WIADOMOŚCI
RECENZJA: Clarion w Arcola Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
redakcja
Share
Clarion
Arcola Theatre
22 października 2015
Dwie gwiazdki
Recenzja: James Garden
Kiedy wkraczasz na tematyczne terytorium wydeptane przez mistrzów scenopisarstwa pokroju Paddy'ego Chayefsky'ego – którego proroczy scenariusz do filmu „Sieć” rzekomo zainspirował styl dzisiejszych prawicowych krzykaczy telewizyjnych – lepiej miej w ręku potężny kij i wykaż się nie lada zręcznością, by wymierzyć brytyjskiemu „dziennikarstwu” (spod znaku Maila, Stara czy Expressu) zasłużone bęcki.
Mark Jagasia nie tylko nie radzi sobie z tym kijem, ale wręcz nie jest w stanie go udźwignąć. „Clarion”, wystawiany obecnie w Arcola Theatre, to najbardziej powierzchowna krytyka prasy, jaką widziano na scenie od lat – wliczając w to „Great Britain” National Theatre o skandalu z podsłuchami.
To dość wymowne, że media drukowane wystawiły tej sztuce tak wysokie noty. Miło jest poklepać się po plecach – Jagasia to jeden ze swoich, a to jego dramaturgiczny debiut. Jednak w ostatecznym rozrachunku autor polega na dwóch kluczowych polach. Po pierwsze, „Clarion” cierpi na drastyczny brak struktury fabularnej i rozwoju postaci. Tę pustkę wypełnia drugim poważnym problemem: meta-żartami z mniejszości etnicznych i społeczności LGBT oraz słabo skrywaną pogardą dla każdego poniżej trzydziestki.
Zacznijmy od pierwszego problemu: tak, istnieje tu zarys fabuły – gazeta na skraju redakcyjnego (choć nie finansowego) upadku zamierza zwolnić doświadczoną dziennikarkę-alkoholiczkę, która chce „naprawić błędy”, bo choć zaprzedała duszę, wciąż ma jakieś zasady. Jednak ten kluczowy mechanizm dobrego pisania – reakcja na fabułę ujawniająca postać, która z kolei napędza akcję (co odsłania kolejne warstwy charakteru) – zdaje się obcy debiutującemu autorowi. Wiemy o wszystkim, poza finałowym zwrotem akcji, już w momencie ujawnienia „listu” – czyli w drugiej scenie.
Jeśli fabuła od początku jest oczywista, to bohaterowie i ich droga powinni sprawić, że spektakl warto oglądać. Tutaj tak się nie dzieje. Postacie to jedynie kalki tego, jak wyglądają „prawdziwi dziennikarze” – zmieszano w nich akurat tyle prawdy z satyrą, by sprawiali wrażenie „autentycznych”. A moje użycie słowa kalka w odniesieniu do sztuki o prasie jest mniej więcej tak głębokie jak świat przedstawiony w „Clarion”.
Widzieliśmy już postać dziennikarki-alkoholiczki napisaną na znacznie wyższym poziomie – fenomenalnie przez Diane English i zagraną przez Candace Bergen w jej nagrodzonej pięcioma statuetkami Emmy roli w serialu „Murphy Brown”. Murphy miała powód swojego nałogu, a jej walka z nim była wiarygodna. Verity (imię rażąco łopatologiczne – „spójrzcie, znalazłem łacińskie słowo oznaczające prawdę i dałem je redaktorce tabloidu”) jest napisana grubymi, topornymi krechami.
Alkoholizm Verity zostaje wyjaśniony jedynie poprzez dialog dwóch młodych postaci o jej przeszłości – to najgorszy rodzaj amatorskiego scenopisarstwa. Nie potrzebujemy wykładu o tym, dlaczego mamy wybaczyć bohaterce jej wady, powinniśmy to zobaczyć w jej działaniu. Później dowiadujemy się, że ta historia była bzdurą i zasłoną dymną dla dalszego picia. To wciąż ten sam problem: słyszymy o wszystkim, nie widząc niczego. Szkoda, bo Clare Higgins, której genialna rola w „Vincent in Brixton” przeszła do legendy, robi co może z tym, co dostała. Niestety, nie dostała tu zbyt wiele.
Postać młodej dziewczyny na stażu obraża na wielu poziomach. Nie tylko dlatego, że jest stereotypem ociekającym pogardą autora do młodego pokolenia, ale po prostu dlatego, że jest nudna. Wszyscy znamy żarty o głupich studentach medioznawstwa i lekceważenie ich przez starą gwardię. Ale już youtube’owy hit z 2011 roku „Being a Dickhead’s Cool” robi to znacznie lepiej, a do tego ma bit, przy którym można ironicznie potańczyć. To szokujące, że tak banalna postać w ogóle trafiła na scenę. Nie winię aktorki – gra ekspresyjnie nawet dla ostatnich rzędów, ale taka właśnie jest ta rola na papierze. Mieszanka manieryzmu „yah yah” i postawy „czy ja wyglądam na przejętą” jest, krótko mówiąc, tania. I znów – aktorka robi, co może.
Ta postać prowadzi mnie do najbardziej kłopotliwej kwestii wieczoru. Widownia w raczej lewicowym Arcola Theatre doskonale wie, że prawicowa prasa to w dużej mierze fabrykowanie nagonki na imigrantów i rzekomych naciągaczy zasiłków. Pokazywanie pyskatego naczelnego, Morrisa – granego przez Grega Hicksa tak jednowymiarowo, jak został napisany – który po prostu wrzeszczy na lewo i prawo o obcokrajowcach, gejach i biedocie, nie jest żadnym odkryciem na temat tabloidów. Tego się spodziewaliśmy. Jest jeden moment, w którym wydaje się, że on naprawdę wierzy w te bzdury – i paradoksalnie jest to najbardziej szczera chwila w całej sztuce.
Gdy jednak dramaturg serwuje potworne rasistowskie, seksistowskie, ageistowskie i homofobiczne żarty „z przymrużeniem oka”, a publiczność faktycznie się z nich śmieje „z porozumiewawczym uśmiechem” (pierwszy raz sala wybuchła powszechnym śmiechem przy jadowitym użyciu przez Hicksa słowa „homoseksualiści”), człowiek zastanawia się, gdzie przebiega granica między „inteligentnym” humorem a mową nienawiści. Ta sztuka najwyraźniej tego nie wie, bo ostatecznie nagradza redakcję „Clarion” za ich podłości – owszem, jedna osoba z ich kręgu ginie przez nich, ale czy widzimy jakąkolwiek autentyczną ludzką reakcję na ten moment? Nie. Publiczność śmieje się razem z tymi kłamliwymi łajdakami... „z porozumiewawczym uśmiechem”.
Zbyt powierzchownemu pisaniu wtórują decyzje inscenizacyjne. W każdej scenie w redakcji pojawia się kilku młodych „dziennikarzy”, którzy nic nie mówią, tylko reagują, a potem przestawiają scenografię. Jednak kamienne twarze i gwałtowne ruchy głów, przypominające statystki z teledysku Roberta Palmera „Addicted to Love”, nie wnoszą nic do spektaklu. Szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę, że Arcola udostępniła recenzentom tekst sztuki, poważnie myślałem o powrocie do domu i doczytaniu drugiego aktu w metrze – nie zanosiło się, by inscenizacja dodała coś, co ożywiłoby to przedstawienie, skoro nie zrobiła tego w pierwszym akcie. Zostałem i moje obawy się potwierdziły.
Mark Jagasia być może czerpie z własnych doświadczeń dziennikarskich, ale jeśli piszesz sztukę, która ma potępiać współczesne brytyjskie media, upewnij się, że robisz coś więcej niż tylko mielenie naszych domysłów. Kultowa „Sieć” zadziałała, bo nie tylko pokazała to, czego spodziewaliśmy się za zamkniętymi drzwiami upadającej stacji telewizyjnej, ale ze spokojem doprowadziła to do szalonego ekstremum. Ten film przewidział dzisiejszy krajobraz medialny z czterdziestoletnim wyprzedzeniem. Nie potrzebujemy „Clarion”, by mówił nam to, co „wiemy” o dzisiejszych wiadomościach – Daily Mail mamy na wyciągnięcie myszki. Powiedz nam, co będzie dalej, bo w to nie uwierzymy, dopóki nie będzie za późno. Taka opowieść, w przeciwieństwie do „Clarion”, przetrwałaby znacznie dłużej niż to niemal zapomniane przedstawienie.
Clarion w Arcola Theatre do 14 listopada 2015 r.
Zdjęcia: Simon Annand
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności