Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: 46 Beacon, Hope Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

46 Beacon

Hope Street Theatre

05/10/15

4 Gwiazdki

Kup Bilety

Scenografia jest prosta, lecz wymowna – dwuosobowe łóżko i porozstawiane tu i ówdzie stoliki. Do tego niezbędne rekwizyty do ginu z tonikiem, gramofon i sterta winyli z końcówki lat 60. Judy Garland, Sondheim, Streisand – oto punkty odniesienia. Jest surowo, ale schludnie i czysto; to tani pensjonat przy Beacon Street w Bostonie, często odwiedzany przez aktorów grających sezon w mieście.

Otwierający monolog, pełen ujmującego uroku, dopełnia obrazu, gdy Robert (Matthew Baldwin) nakreśla nam tło historyczne, geograficzne i emocjonalne. Jest rok 1970 w bostońskim świecie teatru, środek serii spektakli. Robert wrócił do Ameryki po dłuższej przerwie i świetnie się bawi zarówno w pracy, jak i poza nią. Znajduje się w epoce wyzwolenia seksualnego i entuzjazmu, w której tradycyjne bariery upadają. Nawet dla kogoś takiego jak Robert, zbliżającego się do wieku średniego, życie nigdy nie było tak piękne. Robert to typowy Brytyjczyk za granicą: ironiczny, sceptyczny i powściągliwy, ale też w pełni świadomy, że w USA, a zwłaszcza w tamtym czasie, może bezkarnie wykreować siebie na nowo.

Zaczynamy rozumieć, że to, co zaraz zobaczymy, to historia jednego istotnego spotkania w sypialni, które pozostawiło trwały ślad – zapis wyjątkowego momentu, w którym dwoje ludzi żyło w pełni chwilą, a potem już tylko wspomnieniem. Monolog jest kluczowy dla stworzenia atmosfery romantycznego i seksualnego wyczekiwania z nutką żalu, stanowiąc studium tego, jak budować i modulować nastrój. To tylko pierwszy z wielu przykładów kunsztu dramaturga Billa Rosenfielda w kreowaniu postaci za pomocą detali, ironicznego komizmu i wiarygodnego romansu, który rozwija się na scenie.

Robert jest aktorem odczuwającym ciężar swoich lat i konsekwencje decyzji, których teraz żałuje. Przez lata bazował na swojej urodzie, grając role amantów w komediach romantycznych (typu ingénue), i teraz czuje, że zaprzepaścił szansę na rozwinięcie talentu w trudniejszym repertuarze. Utknął też w martwym punkcie w życiu prywatnym. W kraju ma wieloletniego partnera, ale zgodzili się na separację, by przemyśleć wspólną przyszłość.

W pokoju hotelowym Robert spotyka Alana (Jak Ford-Lane), który pracuje jako asystent inspicjenta przy tej samej produkcji. To młody chłopak z Ohio, niepewny swojej seksualności i nie do końca wiedzący, czego oczekuje od Roberta, poza tym, że jego towarzystwo nęci go na wiele sposobów.

Od początku jasne jest, że ta sztuka – trwająca bez przerwy osiemdziesiąt minut – to potencjalnie dramat o coming-oucie i inicjacji seksualnej, i rzeczywiście staje się obydwiema tymi rzeczami. Jednak dzięki kunsztowi autora i aktorów, jest to coś znacznie głębszego. Rosenfield nie odkrywa od razu wszystkich kart i długo trzyma nas w niepewności. Co więcej, widać tę samą staranną modulację nastroju i intensywności, która obecna była na samym początku.

Są fragmenty przepełnione prawdziwą chemią – w tym masaż stóp, który udowadnia, że mniej często znaczy więcej, gdy tylko pobudzi się wyobraźnię widowni! Ale są też chwile wyciszenia i refleksji, które pozwalają nam usłyszeć i zrozumieć lęki, niepokoje i zagubienie Alana w czasie rzeczywistym. Przede wszystkim jednak jest tu mnóstwo dowcipu, humoru i czułości. To bardzo wyważony i wielowymiarowy utwór, w którym centralna narracja o uwodzeniu jest wzbogacona o różne perspektywy wynikające z dwudziestoletniej różnicy wieku.

Jedynie zakończenie, choć wiarygodne, wydaje się niewykorzystaną szansą. Po tak głębokim wprowadzeniu nas w świat wewnętrzny tych dwóch mężczyzn i zbudowaniu znaczenia ich spotkania, poczułem, że łagodne wygaśnięcie akcji – choć być może życiowe – pod względem dramatycznym było rozczarowaniem. Nie domagam się nieuzasadnionych melodramatycznych zwrotów akcji, lecz raczej klamry w postaci monologu – na przykład listu od jednej postaci do drugiej, który mógłby stanowić lustrzane odbicie doskonałego nastroju z otwarcia.

U podstaw sukcesu tego wieczoru leżą dwie znakomite role. Baldwin wykorzystuje całe swoje bogate doświadczenie aktorskie i autorskie w tym repertuarze, by stworzyć zapadający w pamięć portret Roberta: pełen uroku, żalu i zasadniczo niepogodzonego z losem. Przedstawienie wizerunku pewnego siebie uwodziciela obok mężczyzny rozdzieranego wewnętrznymi konfliktami to trudne zadanie, a on robi to z wielką wprawą, humorem i wyśmiitą dynamiką.

Nie mniej subtelna jest interpretacja Ford-Lane’a w roli pozornie niewinnego i naiwnego Alana. W miarę rozwoju akcji zaczynamy się zastanawiać, czy Alan rzeczywiście jest taką „czystą kartą”, za jaką się podaje. Ile z tego, co mówi, jest prawdą? Czego naprawdę chce od tego spotkania? Co więcej, to właśnie dzięki tej silnej, precyzyjnie przemyślanej roli, stopniowo wyczuwamy, jak w późniejszych scenach zmienia się układ sił.

To za sprawą Alana, a nie Roberta, padają najważniejsze pytania o relacje gejowskie – o związek lub rozdział miłości i seksu oraz konsekwencje wyborów różnych dróg życiowych; o to, czy wybory nowo wyzwolonego pokolenia Roberta były najmądrzejsze w dłuższej perspektywie. Dobrze jest widzieć te kwestie poruszane dla odmiany poza perspektywą HIV/AIDS, co jest kolejnym powodem, by chwalić decyzję autora o umiejscowieniu akcji w roku 1970. Reżyser Joshua Stamp-Simon narzuca dobre tempo i dba o to, by aktorzy w pełni wykorzystali ograniczoną przestrzeń.

Muzyka i teatr muzyczny stanowią niezwykle istotne tło tej sztuki. Rosenfield przez wiele lat nadzorował nagrania spektakli w Nowym Jorku, w tym wiele dzieł Sondheima. Nie dziwi zatem, że w sztuce pojawiają się wymowne interwencje muzyczne i liczne aluzje do jego piosenek. „Company” jest przywoływane wprost – i pod pewnymi względami cała ta sztuka jest rozwinięciem utworu „Barcelona”. „Moja wina, obawiam się”, mówi jedna z postaci pod koniec i przy tym przywołaniu A Little Night Music nagle zdajemy sobie sprawę ze wspólnego tonu romantycznego żalu, pół-farsowych straconych szans i źródeł dylematów, które dramat stara się ukazać. To może być sztuka o tematyce gejowskiej, ale jej emocjonalne filary to uniwersalne i wieczne tematy. Ostatnia, mam nadzieję, że nie złośliwa uwaga... The Hope Theatre to mała, kameralna przestrzeń, której należą się wielkie brawa za odważny repertuar i wzorową politykę wynagrodzeń dla artystów. Byłoby jednak wspaniale, gdyby jakiś zamożny mecenas z eleganckich rezydencji sąsiedniego Barnsbury sfinansował lepsze wyciszenie. W tym subtelnym dramacie syreny i szum przejeżdżających w deszczu samochodów na Upper Street bardzo rozpraszały. Aktorzy zasługują na więcej. 46 Beacon można oglądać w Hope Theatre do 12 października 2015

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS