Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Ah, Wilderness!, Young Vic Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Ah, Wilderness!

Young Vic Theatre

25 kwietnia 2015

2 gwiazdki

To prawdziwa symfonia piasku. Piasek jest wszędzie, wysypuje się z futryn drzwiowych domu. Różne przedmioty są w nim zakopane, by zostać odkopanymi i użytymi w trakcie sztuki. Inne są zakopywane w ramach akcji. Rodzina mieszka w tym domu i zdaje się nie przejmować piachem. Poza momentami, gdy w nim kopią, ignorują go, choć chodzenie po nim bywa trudne. W pewnym momencie spod ziemi wybija małe jezioro, tworząc osobliwą oazę w piaszczystym pejzażu.

Połączenie piasku, wody i romantycznego księżyca tworzy poruszający obraz pod koniec spektaklu. Jest on pięknie oświetlony dzięki talentowi Charlesa Balfoura i w tej jednej chwili wydaje się, że ta zmienna, ziarnista obecność przytłaczającego piasku była warta zachodu.

Oto inscenizacja rzadko wystawianej sztuki Eugene'a O'Neilla „Ah, Wilderness!” w reżyserii Natalie Abrahami, którą można oglądać w Young Vic. W programie cytowany jest scenograf Dick Bird:

„Zafascynowały mnie zdjęcia opuszczonego miasta w Namibii – Kolmanskop. Niegdyś tętniące życiem centrum wydobycia diamentów, zostało opuszczone w latach 50., a piasek wtargnął do zrujnowanych domów. Wielkie wydmy utworzyły się pod wyblakłymi tynkami, tworząc surrealistyczne pustynne krajobrazy, przerywane niedopasowanymi gzymsami i pozornie gigantycznymi wejściami.

Pociągała nas idea zalania piaskiem miejsca akcji O'Neilla – tego magicznego pyłu, który sypnięty w oczy sprawia, że marzymy o stworzeniu niepewnego, zmiennego, wewnętrznego krajobrazu, ukazującego upływ pamięci i czasu”.

Ilekroć sypano mi piaskiem w oczy, śnienie nie było moją pierwszą reakcją. Nie ma nic magicznego w uczuciu szorstkiego tarcia pod powiekami. W istocie, niewiele jest rzeczy bardziej irytujących niż piasek w miejscach, w których być go nie powinno. I tak jest w przypadku niedorzecznej scenografii Dicka: jest po prostu irytująca.

W Young Vic gościło ostatnio wiele inscenizacji klasyki, które starają się je „dekonstruować” – jeśli nie na modłę niemiecką, to w sposób reprezentujący szczyt brytyjsko-niemieckiej asymilacji. Niektóre z nich zapadały w pamięć, gdy scenografia stanowiła integralną część dekonstrukcji, pomagając naświetlić i wydobyć intencję reżysera oraz reakcję tekstu na tę intencję.

Ale „Ah, Wilderness!” to nie ten przypadek. Sztuka O'Neilla była zapowiadana jako komedia przy swojej pierwszej premierze i często uważa się ją za jego „jedyną komedię”. Apokaliptyczna wizja rozkładu, z piaskiem wdzierającym się wszędzie, nie wywołuje natychmiastowej chęci do śmiechu. Trudno zrozumieć, dlaczego Dicka i Abrahami „pociągnęła” wizja nadania scenerii O'Neilla atmosfery Kolmanskop. Banalne skojarzenia piasku w klepsydrze odmierzającego czas, a co za tym idzie wspomnienia, nie wystarczą, by uzasadnić ten projekt – zwłaszcza biorąc pod uwagę aurę emanującą z zasypanego piachem fragmentu domu: fatum, rozpacz i melancholię. To nie są kluczowe elementy komediowego sztafetu.

Ale to nie wszystko. Abrahami tworzy i narzuca tekstowi nową postać. Ów bezimienny mężczyzna ma wyraźnie przedstawiać O'Neilla rozpamiętującego własne życie toczące się na scenie. Postać ta gra również kilka epizodycznych ról, ale jej główną funkcją jest odczytywanie skrawków didaskaliów, by podkreślić fakt, że sztuka oparta jest na wspomnieniach autora. To zabieg całkowicie zbędny i bezustannie odwracający uwagę. Nie wnosi nic do sensu ani gry, odbiera za to możliwość zatopienia się w subtelnej komediowej relacji między członkami rodziny. Ciągła obecność tego intruza przeszkadza w pełnym zaangażowaniu się w losy rodziny Millerów i choć można czekać na jakąś puentę czy teatralne uzasadnienie tego zabiegu – nic takiego się nie pojawia.

Podobnie jak ten kuriozalny piach, wszechobecna postać autora jest reżyserską pomyłką o epickich proporcjach.

Mimo tych ciężkich kajdan, obsada dzielnie walczy, by tchnąć życie w spektakl. To łagodna, delikatna i dość liryczna sztuka o dorastaniu, choć z nutami zapowiadającymi kierunek, w którym O'Neill podążył później w „Zmierzchu długiego dnia”, oraz akordami przypominającymi jego wcześniejszego zdobywcę Pulitzera: „Za horyzontem”.

Dziennikarz Nat Miller jest szczęśliwym mężem Essie. Mają trzech synów: Arthura, Richarda i Tommy'ego. Richard kocha Muriel, ale jej ojciec ostrzega Nata, by zakończyli ten związek, przekazując list od córki, w którym ta odrzuca zaloty chłopaka. Richard bierze to do siebie, kłóci się z rodzicami i rusza w odpowiednik dzisiejszego „cugu”, kończąc pijany w towarzystwie prostytutki. Rodzice odchodzą od zmysłów.

Wraz z rodziną mieszka sympatyczny alkoholik Sid, którego łączy skomplikowana przeszłość ze starą panną Lily. Po wielu troskach i serdecznym utyskiwaniu Essie i Nata, Sid oprzytomnieje, a Richard zrozumie błędy młodości. Spotkanie przy blasku księżyca z Muriel pomaga temu drugiemu, a kąpiel w piasku temu pierwszemu. Po drodze mamy mnóstwo cytatów z poetów, a Tommy świetnie się bawi fajerwerkami – bo akcja toczy się głównie 4 lipca. Okazuje się, że nie tylko Ameryka świętuje tego roku swoją niezależność.

Niestety, w grze aktorskiej zabrakło lekkości niezbędnej, by ten spektakl mógł wzbić się w górę. Wszystko wydaje się ociężałe i nadęte, po części niewątpliwie przez ten piach. W stylu gry dominuje poczucie butwiejącego patosu; tam, gdzie powinny gościć jowialność i żwawość, czuć zapach źle wystawionego Czechowa.

Dominic Rowan jest głównym, choć nie jedynym, wyjątkiem. Jego łobuzerski Sid jest pełnokrwisty i aktor wyciska z tej roli wszystko, co możliwe. Udaje mu się nawet wyglądać przekonująco podczas kąpieli w piasku, a jego niewłaściwe zachowanie nad talerzami zupą zapada w pamięć. Wnosi do roli każdą uncję lakonicznego uroku i stanowi świetną przeciwwagę dla sztywnego wzorca męskości, przeciw któremu buntuje się młody Richard.

George Mackay robi wrażenie jako Richard – wibrujący energią, przekonujący i odpowiednio obsesyjny. To tak dobry portret dojrzewającego buntu, na jaki można liczyć, choć momentami zbyt nowoczesny, by idealnie współgrać z tekstem czy stylem pozostałych aktorów. Najlepsza scena sztuki, eskapada w świetle księżyca z Muriel, działa tak dobrze właśnie dzięki nieustannemu niepokojowi, jaki Mackay wnosi do akcji. Otrzymuje solidne wsparcie od buntowniczej Muriel w wykonaniu Georgii Bourke, a ich wspólna chwila nad wodą niemal sprawia, że irytacja piaskowymi wydmami staje się wybaczalna.

Martin Marquez i Janie Dee jako rodzice Millerowie są absolutnie zgrani. W ich grze wyczuwa się pewną kruchą abstrakcyjność, która ma prawdopodobnie budować wrażenie wspomnienia o tych postaciach, a nie samych bohaterów z krwi i kości. Jeśli taki był cel, oboje trafili w dziesiątkę i być może w tej konkretnej produkcji był to najmądrzejszy wybór. Jednak więcej ciepła, a mniej manieryczności pozwoliłoby ich kreacjom rozkwitnąć w sposób, który – jak sądzę – zyskałby uznanie autora. Oboje świetnie budują atmosferę swojego małżeństwa, oddanie i troskę o dzieci. Dee wypada lepiej, odnajdując melodię w słowach, kiedy tylko może. Marquez i Rowan tworzą wiarygodną męską przyjaźń, a relacja Marqueza z Mackayem była szczególnie dobra. Rozmowa o „pszczółkach i kwiatkach” jest rozkoszna.

Pozostałe role oscylują między poprawnością a absurdalną irytacją. Abrahami nie dba o odpowiednie tempo sztuki, a momentami wręcz radosna fantazja tekstu zostaje stłumiona przez podniosłość odbijającą się od piasku. Tego niekończącego się piasku.

To inscenizacja interesującej sztuki z dojrzałego okresu twórczości O'Neilla. Sama produkcja nie jest jednak interesująca. Gdyby pozbawić ją piachu i odtworzyć zgodnie z intencją autora, „Ah, Wilderness!” mogłoby być komediową perłą, za jaką uchodzi w dorobku dramaturga. Szkoda, że Abrahami i Bird pozwolili, by ich dekonstrukcyjne ambicje przesłoniły łagodną, pełną humoru i wnikliwą wizję O'Neilla.

„Ah, Wilderness!” można oglądać w Young Vic do 23 maja 2015 roku.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS