WIADOMOŚCI
OPINIA: Czy w teatrze potrzeba nam więcej „podniebnych potyczek”?
Opublikowano
Autor:
redakcja
Udostępnij
Laura Jane Matthewson i Jamie Muscato w spektaklu Dogfight.
Wokół Dogfight narasta wiele pytań. Każda próba recenzji powinna się z nimi zmierzyć, zamiast po prostu powielać fabułę i rzucać powierzchownymi opiniami.
Czy to dobry spektakl? Cóż, najpierw muszę coś zadeklarować – mam zaszczyt reprezentować dwóch klientów występujących w tym przedstawieniu: Cellena Chugga Jonesa i Samuela J. Weira. Nieuczciwie byłoby o tym nie wspomnieć. Choć uważam, że obaj stworzyli wybitne kreacje, nie ma to wpływu na moją ogólną ocenę widowiska. Powiem tylko, że obaj panowie napawają mnie dumą, prezentując niezwykle skupioną i wielowymiarową grę. Chugg Jones jako Boland, prawa ręka porywającego Eddiego granego przez Jamie'ego Muscato, daje popis surowej męskości i siły. Cóż, pewnie musiałbym tak powiedzieć, prawda? Weir, podobnie jak reszta marines, łączy wigor z zawrotnymi partiami wokalnymi. Zapomnijcie o fircykowatych pląsach rodem z On The Town – tutaj mamy do czynienia z pulsującą, spoconą męskością.
Nie da się zaprzeczyć, że Danielle Tarento ma nosa do hitów. Mówiłem to już wcześniej i powtórzę raz jeszcze: to, czego Tarento nie wie o teatrze muzycznym, prawdopodobnie nie jest warte uwagi. Podziwiam jej wizję i gust. Sprowadzenie Dogfight do Southwark Playhouse nie jest ruchem producenta szukającego szybkiego zarobku. Tarento jest i zawsze była producentką „aktorską”. Ma aktorskie wyczucie do pracy, wybiera projekty i zespoły kreatywne, które inspirują wykonawców – to ten rodzaj ekscytującej twórczości, przy której ludzie ustawiają się w kolejce, by wyruszyć z nią w artystyczną podróż. Tarento zasługuje na to, by jej nazwisko widniało na afiszu nad tytułem w stopniu, w jakim niewielu innych producentów czy reżyserów off-West Endu może się pochwalić. Jej nazwisko to znak jakości, wyznacznik doskonałości.
No dobrze, ale czy Dogfight jest faktycznie dobre? Oczywiście, że tak. Obsada (wybrana osobiście przez Tarento w jej drugiej roli – dyrektorki castingu) jest fantastyczna. Z niedoinformowanych kręgów zapewne popłyną przewidywalne głosy typu: „tak dobre, że powinno trafić na West End” albo „dorównuje wszystkiemu, co zobaczycie w West Endzie”. Fakt, że obecnie jedyną różnicą między West Endem a teatrem offowym jest budżet, zdaje się wielu osobom umykać. Przejrzyjcie biogramy w programie, a zrozumiecie, o co mi chodzi – aktorzy i twórcy krążą dziś bez przeszkód między scenami komercyjnymi a Fringe'em. Jeśli umieścimy westendowski zespół kreatywny i westendowskich aktorów w kameralnym teatrze, co otrzymamy? Spektakl o jakości West Endu. To proste. Więc tak, Dogfight jest świetne. Rebecca Trehearn jako Marcy skrada każdą scenę i zachwyca wokalem, ale podobnie jak wszystkie postacie poza Eddiem i Rose, jej rola jest słabiej zarysowana. To jest show Eddiego i Rose, a oni zapierają dech w piersiach. Jamie Muscato jest idealnie obsadzony jako Eddie Birdlace, na naszych oczach bez wysiłku przeobrażając się z chłopaka w mężczyznę, a Laura Jane Matthewson w swojej promiennej, gwiazdorskiej roli Rose skradnie i złamie każde serce w promieniu dziesięciu mil. Pomijając pewne wątpliwości co do miksu dźwięku, przez który niektóre numery zespołowe stają się mało czytelne, całość jest znakomicie zaśpiewana, a George Dyer jako kierownik muzyczny prowadzi imponująco zgrany zespół. Reżyseria Matta Ryana jest klarowna, oświetlenie Howarda Hudsona jak zwykle olśniewa, a scenografia Lee Newby'ego jest raczej funkcjonalna niż przytłaczająca. Jedynie choreografia Lucie Pankhurst wydała mi się nieco gryząca z całością – jest doskonała i wykonana z werwą, ale momentami zbyt przekombinowana i odciągająca uwagę. Mniej, szczególnie w tym tytule, zazwyczaj znaczy więcej.
Nie wiem, dlaczego za każdym razem w Southwark Playhouse o mało nie dochodzi do kłótni, ale usłyszenie kogoś w przerwie mówiącego „to dziwny pomysł na musical” wydało mi się interesujące (i świadczące o braku wiedzy). Nie ma czegoś takiego jak dziwny pomysł na musical. To sprowadza mnie z powrotem do moich starych przekonań – nie ma żadnej zasady mówiącej, że musical musi być taki czy inny. Dlaczego więc uparcie traktujemy musicale jako coś odrębnego od dramatów? Akceptujemy, a nawet zachęcamy do eksperymentowania z formą i treścią w tradycyjnych sztukach, dlaczego więc nie możemy tego zaakceptować w musicalu? Dogfight to historia bogata w ludzkie doświadczenia, która trafia prosto w emocje. Wątpię, by ktokolwiek mógł wysłuchać chwytającego za serce Pretty Funny w wykonaniu Rose w pierwszym akcie czy silnego, a zarazem wrażliwego Come Back Muscato i nie utożsamić się z opisaną tam tęsknotą i cierpieniem. Wszyscy kiedyś byliśmy Rose i wszyscy byliśmy Eddiem. Czy istnieje lepszy pomysł na musical niż historia o uniwersalnym przesłaniu? Przykro mi, że nie udało się wepchnąć do spektaklu numeru ze stepowaniem, ale być może to wasze wąskie postrzeganie tego, czym jest musical, wymaga korekty – i to szybko. Muzycznie i tekstowo Dogfight przewyższa większość nowych brytyjskich musicali z ostatnich pięciu lat. Dlaczego? Bo teatr muzyczny w Wielkiej Brytanii potrzebuje Dogfight. Potrzebuje twórców takich jak Pasek & Paul, Kerrigan & Lowdermilk, Michael John La Chiusa, Scott Alan, Jeff Bluemnkrantz, Adam Guettel, Heisler & Goldrich i im podobnych. Potrzebuje przesuwania granic formy i treści. Mega-musicale mogą znów być w modzie na West Endzie, ale nie zapominajmy, że to tylko jeden z gatunków – jest ich znacznie więcej. Czy Dogfight znajdzie swoją publiczność? Na to pytanie trudniej odpowiedzieć. Tak, fani teatru muzycznego zjawią się tłumnie; Dogfight musi być jedną z najbardziej wyczekiwanych premier roku – ale czy przyciągnie widzów spoza tego świata? Trudno powiedzieć. Uzależniliśmy się od „wielkich nazwisk” i choć Dogfight zyskuje na tym, że nie poszło tą drogą, brak znanych twarzy może działać na jego niekorzyść. Jednak znacznie bardziej niszcząca dla Dogfight i dla całego teatru muzycznego jest czysta arogancja ludzi, którym wydaje się, że wiedzą, czym musical jest lub powinien być, i oceniają każde nowe dzieło według tej przestarzałej i nieistotnej definicji. Wpadające w ucho melodyjki, przesłodzone fabuły, mdłe rymy – to nie musical, to reklama płatków śniadaniowych. Danielle Tarento wie, czym jest musical. Rozumie tę formę sztuki i nie boi się zaryzykować dla czegoś nowego, pełnego wyobraźni i tupetu. Najwyższy czas, aby reszta z nas dorównała jej wizji. Dogfight to świetny punkt wyjścia.
Dowiedz się więcej o Danielle Tarento, odwiedzając jej stronę internetową.
Autor: JBR
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności