WIADOMOŚCI
RECENZJA: An American In Paris w Palace Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fotografia: Angela Stirling Amerykanin w Paryżu
The Palace Theatre
1 kwietnia 2015
4 Gwiazdki
Henri to wyjątkowo przystojny syn niebotycznie bogatych i doskonale skoligaconych postaci z kręgów francuskiego establishmentu. Ale Henri nie ujawnił jeszcze swojej prawdziwej natury. Przynajmniej pod jednym względem, a być może pod dwoma – to nigdy nie jest do końca jasne. Jedno jest pewne: chce występować, śpiewać w nocnych klubach, wyjechać do Ameryki i zostać gwiazdą. Pomaga mu w tym kumpel pianista, a Henri próbuje swoich sił z repertuarem w lokalnym lokalu. To powojenny Paryż, więc widmo Grety Garbo i Marleny Dietrich wciąż jest żywe; show-biznes ma w sobie blask połączony z nutką podziemnego wstydu.
Zaczyna śpiewać „I'll Build A Stairway To Paradise” nieśmiało, nieco poza rytmem, gubiąc czasem kroki. W swojej wyobraźni czuje jednak, że idzie mu fantastycznie. Jest wielką gwiazdą. Widzimy tę optymistyczną wizję jego umysłu. Towarzyszą mu tancerki w kostiumach z piór oraz wysocy, sprawni tancerze w nienagannych frakach – wszyscy go wspierają i tworzą dla niego tło. Wjeżdża wspaniała kurtyna w stylu Art Deco i nagle pojawia się kick-line z Henrim w centrum, którego nie powstydziłby się zespół Folies Bergère. Wszyscy wyrzucają nogi wysoko, idealnie w punkt, olśniewając uśmiechami i nieskazitelnymi głosami – urzekający pokaz fantastycznej pracy nóg. To kwintesencja staroświeckiego Broadwayu. Porywająca pod każdym względem.
Ta senna sekwencja taneczna jest jedną z dwóch w spektaklu „Amerykanin w Paryżu”, nowym musicalu wystawianym obecnie przedpremierowo w broadwayowskim Palace Theatre. Oparty na słynnym filmie, ale z nowym librettem Craiga Lucasa, partyturą zaadaptowaną i przygotowaną pod okiem Roba Fishera, niezwykłą scenografią Boba Crowleya oraz pełną pasji, czarującą reżyserią i choreografią Christophera Wheeldona – to jedna z tych luksusowych propozycji Broadwayu. To bujna, wystawna i absolutnie przepiękna ewokacja magii dawnych lat i wielkich tanecznych widowisk.
W dzisiejszych czasach senne sekwencje taneczne rzadko kiedy zdają egzamin, chyba że oglądamy „West Side Story”. Te w „Oklahomie!” potrafią wystawić na próbę cierpliwość nawet najwierniejszej widowni; z kolei „On The Town” radzi sobie z tym obecnie na Broadwayu bez wysiłku. Jednak w ramach wyczynu bez precedensu, „Amerykanin w Paryżu” trafia w dziesiątkę obiema sekwencjami sennymi, każdą z zupełnie innych powodów.
Wizja Henriego jest pełna życia, nadziei, wigoru i rozmachu. To fantastyczny numer popisowy, wzmocniony doskonałym śpiewem, bezbłędną i precyzyjną choreografią oraz niepowstrzymaną energią narastającą z każdą chwilą: dołączają kolejne głosy i tancerze, zmienia się tonacja, dekoracje płynnie się przeobrażają, a linia tancerzy rusza do akcji dokładnie w momencie, gdy elementy scenografii magicznie trafiają na swoje miejsca, tworząc doskonałe poczucie hollywoodzko-broadwayowskiego przepychu i magii.
Druga sekwencja to punkt kulminacyjny przedstawienia – balet do tytułowej kompozycji. Na szczęście wszystko w przerobionej fabule przygotowało nas na ten moment, więc gdy nadchodzi, wydaje się on naturalny i wyczekiwany – a pod względem emocjonalnym, wizualnym i estetycznym po prostu rzuca na kolana.
Lucas odświeża filmową historię w niezwykle błyskotliwy sposób. Miejscami opowieść wciąż wydaje się lekka i cienka jak opłatek, ale przecież jedwab też taki jest. Jedwabisty, gładki i seksowny – taki właśnie efekt chciał osiągnąć Lucas i udaje mu się to bez trudu. Zamiast klasycznego trójkąta miłosnego, mamy trójkąt mężczyzn – przyjaciół, z których każdy nieświadomie kocha się w tej samej kobiecie, Lise, utalentowanej adeptce baletu. Adam jest kompozytorem, Jerry artystą po demobilu, a Henri aspirującą gwiazdą kabaretu.
Rodzice Henriego chcą, by ożenił się z Lise, a on twierdzi, że również tego pragnie, choć coś go powstrzymuje. Jerry przypadkiem wpada na Lise na ulicach Paryża więcej niż raz, lecz ona mu się wymyka, dbając o konwenanse. Milo Davenport, bogata amerykańska lwa salonowa, wpada na pomysł, by pomóc Jerry'emu, licząc na bliższą relację. Milo oferuje sfinansowanie sezonu zespołu baletowego, pod warunkiem że Adam skomponuje krótki utwór, a Jerry zaprojektuje do niego oprawę. Rodzice Henriego są zachwyceni tym obrotem spraw i ogłaszają zaręczyny syna z przyszłą primadonną, Lise. To kładzie się cieniem na przyjaźni trzech mężczyzn, lecz każdy z nich musi iść dalej swoją drogą.
W końcu Adam kończy swój balet, a Lise musi go zaprezentować. Skomponował on „Amerykanina w Paryżu”, a my obserwujemy debiut z dwóch stron sceny – z perspektywy obsady i widowni. Widzimy również genialny sposób, w jaki Bob Crowley wykorzystał szkice Jerry’ego z wcześniejszych scen jako motyw łączący sekwencję baletową: kolory są wibrujące, nienaganne sylwetki tancerzy otulają tkaniny i kostiumy podkreślające paletę barw Jerry’ego, co czaruje w niezwykle romantyczny sposób. Co najistotniejsze, dekoracje w stylu Matisse’a i Picassa, przy odpowiednim oświetleniu, zmieniają się w najbardziej klasyczne miejsce paryskich romansów – pod wieżą Eiffla. To zapierający dech w piersiach efekt wizualny.
Lise jest zdenerwowana i musi wyobrazić sobie u boku swoją prawdziwą miłość, Jerry'ego, by znaleźć odwagę do występu. Jerry zatem posłusznie się pojawia, a para tańczy zachwycające, technicznie wymagające partie, pulsujące całkowitym oddaniem i uwielbieniem. Ubrani w czerń i czerwień, kontrastują z pastelowym światem projektów Jerry’ego. Odważnym jest stwierdzenie, że ta choreografia przewyższa filmową, ale jeśli tak nie jest, to z pewnością brakuje jej do tego zaledwie o przysłowiowy włos. Czysty, euforyczny zachwyt.
Partytura jest przepełniona wielkimi przebojami. Co ciekawe, piosenki kojarzone zazwyczaj z głosami kobiecymi, tutaj śpiewane są przez mężczyzn jako tercety, co tchnęło w nie świeżość: „I Got Rhythm”, „'S Wonderful”, „They Can't Take That Away From Me”. Jerry ma świetne numery, które pozwalają mu zaprezentować kunszt taneczny: „Liza”, „I've Got Beginner's Luck”, a zwłaszcza „Fidgety Feet” – wszystkie z olśniewającymi aranżacjami tanecznymi Sama Davisa.
Obsada jest bezbłędna – to prawdopodobnie najlepiej wyglądający i najbardziej stylowy zespół spośród wszystkich aktualnie grających na Broadwayu. Robert Fairchild, w swoim broadwayowskim debiucie jako Jerry, jest prawdziwym objawieniem. Prezentuje się jako postać dziarska i męska, tańczy z niezwykłą radością życia i wyjątkową gracją, pewnie radzi sobie z dramatyzmem roli i bardzo przyzwoicie śpiewa. To idealny kandydat na amanta – uprzejmy, angażujący i przyciągający uwagę.
Również debiutująca na Broadwayu Leanne Cope jest promiennym kwiatem o elfiej urodzie jako Lise – wschodząca gwiazda baletu, która niechcący skrada serca trzech przyjaciół. Cope jest wspaniała. Bez zbędnego podkreślania, historia jej postaci subtelnie, lecz przenikliwie przebija przez wszystko, co robi. Oglądanie jej w tej roli jest jak obserwowanie rozkwitającej róży. Zachwyca pod każdym względem, a gdy tańczy, nie można od niej oderwać wzroku. Między nią a Fairchildem czuć wyjątkową chemię.
Max von Essen triumfuje jako Henri w niezwykle wyważonej, świetnie zaśpiewanej i idealnie trafionej roli. Jego akcent, wyczucie komizmu, żywiołowe wykonanie wielkiego numeru, wspaniała konfrontacja z ojcem (surowy, ale znakomity Scott Willis) oraz dystyngowana praca nóg – każdy aspekt jego występu jest olśniewający. Rozterki Henriego związane z Lise i desperacka walka o marzenia napędzają ten spektakl równie mocno, co wątek miłosny głównych bohaterów. Jego aparycja klasycznego amanta kinowego dopełnia ten popis sił teatru muzycznego.
Rozświetlająca scenę Jill Paice wykonuje wzorową pracę w trudnej roli Milo – majętnej kobiety, która próbuje kupić Jerry'ego ciałem i duszą. Paice jest cudownie ciepła w swoich lśniących sukniach i kreacjach haute couture (wszystkie lśniące stroje autorstwa Crowleya to czysta zabawa stylem), zręcznie łagodząc nieprzyjemny wydźwięk działań swojej bohaterki. Śpiewa i tańczy niebiańsko, będąc femme fatale w każdym calu. Brandon Uranowitz jest doskonały jako udręczony i nieco ułomny – fizycznie i emocjonalnie – kompozytor Adam. Jego cierpki, komediowy sznyt nadany tej postaci jest najwyższej próby.
Veanne Cox jako matka Henriego, dla której pozory są wszystkim, jest wyniosła i spięta, doskonale uosabiając francuską pogardę dla braku ogłady. Jest tak przekonująca, że aż chce się, by otrzymała numer, w którym mogłaby rozpuścić nienagannie ułożone włosy i zaszaleć w swoich wykrochmalonych spódnicach.
Cały zespół sprawuje się świetnie przez całe show, a taneczne zmiany dekoracji to czysta przyjemność dla oka. Wielkie numery są wyśmienite, każdy w inny sposób. Przesadna żywiołowość sceny w perfumerii czy zabawna, zaraźliwa i buntownicza sekwencja „Fidgety Feet” podczas zbiórki na balet. Całe spektrum możliwości tanecznych zostaje tu wykorzystane przez grupę utalentowanych, gwiazdorskich wykonawców. Bez wyjątku.
Scenografia Crowleya jest nieziemsko pomysłowa. Mamy mnóstwo lokalizacji, z których większość jest jedynie delikatnie zarysowana: srebrzone parawany, subtelnie malowane tła, ramy krajobrazowe, eklektyczne meble – wszystko to służy do swobodnego i eleganckiego przywołania nastroju Paryża. Momentami można odnieść wrażenie, że zaglądamy do teczki ze szkicami Jerry’ego, co zapewne było zamysłem twórców. Bez ciężkich, gotowych dekoracji, Crowley tworzy nieustannie zmieniający się widok paryskich ulic, zabytków, salonów i scen. Wszystko to buduje filmowy klimat i oniryczną atmosferę, która napędza całą produkcję.
Todd Ellison dba o to, by partytura Gershwina wybrzmiała w pełnej krasie zarówno w wykonaniu dużej orkiestry, jak i artystów. Wokalnie i muzycznie „Amerykanin w Paryżu” jest wszystkim, czego można oczekiwać – i czymś więcej. Jakość dźwięku to czysta błogość. Wizja Christophera Wheeldona jako reżysera i choreografa jest niezwykle szczegółowa, pełna rozmachu i ambicji.
Wspaniałe osiągnięcie i prawdziwy powrót do czasów świetności Broadwayu. Po prostu czysta radość.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności