Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Bye Bye Birdie, Ye Olde Rose and Crown Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Daniel Coleman-Cooke

Share

Bye Bye Birdie

Ye Olde Rose and Crown Theatre

15 sierpnia

4 gwiazdki

Zanim został filarem muzyki country i stałym elementem żartów w Family Guyu, Conway Twitty był biodrami kręcącym rywalem Elvisa Presleya. Był jedną z kluczowych postaci rewolucji rock'n'rollowej lat 50. i 60. – ery, którą w genialny sposób wyśmiewa musical Bye Bye Birdie.

Spektakl stanowi satyrę na amerykański kult amantów oraz ulotną i wyreżyserowaną naturę sławy. Gwiazda rocka, Conrad Birdie (rozumiecie? krótki lot ptaszka), jest bożyszczem narodu, ale potrzebuje sprytnego fortelu, by uniknąć poboru do wojska. W ramach chwytu marketingowego jego menedżer, Albert, wysyła go do małego miasteczka, by tam „oddał się” wielbiącym go tłumom. Plan bierze jednak w łeb, gdy zarówno Conrad, jak i jego dziewczyna, znikają bez wieści.

Scenariusz Michaela Stewarta tętni życiem i dowcipem, kpiąc z „Elvisomanii” i kultury celebrytów, a jednocześnie tworząc idealne tło dla głębszych, ludzkich historii. Gagi sypią się gęsto i niemal zawsze trafiają w punkt – złośliwa matka Alberta oraz zrozpaczony ojciec superfanki Kim to postacie, które dostały wyjątkowo błyskotliwe kwestie.

Partytura Charlesa Strouse’a i Lee Adamsa jest pełna wpadających w ucho przebojów. Nigdy wcześniej nie widziałem tego spektaklu i byłem naprawdę zaskoczony, jak wiele piosenek przeniknęło do kultury popularnej. Czy to „Put On a Happy Face” (ulubiony motyw z telewizyjnych ścieżek dźwiękowych), „Kids” (parodiowane w Simpsonach), czy „We Love You Conrad” (melodia śpiewana przez kibiców piłkarskich na stadionach w całym kraju) – ta muzyka zaczęła żyć własnym życiem i łatwo zrozumieć dlaczego. Szczególnie urzekają harmonię w „Baby Talk To Me” oraz oda do nastoletnich plotek – „The Telephone Hour”. Te melodie zostają w głowie na długie godziny po wyjściu z teatru.

Rzadko zdarza się, bym wychodził z przedstawienia zachwycony głównie choreografią, ale ruch sceniczny Anthony'ego Whitemana to klasa sama w sobie, przewyższająca wiele produkcji z West Endu. Twórca w pełni wykorzystał okazje do rozbudowanych układów – na przykład „Shriner Ballet” to około pięciu minut nieprzerwanego tańca (ale o tym za chwilę). Whiteman oparł się pokusie pójścia w stronę jive’a czy jitterbuga w stylu Grease (choć i ich elementy się pojawiły). Zamiast tego zaserwował niezwykle złożoną mieszankę jazzu, tańca nowoczesnego, stepowania i baletu w genialnym wykonaniu zespołu. Różnorodność i precyzja ruchu momentami przypominały mi wręcz West Side Story.

Mimo że Birdie jest tytułowym bohaterem, nie spędza na scenie aż tak dużo czasu, a przez większość pierwszej połowy milczy. Kiedy jednak się odzywa, musi mieć głos, który powala – pierwszymi słowami postaci jest inspirowany Elvisem rockowy numer „Honestly Sincere” z satyrycznie pustym tekstem. Piosenka buduje euforyczne napięcie, doprowadzając fanki do przezabawnej ekstazy. Zac Hamilton z nawiązką sprostał temu wyzwaniu, nadając Birdie’emu emocjonalną głębia i sprawiając, że jego numery muzyczne naprawdę „siedzą”.

Prawdziwymi protagonistami są jednak Albert – zapracowany menedżer Birdie’ego – oraz jego sekretarka i obiekt westchnień, Rose. To ich burzliwy związek stanowi serce opowieści, a show bezsprzecznie kradnie Liberty Buckland jako Rose. To fantastycznie napisana postać kobieca: słodka, ale inteligentna i przebiegła. Buckland dysponuje fenomenalnym głosem (szczególnie w wyższych rejestrach) i jest świetną aktorką, ale to właśnie podczas „Shriner Ballet” udowadnia swój gwiazdorski potencjał.

W tej scenie Rose ma grupę niezdarnych mężczyzn w klubie dżentelmenów dosłownie na skinienie palca, co zostało genialnie ukazane poprzez pięciominutowy taniec. Buckland jest w tej scenie obłędnie zmysłowa i uwodzicielska, wspierana przez sprawny zespół męski. Utrzymanie uwagi widza przez tak długi czas bez słów nie jest łatwe i dowodzi, że Buckland ma w sobie „to coś”. Choreografia Whitemana wyniosła tę scenę na wyższy poziom; inne wersje, które widziałem później, wyglądają przy tym wręcz banalnie (o ile w ogóle występują – ten fragment jest często wycinany, nawet w profesjonalnych produkcjach, prawdopodobnie ze względu na lekko pikantny charakter).

Ryan Forde Iosco był znakomity jako Albert; widać było świetną chemię między nim a Rose. Dobrze uchwycił rozterki i komizm swojej sytuacji – rozdarty między temperamentną dziewczyną a nadopiekuńczą matką. Choć nie jest najsilniejszym wokalistą w obsadzie, swoje numery prowadzi bez zarzutu. Jayne Ashley była przekomiczna jako toksyczna matka, emanując dezaprobatą w każdym spojrzeniu i geście. Harry Hart również pokazał klasę jako ojciec Kim, z wielkim animuszem serwując zabawne tyrad i narzekania.

Choć obsada była wyrównana i świetna, niektóre decyzje castingowe wydawały się nieco dziwne. O ile Albert miał wiarygodnie „starszą” matkę, o tyle aktorzy grający rodziców piętnastoletniej Kim wyglądali niezwykle młodo (zwłaszcza Stephanie Lyse jako matka). Angażowanie dwudziestoparolatków do ról licealistów jest logistycznie zrozumiałe, jednak nie do końca jasny był klucz doboru aktorów do ról starszych postaci. Mimo to, chętnie przymykam na to oko, zwłaszcza że żeński zespół grający fanki był przezabawny. Beth Bradley i Stephanie Palmer błyszczały szczególnie; ich mimika i reakcje były tak komiczne, że wzrok instynktownie wędrował ku nim, gdy tylko pojawiały się na scenie.

Bardzo mała scena sprawiła, że dynamiczna choreografia robiła jeszcze większe wrażenie, choć momentami mogło to wpływać na czytelność scen zbiorowych przy tak licznej obsadzie (zwłaszcza w „The Telephone Song”, który w pełni doceniłem dopiero po przesłuchaniu albumu). Salę teatru zmieniono w amerykański bar z lat 50. – scenografia i rekwizyty były oszczędne, ale nie zabrakło miłych akcentów, jak shake’i mleczne przy orkiestrze czy płyta Birdie’ego na ścianie.

W niewłaściwych rękach ten spektakl mógłby stać się dokładnie tym, co próbuje wyśmiać: banalną, cukierkową i przesłodzoną rewią. Jednak dzięki niesamowitej choreografii, przebojowej muzyce i fantastycznym kreacjom aktorskim, to wznowienie broni się na każdym poziomie.

Zdjęcia: David Ovenden

Bye Bye Birdie można oglądać do 4 września 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS