Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Club Gelbe Stern w Laurie Beechman Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Alexis Fishman w Club Gelbe Stern. Fot. Hunter Canning Club Gelbe Stern

Laurie Beechman Theatre

13 października 2015

5 Gwiazdek

Po co tak siedzieć samemu w pokoju? Chodź do kabaretu...

Tak śpiewa Sally Bowles w musicalu Kander i Ebba, „Kabaret” – spektaklu powszechnie cenionym za konfrontację z horrorem nazistowskich Niemiec. Inne musicale podejmują ten sam temat, ale w skrajnie różny sposób: Kapitan w „Dźwiękach muzyki” nieubłaganie sprzeciwia się nazistom i prowadzi swoją rodzinę przez góry ku wolności; „Producenci” zaś pokazują, jak najgorsze show w historii – musical o Hitlerze – staje się niespodziewanym hitem. Są też inne, lecz te dzieła najbardziej oddziałują na wyobraźnię, przywołując obraz Niemiec Hitlera.

Żaden z nich nie oddaje jednak w pełni grozy, jaką odczuwali Żydzi w latach po dojściu Hitlera do władzy. Owszem, Herr Schultz w „Kabarecie” cierpi, ale to Sally Bowles najbardziej zapada w pamięć; pamiętamy dzieci i zakonnice z „Dźwięków muzyki”; a Hitler w „Producentach” zostaje sprowadzony do kampowej, satyrycznej figury. Cierpienie przeciętnego Żyda nie jest głównym tematem popularnych musicali, choć istnieją świetne dzieła kultowe, które poruszają tę kwestię – jak choćby „The Grand Tour”.

W Laurie Beechman Theatre można teraz obejrzeć niezwykły spektakl muzyczny: „Club Gelbe Stern” autorstwa Alexis Fishman i Jamesa Millera, w reżyserii Sharone Havely. Przebija się on bezpośrednio do lęku i grozy bycia żydowskim artystą w momencie, gdy swastyka zaczyna dławić niemiecki oddech. Przez piosenkę, chucpę i surową, dojmującą narrację, „Club Gelbe Stern” tka mocną opowieść: seks, radość, złamane serce, ponura rzeczywistość, bunt i ostatecznie – nadzieja.

Scenografia i forma prezentacji (świetny projekt Jeffreya T. Perriego Jr. oraz nastrojowe, dymne światła Davida Goldsteina) mamią widza myślą, że to solowy kabaret. Jednak taka ocena byłaby błędem – nie doceniłoby się wtedy pełni dokonań twórców. To kameralny musical, odważny i dopracowany, który bawi się formą kabaretu, ale w rzeczywistości jest genialnie skonstruowaną opowieścią snutą poprzez muzykę. Stylowo wyreżyserowany, opiera swoją siłę na wkładzie każdego muzyka i postaci – włączając te, które się nie pojawiają, a są doskonale zdefiniowane przez sposób, w jaki się o nich mówi.

Widownię zaaranżowano tak, by przypominała podziemny niemiecki kabaret z lat 30., taki jak Kit Kat Klub w „Kabarecie”: brudny, dymny, seksowny, uduchowiony. Uświetnia go rezydentka – syrena, która potrafi wyśpiewać cię do ekstazy i sprawić, że poczujesz, jakby wzór jej kabaretek odcisnął się na twojej duszy na zawsze. Ten klimat czuć jeszcze przed rozpoczęciem występu.

Początek jest nieco dziwny. Erika Stern, gwiazda wieczoru, przybywa spóźniona i zdyszana. Przysiada przy swojej toaletce otoczonej żarówkami i czyta prywatny list. Niezdarny pianista, „Otto, gejowski geek”, improwizuje i zapowiada gwiazdę... po czym robi to drugi raz, gdy ta się nie pojawia. Panika wisi na włosku.

W końcu wchodzi na scenę, bierze przypadkowy łyk trunku z kieliszka jednego z gości (co musi być wokalną niespodzianką każdego wieczoru!) i uderza w „Lolę”. Przez tę i kilka kolejnych minut występ wydaje się nieudany, wymuszony, dykcja jest niewyraźna, a skupienie rozmyte. Czyżby to była artystka jeszcze gorsza niż Sally Bowles w swoim zamierzeniu?

Ale nie, to nie to. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie.

Potrzeba niesamowitej kontroli i ogromnego wysiłku, by wiarygodnie zagrać „fałszywą” muzykalność, a właśnie to robi tutaj Fishman. W pierwszej części Erika jest oszołomiona treścią listu, ale dramaturgia działa najlepiej właśnie wtedy, gdy nie jest to podane na tacy – gdy drążący lęk powoli wydostaje się z jej wnętrza, aż w końcu ją pochłania, zmuszając do reakcji w jedyny sposób, jaki zna: poprzez wokalny kunszt i wirtuozerską furię.

Alexis Fishman i Heath Saunders. Fot. Hunter Canning.

Fishman radzi sobie z tym fenomenalnie. Moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że starannie pokazywała stan Eriki poprzez subtelne sabotowanie swoich umiejętności, jest równie zaskakujący i potężny jak np. chwila, w której Ulla śpiewa w „Producentach”, czy scena z tortem urodzinowym w „Next To Normal”. Mocne, teatralne i niezapomniane.

Opowieść, którą snuje Erika, dotyczy dwulicowych i sprzyjających mężczyzn, dobrych i złych kochanków, pierścionków zaręczynowych, zerwanych kontraktów i uświadomienia sobie, że ucieczka przed nieuchronną władzą nazistów to sprawa życia lub śmierci. Szczegóły najlepiej zostawić samej Erice, bo kreacja Fishman jest tak wielowarstwowa, przenikliwie bolesna i pełna wdzięku, że mój opis nie byłby w stanie oddać tej bezbłędnej intensywności.

Mimo że spektakl porusza trudne tematy, wcale nie jest przygnębiający. Ta rymowanka, śpiewana na melodię „Habanery” Bizeta (z opery „Carmen”), pokazuje rodzaj ciętego humoru obecnego w sztuce:

Gdy telefon nie działa, gdy wanna przecieka, gdy inflacja szaleje, gdy podatek dopieka, gdy pies nasika na dywan, gdy żona to kiepska partia, gdy dzieci zjedzą ciastka, gdy w kraju znów biurokracja – To wina Żyda, to wina Żyda, On winny zawsze, to nie nowina. Nie trzeba mózgu, by widzieć to tak: To zawsze Żyd jest winy wart. Więc obwiń Żyda za wszystkie wady, To nie nasza wina, braknie nam rady, To Żyd jest źródłem wszelkiego zła, Bo winę zawsze Żyd jakiś ma.

Kolejny fragment z innej piosenki ilustruje satyryczne, polityczne zacięcie materiału:

Adolf uważa, że każdy ślub wziąć ma: „Niemiecki kawalerze, podatek płać!” Lecz sam jest singlem, co dziwne się zdaje, Nikt nie wie dlaczego, choć każdy zgaduje.

Dobór utworów jest niezwykle trafny, a wiele z nich pochodzi z epoki, w której toczy się akcja. Finałowy numer, „If I Leave You”, to niezwykle piękna ballada (torch song) napisana i zaaranżowana przez Heatha Saundersa (oryginalnego Otto). Zostanie ona z Tobą długo po wyjściu z teatru.

Fishman dysponuje zachwycająco elastycznym głosem, o maślanej i aksamitnej barwie, ale zdolnym też do ostrego, dętego buntu. Brzmi tak, jakby w jej genach spotkały się Ethel Merman i Barbra Streisand – ciepła, żywiołowa, odważna.

Ale ten występ to nie tylko śpiew. Fishman czuje postać całą sobą i potrafi improwizować w odpowiedzi na reakcje publiczności, nadając całości świeżości. Dramatyczne jądro narracji jest wyważone po mistrzowsku – czy to opowieść o rasistowskiej zemście snuta na blacie działającego baru (z alkoholem i obsługą na wyciągnięcie ręki), czy zaskakujące odkrycie nazistowskiej flagi w niespodziewanym miejscu.

Pomaga też fakt, że artystka wygląda rewelacyjnie, w pełni wykorzystując swój kobiecy magnetyzm.

Fishman może liczyć na wsparcie muzyczne z najwyższej półki: Briana Russella Careya na pianinie (gra on również postać Otto), Giuseppe Fusco (instrumenty dęte drewniane) oraz Steve’a Millhouse’a (bas). Wszyscy grają wyjątkowo, a niektórzy z nich również świetnie śpiewają.

Jeśli jest tu jakaś wada – a nie jestem pewien, czy faktycznie – to może jedynie fakt, że sztuka składa się tylko z jednego aktu. Można by się zastanawiać, o ile mocniejsze byłoby to doświadczenie, gdybyśmy w pierwszym akcie zobaczyli Erikę nieskrępowaną, bawiącą się i śpiewającą swój stały zestaw bez cienia nadchodzącego listu. Z pewnością miło byłoby zobaczyć Fishman w pełnym, weimarskim wydaniu.

„Club Gelbe Stern” to ważne i niezwykle satysfakcjonujące dzieło teatru muzycznego. Każdy powinien je zobaczyć – ponieważ w sposób przystępny i rozrywkowy mówi o czasach, o których ludzkość nigdy nie chce pamiętać jako o powtarzającej się historii. I mimo swojej szczerości oraz surowości, tchnie zawadiacką nadzieją.

Jeśli jesteście w Nowym Jorku, zróbcie wszystko, by to zobaczyć. Jeśli w Londynie – módlcie się, by Chocolate Menier wystawiło to u siebie.

Triumf.

Club Gelbe Stern jest obecnie wystawiany w Laurie Beechman Theatre

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS