WIADOMOŚCI
RECENZJA: Consensual, National Youth Theatre w Soho Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje sztukę Consensual autorstwa Evana Placey'a w wykonaniu National Youth Theatre w Soho Theatre.
Obsada sztuki Consensual w National Youth Theatre w Soho Theatre. Fotografia: Helen Murray Consensual
Soho Theatre
25 października 2018 r.
3 Gwiazdki
Trzy lata temu National Youth Theatre wystawiło tę sztukę w swoim sezonie w Ambassador's Theatre, gdzie zebrała ona przyzwoite recenzje – chwalono interesujący i wciągający pierwszy akt, zwracając jednocześnie uwagę, że energia i dynamizm wyparowały w cichszym, bardziej konwencjonalnym drugim akcie, a całość zakończyła się wieloma niedomówieniami, o których najwyraźniej po prostu zapomniano. Teraz sztuka powróciła i nic się nie zmieniło. Nadal mamy do czynienia z żywiołowym zgiełkiem i gwarem pierwszej połowy, zdominowanej przez kipiącą energią grupę uczniów zachowujących się tak, jak powinna zachowywać się młodzież ze szkół teatralnych (można to umieścić gdzieś na skali między klasyką „Grange Hill” a współczesnym „Everyone's Talking About Jamie”), ciesząc się elastyczną, pełną ekspresji inscenizacją Pii Furtado (i asystentki reżysera, Anny Niland). Potem następuje kameralny dialog dwójki głównych bohaterów, który wypełnia cały kolejny akt. Problem polega na tym, że o ile początek uderza w nas ogromnymi dawkami świetnie wypracowanej choreograficznie (znakomity ruch sceniczny Temujina Gilla) nastoletniej energii (tak, nasuwają się skojarzenia z musicalową wersją „Przebudzenia wiosny” – dzięki zręcznie zaaranżowanym partiom wokalnym Jima Hustwita jest tu też dużo śpiewu), i dość mocno angażujemy się w te krótko, lecz sprawnie nakreślone szkice postaci otaczających niegrzeczną nauczycielkę przyłapaną na romansie z uczniem, o tyle cała ta magia znika w dziwnym interludium kolejnego aktu. Ten wydaje się być zupełnie inną sztuką, stylistycznie ledwie powiązaną z tym, co działo się wcześniej.
Marilyn Nnadebe i Fred Hughes Stanton w Consensual. Fotografia: Helen Murray
Sytuacji nie ułatwia zabawa z czasem, którą zaserwował autor, pochodzący z Ameryki Północnej, a mieszkający w Wielkiej Brytanii Evan Placey: w pierwszym akcie jesteśmy w „teraźniejszości”, ale w drugim cofamy się o siedem lat, by na własne oczy zobaczyć i usłyszeć to, o czym wszyscy mówili wcześniej. Buduje to w widzach ogromne poczucie oczekiwania na powrót do teraźniejszości w trzecim akcie, co pozwoliłoby domknąć tę przypominającą gry J. B. Priestley’a zabawę z perspektywą czasową. Jednak trzeci akt nigdy nie następuje. Placey po prostu przestaje pisać, twierdząc, że „zostawia publiczność z wieloma pytaniami”. Sam miałem jedno: Czy to naprawdę wystarczy? Poczucie zawodu jest namacalne, a wielka to szkoda, bo świetna obsada i zespół kreatywny dają z siebie wszystko, by całość zadziałała.
Marilyn Nnadebe bierze na swoje barki ciężar roli młodej nauczycielki wychowania do życia w rodzinie, od której wymaga się całkowitego braku profesjonalizmu i wystawienia na próbę wiarygodności widzów poprzez rzucenie się w ramiona (nieco) zagubionego 15-latka pod jej opieką – mimo że u jej boku stoi mąż, będący uosobieniem ideału męskości. Mimo to aktorka radzi sobie znakomicie, nawet jeśli scenariusz nie zawsze nadaje sens jej działaniom. Jest to rola pokroju „Panny Julii”, choć – w przeciwieństwie do Strindberga – Placey nie jest tak okrutny dla swojej bohaterki, nawet jeśli uparcie twierdzi, że mając wybór między pożądaniem a obowiązkiem, i tak wszystko popsuje. Cate Blanchett robiła to samo w (bardzo podobnych) „Notatkach o skandalu”. Panna Jean Brodie robi to samo. W sektorze, w którym kobiety wykonują większość pracy i osiągają największe sukcesy, nauczycielki na scenie wydają się być na zawsze skazane na pokazywanie ich jako słabych i niekompetentnych, ofiar niemal dziewiętnastowiecznych „niepohamowanych” emocji. Naprawdę? Czy znowu musimy o tym słuchać? Czy temu ma służyć teatr w XXI wieku?
Marilyn Nnadebe i Oseloka Obi w Consensual. Fotografia: Helen Murray
Jako jej cel, Fred Hughes-Stanton włada sceną z niezwykłym opanowaniem, ograniczając ruchy do minimum i operując głosem oraz spojrzeniem z genialną precyzją, przywołując na naszych oczach przepaść dzielącą go jako nastolatka i dorosłego. Jednak jako mąż upadłej idolki w pierwszym akcie, Oseloka Obi ze swoją nienaganną sylwetką i stalowym charakterem stanowi jaskrawy kontrast dla żony, którą wybrał i z którą ma dzieci: ma w zasadzie jedną kwestię, by wyjaśnić ten dziwny układ i – co nietypowe dla Placey’a – jest ona tak niefortunna, że Obi omija ją zręcznym manewrem z nadzieją, że nie zauważymy. Przeciwwaga dla chłopca, jego pracowity, choć nieco szemrany brat, Jay Mailer, to kolejny świetny nabytek zespołu National Youth Theatre, a pomysłowy warsztat samochodowy jego autorstwa to jeden z wielu urokliwych momentów scenografii Cecilii Carey w pierwszej połowie.
Występując jako dobra panna Honey u boku nikczemnej Diane, inna nauczycielka (przymilna Mary w wykonaniu Laurie Ogden) rujnuje swoją karierę, udzielając granej przez fenomenalną Alice Vilanculo Georgii całkowicie nietrafionych „porad” dotyczących bondage'u. Gdzie tu była ocena ryzyka? Doprawdy, jaki rodzaj szkoleń zawodowych (CPD) wprowadza ta ich szkoła? Ale to właśnie tego rodzaju absurdalne bzdury są chlebem powszednim teatru, gdy przenosi edukację na scenę. Prawie zawsze pokazuje się to źle, czy to w dowcipnym świecie „Męskiej historii”, czy pod potwornym reżimem panny Trunchbull. Placey należy do autorów, których National Theatre przygarnął, a następnie wysłał niczym misjonarzy do szkół w całym kraju, by prowadzili „warsztaty” – nie kształcąc się tutaj, to właśnie ta ewangelizacyjna rola dała mu niezbędny wgląd, by teraz zbierać owoce wszystkich tych utartych stereotypów.
Obsada Consensual. Fotografia: Helen Murray
I tak otrzymujemy Liama (Jeffrey Sangalang) jako „boski dar dla kobiet” i jego chętną kochankę, pustogłową Grace (Francesca Regis). Jest też postać Taylor (Leah Mains), gdzieś na spektrum autyzmu, oraz Aiden Cheng jako pozer, profesjonalny gej-student Nathan, zbywany przez głośnego, ale w głębi duszy niepewnego siebie Rhysa (Muhammad Abubakar Khan) epitetem „Tom Daley” – sztandarowy przykład szkolnych docinek. Simran Hunjun jako Amanda wydaje się być nieco zbyt ułożona, jak z bogatych przedmieść, a Jamie Ankrah gra Brandona, „dużego” chłopca, ale – podobnie jak reszta – nie dostaje szansy, by cokolwiek z tą postacią zrobić. Mimo to, obsada jest jak najbardziej poprawna politycznie, w przeciwieństwie do zachowania nauczycieli. Różnorodność i „dostępność” są w porządku, ale jak wiemy, w poważnym świecie „relacji” istnieją granice, które tutaj zostają wyłożone z płytką powtarzalnością przeciętnego programu nauczania PSHE. Resztę ekipy uzupełniają Isabel Adomakoh Young jako Destiny, Olivia Dowd jako Kayla oraz ciekawy, choć niewykorzystany Christopher Williams jako Owen i Pan Abramovitch.
A gdzie w tym wszystkim jest serce pana Placey’a? Nie mam pojęcia. Spektakl sprawia wrażenie kolejnego, pełnego dobrych chęci ćwiczenia z „odhaczania punktów”, ponownego przeorywania dawno już przeoranego pola z całkowicie przewidywalnymi rezultatami. Dobrzy okazują się wcale nie tacy wspaniali, a złym zazwyczaj uchodzą na sucho rzeczy, nad którymi ci dobrzy wolą załamywać ręce. Właśnie dlatego nazywa się to teatrem. Natychmiastowy i całkowity lęk Diane po stosunku to moment, w którym ten cały domek z kart wali nam się na głowę. Opinia publiczna stoi tuż za twórcami, patrząc im na ręce i wymuszając trzymanie się określonego programu. I tak też się dzieje. Jeśli chcecie dołączyć do nich w tej podróży, wiecie, czego się spodziewać. Podziwiajcie talent i róbcie to, co potrafią wszystkie dzieci, a czego nie potrafi ta sztuka – patrzcie w przyszłość.
STRONA INTERNETOWA NATIONAL YOUTH THEATRE
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności