Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Dessa Rose, Trafalgar Studios ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Udostępnij

Dessa Rose Trafalgar Studios 2 29 lipca 2014 4 Gwiazdki Zarezerwuj bilety

Niedawne zamknięcie spektaklu I Can't Sing wisiało nad West Endem niczym gęsta, ciemna chmura. Jednak, jak mówi przysłowie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Gdyby musical ten nadal gościł na afiszu (a powinien, bo był naprawdę udany), Cynthia Erivo prawdopodobnie nie mogłaby wystąpić w europejskiej premierze Dessa Rose – musicalu z 2005 roku autorstwa mistrzowskiego duetu Stephena Flaherty'ego (muzyka) i Lynn Ahrens (libretto i teksty piosenek). Spektakl jest obecnie na etapie pokazów przedpremierowych w Trafalgar Studios 2 i jej nieobecność byłaby ogromną stratą.

Dessa Rose to niezwykle wciągająca sztuka muzyczna, śledząca losy dwóch kobiet od połowy XIX wieku do początku lat 20. XX wieku w Ameryce, głównie na Południu. Tytułowa bohaterka rodzi się jako niewolnica, ale już w wieku szesnastu lat ma dziecko, zostaje skazana na śmierć i rzuca się do ucieczki. Jej losy przeplatają się z historią Ruth, białej kobiety wychowanej w duchu południowej arystokracji, od której oczekuje się dobrego zamążpójścia. Ruth wychodzi za mąż, lecz fatalnie – zostaje sama na podupadającej plantacji, porzucona przez męża hazardzistę.

Głównym wątkiem musicalu jest rodząca się przyjaźń między tymi dwiema niezwykłymi, nieustępliwymi kobietami. Całość przypomina niemalże przypowieść; momentami – pomijając fakt, że to historia kobieca – można by odnieść wrażenie, że autorem jest sam Mark Twain. Tyle tu komizmu zmieszanego z surowymi, intensywnymi obserwacjami na temat trudów życia kobiet i Afroamerykanów na Głębokim Południu w czasach, gdy niewolnictwo było na porządku dziennym, a o nadzieję i harmonię trzeba było zaciekle walczyć.

Spektakl bywa na zmianę zabawny i głęboko poruszający, a zanim opowieść dobiegnie końca, czeka nas wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Andrew Keates pewną ręką prowadzi reżyserię. Produkcja jest oszczędna i przejrzysta, ale nigdy nudna czy niejasna. Mała przestrzeń została wykorzystana do maksimum i mimo bliskości aktorów, widz nie czuje skrępowania. Intymność tego miejsca znakomicie współgra z tekstem, pozwalając mu w pełni wybrzmieć.

Pomysłowa scenografia Garance Marneur przypominająca układankę sprawdza się w każdym calu. Wiszące łańcuchy stale przypominają o motywie niewolnictwa, pełniąc przy tym różnorodne funkcje – czasem zaskakujące, czasem podkreślające mroczniejsze fragmenty sztuki. Kostiumy (Phillipa Batt) również wspaniale oddają realia epoki.

Dean Austin zapewnia kierownictwo muzyczne na najwyższym poziomie, a niewielki, nietypowy zespół (instrumenty klawiszowe, skrzypce/mandolina, dęte drewniane i wiolonczela), rozmieszczony w różnych częściach sali, gwarantuje doskonały akompaniament. Obsada wspomaga sekcję perkusyjną w sposób ad hoc, zgodnie z wymogami partytury. Muzyka przywodzi na myśl wspólne ogniska i braterstwo. Poczucie wspólnego celu potęguje ustawienie muzyków – to sprytny zabieg, który bardzo popłaca.

W samym centrum wszystkiego znajduje się jednak Cynthia Erivo i jej wybitna, wręcz perfekcyjna rola tytułowa. Śpiewa oszałamiająco, przelewając w głos ból i piękno; jej dykcja oraz czysta, bogata barwa są niezwykle precyzyjne. Aktorsko również błyszczy. Jest zabawna, skromna, mściwa, czujna, zadziorna, kochająca i radosna – jej oczy iskrzą energią przy każdym wejściu w światło reflektorów, stanowiąc bijące serce całego widowiska.

To doprawdy niezwykły i hipnotyzujący występ. Rola tętniąca życiem w każdym calu.

Świetnie partneruje jej Edward Baruwa jako Nathan – potężny niewolnik, którego pragnienie wolności dorównuje jedynie jego wielkiemu sercu i radości życia. Jego wykonanie utworu „The Scheme” w drugim akcie to jeden z najbardziej satysfakcjonujących momentów wieczoru.

W roli Ruth doskonale radzi sobie Cassidy Janson, zwłaszcza w drugim akcie, gdy częściej dzieli scenę z Erivo i Baruwą. Relacja, którą buduje z Baruwą, jest wyjątkowo subtelna i szczera. Jej sprzeczki, a ostatecznie solidarność z bohaterką Erivo, są odświeżająco autentyczne i naturalne. Wokalnie bywała momentami nieco wycofana, ale nie na tyle, by stanowiło to problem. Ma świetny warsztat, a publiczność chce go słuchać. Harmonie z Erivo zapadają w pamięć jako chwile czystej przyjemności.

Cassidy dzieli też wspaniałą scenę w pierwszym akcie z niezawodnym Johnem Addisonem; „Bertie's Waltz” to moment pełen nadziei i wyczekującej radości, który z lekkością zapowiada dalszy los Ruth. Addison świetnie odnajduje się w kilku rolach, a w drugim akcie, gdzie ma mniej do roboty, wyraźnie go brakuje.

Jon Robyns z radością gra wbrew swojemu typowemu emploi; jego ambitny, egoistyczny i bigoteryjny potwór, Adam Nehemiah, to czarny charakter o wielu warstwach. Buduje tę postać znakomicie, powoli odkrywając naturę gwałciciela i obłąkanego mściciela. Śpiewa z jadowitą precyzją.

Na szczególne wyróżnienie zasługują Sharon Benson, Miquel Brown i Abiona Omonua – wszystkie śpiewają z wigorem godnym chóru gospel. Alexander Evans prezentuje szereg zwinnych epizodów, które robią wrażenie – od brutalnego właściciela plantacji, przez lubieżnego arystokratę, po surowego, lecz sprawiedliwego szeryfa.

W całym zespole naprawdę nie ma słabych ogniw. Każdy wykonuje swoje zadanie z pewnością i kunsztem, który na West Endzie powinien być standardem, choć często nim nie jest.

Doskonałe, nastrojowe oświetlenie Neilla Brinkwortha oraz choreografia Sama Spencera Lane'a są przysłowiową wisienką na torcie. Jeśli miałbym do czegoś się przyczepić, to do nagłośnienia Jamesa Nicholsona, ale to dopiero początek pokazów i zapewne usterki zostaną wyeliminowane przed oficjalną premierą.

To szalenie dojrzała inscenizacja trudnego, lecz niezwykle atrakcyjnego i angażującego dzieła muzycznego. To najlepsza praca Keatesa do tej pory, a w Erivo znalazł on prawdziwą gwiazdę, która pod każdym względem staje na wysokości zadania.

Jeśli cenicie dobrą historię, opowiedzianą z werwą i świetnie zagraną, kupujcie bilety, zanim znikną – a na pewno tak się stanie.

Kup bilety na Dessa Rose w Trafalgar Studios

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS