Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Billy Budd, Southwark Playhouse ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Billy Budd

Southwark Playhouse

11 sierpnia 2103 2 gwiazdki

Istnieje wiele sposobów na interpretację postaci Billy'ego Budda i samej tekstu, lecz wydaje się mało prawdopodobne, by Herman Melville kiedykolwiek wyobrażał sobie, że jego niedokończone arcydzieło przybierze formę, którą narzucił mu Seb Harcombe w swojej adaptacji (którą również wyreżyserował) w Southwark Playhouse.

Melville mógł badać niszczycielską moc niewinnego piękna; mógł argumentować przeciwko karze śmierci; mógł analizować walkę między dobrem, złem a postawą Poncjusza Piłata; mógł przyglądać się problemom związanym z wypieraniem homoseksualizmu; mógł pokazywać, że rzeczy nie zawsze są takie, jakimi się wydają, lub zgłębiać politykę przymusowej służby w brytyjskiej marynarce wojennej. Z pewnością jednak nie interesował go wpływ hałasu w ciasnych pomieszczeniach, techniki krzyku, powody, dla których ludzie ulegają zbiorowym złudzeniom, ani relacja między tańcem współczesnym a dramatem.

A jednak inscenizacja Harcombe'a skupia się właśnie na tych elementach bardziej niż na czymkolwiek innym. To raczej „Billy Błąd” niż Billy Budd – głównie dlatego, że wbrew logice, przystojny i charyzmatyczny Charlie Archer, grający Billy'ego, zmuszony jest przybrać maskę brudu, fizycznej i umysłowej ułomności oraz niechlujstwa, mimo że tekst nieustannie przypomina o jego naturalnym wdzięku i urodzie.

To wybór reżyserski tak niezrozumiały, jak tylko można sobie wyobrazić. Jednym pociągnięciem Harcombe pozbawia narrację jej naturalnego punktu ciężkości i celu. Tylko dzięki temu, że Archer jest aktorem o nieprzeciętnych umiejętnościach, z zamysłów Melville'a ocalało cokolwiek.

Decyzja o takim przedstawieniu Billy'ego niesie ze sobą kolejne konsekwencje: przede wszystkim stawia Claggarta, granego przez Gerrarda McArthura, w sytuacji niemal bez wyjścia – skoro brakuje piękna, co ma go tak obsesyjnie fascynować?

McArthur radzi sobie z tym w najinteligentniejszy możliwy sposób, kreując Claggarta jako postać niezrównoważoną, wybuchową i przebiegłą. Nie ma jednak wątpliwości, że jego rola byłaby znacznie lepsza, gdyby reżyser nie „skrępował go”, odbierając mu główny motor napędowy postaci. W istocie najlepsza i najmocniejsza scena w całym spektaklu to ta, w której Claggart wchodzi do kajuty Billy'ego i powoli odsłania prześcieradło z jego nagiego, śpiącego ciała – czy motywem jest tu niespełnione pożądanie, czy przemoc, pozostaje kusząco niejasne. McArthur wieńczy to magnetyzującym, niezwykle poetyckim monologiem, który jest napięty, przejmujący i perfekcyjnie wygłoszony. Ten moment dobitnie pokazuje, jak potężnej kreacji pozbawiono widzów w reszcie spektaklu.

Wbrew ogólnym trudnościom, świetnie radzi sobie Ian Batchelor jako marynarz Jenkins, przyjaciel i obrońca Billy’ego oraz wróg Claggarta, a także Joel Gorf, doskonały w roli marynarza Pavla, który tłumi własne zainteresowanie Billym, by stać się kolejnym z jego opiekunów.

W niezwykle złożonej roli kapitana Vere’a, Luke Courtier wydaje się nietrafioną obsadą (jest zbyt młody w stosunku do wieku Claggarta). Choć dobrze oddaje poczucie przynależności klasowej i uprzywilejowania, tak istotne dla psychologii Vere'a, reżyseria odziera go z pozostałych warstw, które powinny wybrzmieć na scenie. Nikt, wliczając w to samego Vere'a, nie rozumie, dlaczego przypieczętowuje on los Billy'ego. (Trudno właściwie pojąć, dlaczego to Batchelor nie zagrał tej roli).

Harcombe myli krzyk i uderzanie w metal z głębią intelektualną, co odbija się na całej obsadzie. Niestety, sugestywna i nastrojowa scenografia Nikolaia Hart-Hansena, idealna do klaustrofobicznej inscenizacji dzieła Melville’a, zostaje tu zmarnowana. W rękach Harcombe’a sztuka przypomina raczej niespójny performance, w którym każdy aktor po kolei ma swoje „pięć minut”, by zaprezentować swoje możliwości (w tym śpiew i taniec), ale dzieje się to bez większego poszanowania dla całości utworu, jego tematów czy koncepcji.

Zmarnowana okazja, szczególnie biorąc pod uwagę obecność Archera i McArthura na scenie.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS