego Debiutanta, a właśnie odebrałem nagrodę za Całokształt Twórczości od Television Society – co oznacza, że chyba muszę szybko zapisać się na siłownię! Nie wstydzę się przyznać, że trzymam je na półce – choć nieco schowane przed wzrokiem gości. Nie używam ich jako odbojników do drzwi ani nic w tym stylu. Jestem dumny z chwil, w których je odbierałem.

I słusznie. Dwukrotnie wcieliłeś się w Tony'ego Blaira. Czy kiedykolwiek go poznałeś? Nie i sądzę, że już nie poznam. Nigdy nie kryłem, że nie byłem jego fanem. Byłem zagorzałym przeciwnikiem wojny. Dlatego przyjąłem rolę w tym drugim filmie. I dlatego zrezygnowałem z parodii. Simon Cellan Jones, reżyser, powiedział: „Robert, myślę, że powinieneś odpuścić naśladowanie go, choć robisz to świetnie. Ten film nie potrzebuje parodii, musisz zagrać postać z nastrojem zapisanym w scenariuszu”. Chodziło o człowieka dręczonego błędami. Masz za sobą długą, zróżnicowaną karierę. Jaką radę dałbyś tym, którzy dopiero zaczynają? Moja córka jest obecnie w szkole aktorskiej i uwielbia to. Zrezygnowała z uniwersytetu, co – muszę przyznać – totalnie mnie zaskoczyło. Powiedziała mi: „Nie, tato, nie chcę już siedzieć za biurkiem, chcę działać, chcę tam być”. Jestem z niej dumny, bo Syd widziała tę branżę od zaplecza, zna jej blaski i cienie. Często nazywam dzisiejsze programy reality „tandetą na jeden raz”. Żyjemy w czasach jednorazówek – jak telewizor się psuje, wyrzucasz go, nikt go nie naprawia. Podobnie jest z talent show. Ci ludzie nie mają pojęcia o budowaniu kariery, o tym, że w tym zawodzie trzeba wypracować technikę, by utrzymać formę przez osiem spektakli w tygodniu albo siedzieć na planie w zimnie, czekając na ten jeden moment, by dać z siebie wszystko. Syd podziwia ludzi takich jak Julie Walters czy Helen Mirren – moje bliskie przyjaciółki – które pracują w tym zawodzie całe życie. Nie są gwiazdami jednego sezonu. Tak jak każdy w tej branży, one też zaliczały porażki, a porażki są arcyważne. Zawsze otwarcie mówiłem o moich aktorskich i osobistych wpadkach, bo to one popychają cię naprzód. Wydaje mi się, że to jest właśnie wspaniałe w szkole teatralnej – możesz pozwolić sobie na błąd w bezpiecznych warunkach.

Tak! Kevin Spacey mówił to samo w Old Vic, wybierając sztuki, które bywały mocno poturbowane przez krytykę. Mawiał: „Właśnie po to przyszedłem do teatru – by próbować rzeczy nowych, by eksperymentować”.

Dobrze, panie Lindsay, muszę o to zapytać. Krążą plotki, że na zapleczu doszło do bójki między Panem a innym znanym aktorem. Czy to prawda?

Jak najbardziej. Mam na dowód złamany nos.

Ale nie zdradzi Pan, o kogo chodziło?

Nie.

No dalej, niech to będzie nasz „hit”...

Nie, nie, to już dawno za nami. Wiesz, ego potrafi się zderzyć, to zawód oparty na ego. Cały czas wystawiasz się na ocenę publiczności i kolegów. Czasem na planie czy scenie powstaje tarcie i trzeba je rozwiązać, bo inaczej kończy się taką sytuacją.

Prawdziwy dżentelmen. Wszystkiego dobrego, Robert.Autobiografia Roberta Lindsaya pt. „Letting Go” jest już dostępna we wszystkich dobrych księgarniach oraz w wydawnictwie Thorogood Publishing. www.thorogoodpublishing.co.uk

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS