WIADOMOŚCI
RECENZJA: Assassins, Menier Chocolate Factory ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Obsada Assassins w Menier Chocolate Factory. Fotografia: Nobby Clark Assassins
Menier Chocolate Factory Theatre
5 Gwiazdek
W swojej książce „Look, I Made A Hat” Stephen Sondheim pisze: „Często proszono mnie o wskazanie ulubionego spektaklu spośród tych, do których stworzyłem muzykę i libretto, a ja, jak większość autorów, odpowiadałem standardowo: mam różnych ulubieńców, każdego z innego powodu. Ale gdyby kazano mi wskazać tytuł, który najbardziej zbliżył się do moich oczekiwań, odpowiedzią byłoby Assassins... (które) ma tylko jeden moment, który chciałbym poprawić... Poza tym, jeśli o mnie chodzi, ten spektakl jest doskonały. Może brzmi to nieskromnie, ale jestem gotów kłócić się o to z każdym”. Obecnie w Menier Chocolate Factory Theatre grany jest wznowiony przez Jamiego Lloyda musical Assassins (scenariusz John Weidman, muzyka i teksty piosenek Stephen Sondheim) – inscenizacja, która prawdopodobnie dostarczy panu Sondheimowi długiej kolejki potencjalnych oponentów wytykających wady tego dzieła. Jeśli jednak tak się stanie, będą to w rzeczywistości uwagi do wizji Lloyda, a nie do samego utworu. Assassins to niezwykłe wydarzenie teatralne. To rodzaj muzycznej rewii wykorzystującej style muzyczne charakterystyczne dla epok, w których żyli udani i niedoszli zamachowcy na prezydentów Stanów Zjednoczonych. Spektakl pędzi przez historię, przesuwając się w czasie, by wyobrazić sobie życie, motywacje i żale tych, którzy chcieli lub zdołali zakończyć prezydenturę – od pierwszego skutecznego zabójcy, Johna Wilkesa Bootha, który zastrzelił Abrahama Lincolna, po człowieka, którego strzały odbiły się echem na całym świecie (Lee Harvey Oswald), i dalej. Autor kreśli wizję, w której dawno zmarli zamachowcy wciąż oddziałują na zdezorientowanych, gniewnych i skłonnych do przemocy samotników.
To bardzo polityczny kawałek teatru muzycznego, który surowo i z determinacją przygląda się miejscom rodzącym morderców oraz wpływowi ich czynów na tych, którzy pozostali przy życiu. Porusza tematy opresji i konformizmu, rzucając światło na świat ludzi zepchniętych na margines, niesłuchanych, pragnących zostać dostrzeżonymi. W dobie globalnego terroryzmu Assassins wydaje się bardziej aktualne niż kiedykolwiek, zwłaszcza gdy społeczeństwo czuje się coraz bardziej rozczarowane przywódcami politycznymi.
Choć to dzieło na wskroś amerykańskie, to Anglik, Sam Mendes, wniósł do niego znaczący, choć dzielący krytyków wkład. Reżyserując pierwszą londyńską produkcję, Mendes poprosił o dodatkową piosenkę, którą Sondheim należycie dostarczył; utwór o tym, jak zamach na Kennedy'ego wpłynął na zwykłych Amerykanów. „Something Just Broke” było przez niektórych amerykańskich krytyków odrzucane jako niefortunna próba wstrzyknięcia w utwór „ciepła”. Sondheim twierdzi jednak, że Mendes miał rację, a piosenka jest „nie tylko potrzebna, ale wręcz niezbędna”.
Gdybym miał polemizować z Sondheimem o doskonałości jego musicalu, spór dotyczyłby właśnie tego utworu. Choć rozumiem, dlaczego jest on potrzebny, jego miejsce w partyturze wydaje się niewłaściwe. Assassins osiąga spektakularną kulminację w „Another American Anthem” i gdy Oswald pociąga za spust, naturalna dynamika dzieła powinna gwałtownie przenieść nas do wyśmienitego finału, repryzy „Everybody’s Got The Right”. „Something Just Broke” wybija z tego rytmu; wymusza refleksję nad tym, jak jedno działanie może zdruzgotać życie wielu osób. Tyle że w tym momencie ta prawda została już subtelnie, lecz stanowczo wyartykułowana na wiele innych sposobów.
To jednak dobra piosenka. Być może byłaby idealnym numerem otwierającym, wyznaczającym główny temat i nadającym całości ton bezpośredniości oraz aktualności. Rozpoczęcie od niej pozwoliłoby na silniejszy wstrząs wywołany apokaliptyczną scenerią karnawału, w której bytują zamachowcy; po zabójstwie Kennedy'ego powrót do krótkiej frazy z tego utworu wystarczyłby, by domknąć klamrę w świadomości widza.
Wizja Lloyda jest transformująca; nadaje ona Assassins spójność, której wcześniej czasem brakowało. Częściowo to zasługa mroczniejszego, bardziej niebezpiecznego tonu bijącego z efektownej scenografii Soutry Gilmour: ogromna, przewrócona głowa klauna dominuje nad sceną, a jej otwarte usta przypominają wejście do piekła; sufit zdobią żarówki, niektóre zapalone, inne wygaszone; wszędzie widać zniszczone rekwizyty z wesołego miasteczka – autka, przyczepy, przebrania.
Neil Austin skutecznie operuje światłem w tej małej przestrzeni, a dzięki doskonałemu udźwiękowieniu Gregory'ego Clarke'a widz niemal czuje uścisk krzesła elektrycznego i huk wystrzałów. Wszystkie aspekty wizualne są tu znakomite, podkreślając makabryczny, lecz świąteczny podtekst dzieła. Buduje to atmosferę, w której muzyka i narracja mogą w pełni rozkwitnąć. Widz daje się porwać zabawie, dopóki ktoś nie zginie.
Największe wrażenie w produkcji Lloyda robi to, jak precyzyjnie balansuje ona między tragedią a farsą, operą a wodewilem. Cudowna choreografia Chrisa Baileya sprawia, że czujemy się jednocześnie rozochoceni i zaniepokojeni; to efekt podobny do tego, którego wymaga The Scottsboro Boys, a Bailey świetnie czuje tę estetykę.
Alan Williams i jego siedmioosobowa orkiestra zapewniają wspaniałe wsparcie muzyczne; partytura jest grana z wigorem i stylem, tempa są świetne, a śpiew niemal bezbłędny. Gdzie melodie potrzebują delikatności, tam ją znajdziemy; gdy trzeba uwierzyć w brzmienie wielkiej orkiestry dętej, tak właśnie się dzieje. Przede wszystkim jednak postawiono tu na „musicalowość” Assassins.
Inspiracją Lloyda dla tej produkcji jest postać Właściciela (Proprietor) w wykonaniu Simona Lipkina – to po części czarny charakter z Batmana, po części psychopata, postać Everymana, strażnik piekieł i kronikarz historii w jednym. Lipkin emanuje grozą i charyzmą, stając się centralną, stałą obecnością na scenie. Jest niesamowicie dobry w każdym aspekcie roli, śpiewając z pasją i pełną mocą. Jego histeryczna scena z pacynką to komediowy szczyt wieczoru.
Nigdy nie widziałem lepszego Zangary niż ten w wykonaniu Stewarta Clarke'a. Wybitny wokalnie, dramatycznie intensywny, Clarke kreśli bezlitosny portret człowieka w bólu, który chce ten ból zadawać. Jest spektakularny. Podobnie David Roberts jako gorzki, odizolowany Czolgosz – Robertsowi może nieco brakuje niższych rejestrów w „Gun Song”, ale jego kreacja samotności i rozpaczy wynikającej z wiecznego bycia niezauważonym jest mistrzowska. Jego scena z Melle Stewart to czysta przyjemność.
Andy Nyman przedstawia Guiteau jako szaleńca, żałosnego nikogo z aspiracjami do wielkości. Doskonale wydobywa podskórną furię i poczucie niesprawiedliwości. Jego taniec ku śmierci jest makabryczny, a zarazem komiczny. Harry Morrison brawurowo gra Johna Hinckleya, stalkera Jodie Foster – uosabia on skrajną przeciętność. Duet „Unworthy Of Your Love” zaśpiewany z Carly Bawden (znakomita Squeaky Fromme) to prawdziwa perła spektaklu.
Mike McShane jako Samuel Byck – obłąkany Święty Mikołaj nienawidzący Nixona – jest absolutnie genialny. Intensywna wściekłość, skądinąd zrozumiały bełkot i specyficzny humor składają się na wybitną rolę. Widok tego złamanego człowieka planującego zamach w zdewastowanym autku z wesołego miasteczka jest równie mrożący krew w żyłach, co zdumiewający.
John Wilkes Booth miał 27 lat, gdy zastrzelił Lincolna. 31-letni Aaron Tveit, debiutujący w Londynie, jest najmłodszym aktorem grającym tę rolę w tak dużej produkcji. To ryzykowne posunięcie Lloyda, przypominające obsadzenie 25-latki w roli Wiedźmy w „Into The Woods” – zerwanie z tradycyjnym podejściem do tej postaci.
Była to jednak decyzja, która opłaciła się z nawiązką. Zamiast ciężaru i świętoszkowatego oburzenia, Tveit wnosi butę i spontaniczność próżnej młodości. Staje się liderem i inspiracją dla innych zamachowców tylko dlatego, że był pierwszy – o jego pozycji decyduje przypadek.
Z nienaganną fryzurą, idealnie dopasowanym strojem i błyskiem w oku, Tveit gra Bootha-aktora, manipulatora i bożyszcze tłumów. Śpiewa przepięknie, uwodząc zarówno publiczność, jak i współzamachowców. To ekscytujące i w pełni zrealizowane odczytanie wielkiej roli Sondheima na nowo.
Jamie Parker jako Lee Harvey Oswald tworzy przekonujący portret niepewności, paranoi i bezużyteczności. Jego scena z Boothem (Tveit), kiedy ten przywołuje Szekspira i obietnicę nieśmiertelności, by popchnąć go do czynu, jest naelektryzowana strachem i desperacją.
Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego reżyserzy powierzają rolę Balladzisty i Oswalda temu samemu aktorowi. Lloyd stara się to uzasadnić sekwencją, w której Balladzista zostaje skorumpowany przez innych, co podkreśla myśl, że każdy może stać się zabójcą w sprzyjających okolicznościach. Parker jest jednak mniej swobodny jako wiejski Balladzista z banjo – jego akcent był mało przekonujący, a śpiew nie tak pewny, jak choćby w Chichester. Niemniej to właśnie jako Oswald zostanie zapamiętany w tej produkcji.
Catherine Tate, cytując tekst Sondheima, znalazła się w „złej bajce”. Jej Sarah Jane Moore pudłuje komediowo częściej niż jej postać do prezydentów. To niezrozumiały błąd zarówno reżysera, jak i utalentowanej aktorki. Na tle wielowymiarowych postaci Melle Stewart czy Carly Bawden, Tate wypada blado.
W rolach przechodniów Marc Akinfolarin, Adam Bayjou, Greg Miller Burns, Aoife Nally i Melle Stewart są znakomici, z łatwością wcielając się w liczne postacie i śpiewając z dużą kulturą i siłą.
Kilka momentów zgrzyta: celowanie Guiteau do publiczności trwa zbyt długo, przez co traci na napięciu. Nie jestem też pewien, czy czytanie książek przez obsadę w scenie z teksańską składnicą książek cokolwiek wnosi. Z drugiej strony mamy genialne akcenty: maski Ronalda Reagana, znaki „Hit” (trafienie) i „Miss” (pudło) oceniające zamachy czy krwawe serpentyny w finale. To obrazy, które zostają pod powiekami.
To Assassins jest energetyczne, brutalne i porywające. Wizja Lloyda jest świeża i mocna. Nie musi przypaść do gustu ortodoksyjnym fanom nagrań płytowych, ale moim zdaniem to wspaniałe wznowienie, które rozkwita dzięki swojemu unikalnemu podejściu. A dzięki Tveitowi, Lipkinowi, Clarke'owi i Robertsowi, spektakl zyskał kwartet prawdziwych gwiazd.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności