WIADOMOŚCI
RECENZJA: Casa Valentina, Samuel J Friedman Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Casa Valentina – Nick Westrate (od lewej), John Cullum, Gabriel Ebert i Tom McGowan. Zdjęcie: Matthew Murphy Casa Valentina
Samuel J Friedman Theatre
13 kwietnia 2014
4 gwiazdki
Mamy rok 1962, a wspomnienie nagonki McCarthy'ego wciąż budzi lęk i niepokój. Grupa mężczyzn spotyka się w małym pensjonacie w górach Catskill, aby spędzić weekend w eleganckiej atmosferze. Każdy z nich jest żonaty, lecz każdy skrywa pasję do przebierania się w kobiece stroje – z pełnym makijażem, perukami i szpilkami. To szczęśliwe, pełne wdzięku „kobiety”, które same stworzyły swój wizerunek. Niektórzy znają się od lat, wszyscy są przyjaciółmi. Żona właściciela pensjonatu towarzyszy im, dbając o dobry humor i wspierając ich w tej specyficznej potrzebie ekspresji.
Do grupy dołącza dwóch nieznajomych. Jeden to nowicjusz, stawiający pierwsze, niepewne kroki w świecie transwestytyzmu. Drugi to stary wyjadacz, aktywista, którego politycznym celem jest poprawa wizerunku i akceptacji społecznej mężczyzn o podobnych skłonnościach.
Tak zarysowuje się fabuła „Casa Valentina”, nowej sztuki Harveya Fiersteina, która ma właśnie swoją premierę w Samuel J Friedman Theatre na Broadwayu w reżyserii Joe Mantello. Obaj twórcy – Mantello i Fierstein – współtworzyli niemal każdy istotny spektakl o tematyce gejowskiej w amerykańskim teatrze ostatniego półwiecza.
„Casa Valentina” nie jest jednak taką sztuką.
Wręcz przeciwnie.
To opowieść o zupełnie innym świecie, który – co ciekawe – zdaje się stać w sprzeczności z ideą akceptacji przenikającą kulturę gejowską. Należy jednak pamiętać, że akcja toczy się w 1962 roku, a bohaterowie wyrażają poglądy sprzed ery hippisowskiej, zamieszek w Stonewall, kryzysu AIDS czy walki o równość małżeńską.
Mamy do czynienia z rzadkim teatralnym zjawiskiem: ciepłą, dowcipną, a momentami komiczną sztuką pełną intrygujących postaci, która potrafi w mgnieniu oka zmienić ton i pogrążyć się w mroku, ukazując rozpacz i zdradę.
Mantello prowadzi spektakl z wielką czułością i starannością. Piękna scenografia Scotta Paska obejmuje kilka toaletek z lustrami, przy których na początku sztuki mężczyźni, w różnym stadium przeobrażenia, tworzą swoje żeńskie alter ego. To świadomie estetyczny początek, otulający całość atmosferą dawnej elegancji, która budzi nostalgię (chyba każdy miał matkę z podobną toaletką) i jednocześnie dystansuje widza od współczesności.
Tekst jest w większości znakomicie napisany, choć odnosi się wrażenie, że mógłby być nieco krótszy. Nie brakuje tu świetnych ripost, ale kluczem do sukcesu jest wszechobecna atmosfera braterstwa i serdeczności przebijająca z dialogów.
W pierwszym akcie stałe bywalczynie wspólnie pomagają nowicjuszowi, Mirandzie, przejść kobiecą metamorfozę. Ta scena to jeden z najbardziej radosnych i krzepiących momentów, jakie można obecnie zobaczyć na Broadwayu. Emanuje z niej hojność i wspólne pragnienie kobiecości.
Jednak pióro Fiersteina błyszczy nie tylko w momentach szczęścia. Autor doskonale rozumie ból i potrafi go sugestywnie oddać. Z dużą klarownością i bezlitosną precyzją konstruuje trudne argumenty, sprawiając, że nagłe zwroty akcji budzą autentyczny niepokój.
Wielką zaletą spektaklu jest niemal bezbłędna obsada.
John Cullum, wielki weteran Broadwayu (pamiętany z oryginalnej inscenizacji „Camelotu”), jest po prostu cudowny jako nestorka Terry. Bezbłędnie serwuje komediowe puenty, ale błyszczy najbardziej w scenach dramatycznych. Jego monolog o tym, dlaczego nigdy nie odwróci się od społeczności homoseksualnej, która dała mu przyjaźń i ukojenie w chwilach rozpaczliwej samotności, to majstersztyk powściągliwej gry aktorskiej.
Wszechstronny Nick Westrate jest magnetyczny jako Gloria, ognistoruda piękność w rozkloszowanej spódnicy, z wąską talią i na wysokich obcasach. Westrate tworzy z niej prawdziwy żywioł – twardy i nieugięty. Jej spięcie z gospodarzem to jeden z najmocniejszych punktów wieczoru. Długo nie zapomnę dreszczu, jaki wywołała opowieść o „plądrowaniu ciał” dziewcząt na uniwersytecie. To głęboka, energiczna i kompletna kreacja. Pod każdym względem wspaniała.
Tom McGowan jako sympatyczna, puszysta Bessie – kobieta o gołębim sercu, cytująca Oscara Wilde'a, która w męskim wcieleniu jest zawodowym żołnierzem – to eksplozja szyfonu, szminki i szczerej wesołości. Potrafi jednak zmienić ton równie sprawnie, jak przekłada się spódnicę kopertową, co daje zarówno komediowy, jak i dramatyczny efekt. Kolejna wyborna rola, która ani przez chwilę nie osadza się w parodii.
Najtrudniejsza rola – szanowanego sędziego, który w weekendy staje się Amy – przypadła Larry'emu Pine'owi. Gra mężczyznę rozdzieranego między żoną i córką, które nienawidzą jego kobiecej strony, a własną słabością, która może go zgubić. Pine jest znakomity – o ile widać jego ostry, prawniczy umysł, gdy nie ma na sobie peruki, o tyle po jej założeniu to Amy przejmuje kontrolę i nie odpuszcza. To przejmujące studium uwięzionej wrażliwości i naiwnej ufności.
Jednak aktorski popis wieczoru daje Reed Birney jako Charlotte – wytrawna intrygantka w sukience. W pomarańczowym kostiumie, z papierosem w ręku i dżinem z martini, mogłaby być twoją nauczycielką pianina, historii czy pielęgniarką w przychodni. Charlotte to ucieleśnienie kobiecej rzetelności, a jednocześnie postać podła, dwulicowa i pełna świętoszkowatego oburzenia. Birney wydobywa te cechy z niezwykłą lekkością. Jest szczególnie przerażający w długim, perfekcyjnym monologu, w którym niszczy życie innej „dziewczynie”. To rola subtelna, a zarazem dosadna – choć brzmi to jak sprzeczność, w tym właśnie tkwi klucz do jego oszałamiającego występu. Aktorstwo najwyższej próby.
Postać Birneya wyostrza główne dylematy sztuki: różnicę między homoseksualizmem a potrzebą przebierania się; niemożność dostrzeżenia przez społeczeństwo odcieni tożsamości płciowej i brak tolerancji dla inności. W jednym z monologów jego bohater przewiduje, że za 40 lat (czyli mniej więcej teraz) homoseksualiści wciąż będą kryć się w cieniu, podczas gdy mężczyźni w sukienkach będą tak powszechni i akceptowani jak palenie papierosów. Ciekawe jest zastanowienie się, jak wyglądałby dzisiejszy świat, gdyby postać Charlotte (oparta na realnych wydarzeniach, na których wzorował się autor) dopięła swego.
Gabriel Ebert jako nowicjuszka Miranda jest również znakomity. Jego niepokój i autentyczny lęk są niemal namacalne, by po metamorfozie zmienić się w czystą, niczym nieskrępowaną ekstazę. Ta przemiana jest naprawdę wzruszająca, a to, co dzieje się w drugim akcie, uderza z jeszcze większą siłą dzięki radości wykreowanej wcześniej. Jego końcowa, niezwykle smutna i poruszająca scena jest brutalna, przejmująca i absolutnie trafna.
Nie wszystko jednak zachwyca. Właściciele pensjonatu, małżeństwo Rita i George (Mare Winningham i Patrick Page), nie przekonują ani osobno, ani jako para. Winningham gra postać Rity zbyt powierzchownie i mało wyraziście. Rita to kobieta, która dokonała świadomych, trudnych wyborów – nie ma w niej miejsca na nijakość.
Page z kolei nie wydaje się autentyczny, zwłaszcza na tle pozostałych „sióstr”. Widać, że nie czuje się dobrze w swoim żeńskim alter ego, co jest o tyle problematyczne, że punkt kulminacyjny sztuki opiera się właśnie na jego desperackiej potrzebie zatrzymania przy sobie wizerunku Valentiny.
Sztuka byłaby znacznie mocniejszym ładunkiem dramatycznym, gdyby te dwie role zagrali aktorzy gotowi całkowicie zatracić się w swoich postaciach, tak jak zrobiła to reszta obsady.
Bardzo wymowne było to, że Page jako Valentina wciąż wyglądał na spiętego i zbyt męskiego. Powinien być równie „dziewczęcy” jak inni, podobnie jak Rita w wykonaniu Winningham. Gra ona postać żywą, myślącą i wrażliwą – stanowi całkowity kontrast dla chłodnej córki sędziego (Lisa Emery). Winningham stawia jednak na nijakość, podczas gdy gra kobietę, która swoim wyborom pozostała wierna przez całe życie, a nie tylko w weekendy.
Kostiumy Rity Ryack są wspaniałe, a charakteryzacja i peruki Jasona P. Hayesa – rewelacyjne. Epoka jest oddana bezbłędnie, barwy są żywe, a cała ta wizja kobiecości niezwykle estetyczna. Justin Townsend operuje światłem z wielkim wyczuciem, budując nastroje – od melancholii po radość – jednym ruchem suwaka. To precyzyjne, wnikliwe oświetlenie, które ogromnie podnosi jakość inscenizacji.
To być może najlepsza sztuka, jaką kiedykolwiek napisał Fierstein.
Z pewnością skłania do refleksji i rzuca światło na subkulturę, która rzadko gości na afiszach. Jest mądra, błyskotliwa, dowcipna i bolesna zarazem. Wymaga jednak wyrównanej, doskonałej obsady, a pod tym jednym względem produkcja Mantello pozostawia pewien niedosyt.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności