Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Disney's Aladdin, New Amsterdam Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Aladdin Disneya. Zdjęcie: Cylla von Tiedemann Aladdin Disneya

New Amsterdam Theatre

15 kwietnia 2014

3 gwiazdki

ZAREZERWUJ BILETY

Siedząc w New Amsterdam Theatre podczas przerwy w „Aladynie”, który ma właśnie swój premierowy sezon na Broadwayu, trudno było nie poczuć fascynacji i zaskoczenia, podsłuchując rozmowy innych widzów. Głos zabierali głównie rodzice, z przejęciem dopytując swoje pociechy, czy przedstawienie było „super”, „ekstra”, „odlotowe” czy „czadowe” (ich własne słowa). W odpowiedzi najczęściej otrzymywali wzruszenie ramion, odwrócenie głowy lub dźwięk odblokowywanego iPhone’a. Każdy rodzic jednak drążył temat: „A co z tym numerem ze stepowaniem?”. Odpowiedzią było jedynie puste spojrzenie.

Zapytajcie mnie, czego oczekuję od „Aladyna”, a pierwsza odpowiedź zawsze będzie brzmiała: magii! Magia to fundament tej historii. Trzy życzenia od Dżina, moc zdolna przemienić zwykłe życie w coś nadzwyczajnego, i ten zwyczajny dywan, który unosi się w powietrzu.

Casey Nicholaw, reżyser i choreograf tej wersji słynnego filmu Disneya, rozumie magię i dostarcza jej tutaj w nadmiarze. Pierwsze pojawienie się Dżina jest zdumiewające – wydaje się wypływać w górę prosto z wnętrza jaskini wypełnionej lśniącym złotem i klejnotami, do której nikczemny Jafar wysłał ufnego Aladyna. Połączenie dymu z lampy i obrotowej zapadni tworzy niezwykły efekt. To popisowy moment teatralny i triumf wspaniałej scenografii Boba Crowleya.

Magia obecna jest również podczas lotu na magicznym dywanie. Ani śladu liny, tylko bujny dywan, Aladyn i Dżasmina, księżyc i gwiazdy. I latanie. Takie, o jakim marzy się w dzieciństwie. Wygląda to spektakularnie. Ponownie brawa dla Crowleya.

Magia czai się też gdzie indziej: w przyczepie Dżina, w transformacjach Jafara (dwukrotnych) oraz, w zupełnie inny sposób, w genialnym widowisku, jakim jest oszałamiająca inscenizacja utworu „Friend Like Me” w wykonaniu Nicholawa.

W teatrze magia potrafi nadejść z nieoczekiwanych stron. Tutaj jednak tak się nie dzieje. Magia jest dokładnie tam, gdzie się jej spodziewacie, przez co staje się nieco mniej magiczna, niż mogłaby być.

Zapytajcie mnie, czego jeszcze chcę od „Aladyna”, a odpowiedź zawsze będzie taka sama: ujmującego, czarującego protagonisty, sympatycznego łobuza, uroczego hultaja, beznadziejnego, nieco naiwnego marzyciela, który pragnie lepszego życia. W sztuce pełnej cudów główny bohater potrzebuje „tego czegoś”, by zabłysnąć i spiąć całą akcję w całość.

Adam Jacobs wydaje się urodzony do roli Aladyna. Jest fizycznie idealny, niczym wyidealizowany kreskówkowy bohater – perfekcyjne włosy, nienaganna klatka piersiowa, promienny uśmiech. Potrafi też śpiewać i tańczyć. Wie, jak oczarować publiczność i robi to bardzo skutecznie. Dopóki nie pojawi się Dżin – wtedy Aladyn staje się przy nim boleśnie jednowymiarowy.

Jacobs jest aktorem zaledwie poprawnym i choć w tym przypadku to wystarcza, oznacza również, że brakuje tu szansy na głębię czy składnik, którego w tej produkcji brakuje najbardziej: serca. Prawda jest taka, że nikogo nie obchodzi los Aladyna. To bardziej pantomima niż teatr muzyczny, bardziej komediowy skecz niż zwarty musical.

Spektakl wydaje się dłużnikiem „Księgi Mormona” bardziej niż któregokolwiek ze swoich disneyowskich poprzedników na Broadwayu – co być może nie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że Nicholaw był współreżyserem tamtego hitu. „Piękna i Bestia”, „Mała Syrenka”, „Król Lew”, „Tarzan” czy „Mary Poppins” grały według klasycznych zasad musicalu. To były opowieści fabularne, grane na poważnie, wzbogacone muzyką, które zyskiwały uznanie dzięki widowiskowości oraz temu, że widzowie kochali bohaterów i kibicowali im całym sercem.

„Aladyn” przełamuje ten schemat. Gra z czwartą ścianą i poprzez nią. Jest pełen branżowych żartów, nawiązań do innych musicali (to do „Dreamgirls” jest przezabawnie kampowe), sprytnych, nowoczesnych dwuznaczności i momentów, w których postacie wychodzą z roli, by stać się obserwatorami-komentatorami. Niektóre z tych zabiegów są niezaprzeczalnie śmieszne i inteligentne, często bardzo błyskotliwe, ale służą one dystansowaniu widza od bohaterów i umniejszaniu ich dążeń. Sprawiają, że trudniej ich pokochać.

Nie zauważyłem, by ktokolwiek choćby westchnął z radości, nie mówiąc już o łzie wzruszenia, gdy Dżasmina i Aladyn w końcu się pocałowali. W przedstawieniu tego typu wydaje się to wręcz niepojęte.

Zapytajcie mnie, czego jeszcze chcę od „Aladyna”, a odpowiedź będzie niezmienna: wyśmienitego, do szpiku kości podłego czarnego charakteru. Jonathan Freeman, który tak aksamitnie i złowieszczo użyczył głosu rysunkowemu Jafarowi w filmie Disneya, powraca do tej roli we własnej osobie. To kardynalny błąd, ponieważ jedyne, co Freeman wnosi do roli, to ten wspaniały głos, a sceniczny złoczyńca potrzebuje znacznie więcej.

Jafar to jeden z wielkich, całkowicie złych, odrażających i skrajnie samolubnych antagonistów w tym repertuarze. Przy nim zła królowa ze Śnieżki wygląda jak Shirley Temple. Musi być grany z jadowitą uprzejmością, z przebiegłością i intrygującym wglądem, z chłodnym okrucieństwem godnym Ryszarda III i elektryzującym stylem. Potężny głos to po prostu za mało.

Jest to szczególnie widoczne w tej dziwnej, autorefleksyjnej i autoparodystycznej wersji opowieści. Scenariusz Chada Beguelina jest dość chaotyczny, upychając żarty i parodie szybciej niż rozwój fabuły. Dlatego styl niezbędny do podtrzymania zainteresowania złoczyńcą musi być wyjątkowo wyrafinowany i precyzyjny. Freeman nie sprostał temu zadaniu.

Co ciekawe, jego pomagier – postać stworzona specjalnie na potrzeby tej produkcji – jest jedną z największych radości tego wieczoru. Iago, grany przez Dona Darryla Riverę, jest autentycznie zaskakujący i zabawny. Czyni z przesadnej służalczości i idiotyzmu „złoczyńcy na stażu” rozrywkę najwyższej próby. Gra w kontrze do Jafara i ulepsza każdą scenę z udziałem Freemana.

Zapytajcie mnie, czego jeszcze chcę od „Aladyna”, a odpowiedź zawsze będzie taka sama: zabawnego, ekscentrycznego i fantastycznego Dżina. Ten spektakl nie może istnieć bez niego.

James Monroe Iglehart to absolutny triumf. Całym sercem oddaje skrajności Dżina: jego potęgę, blask, krzykliwość, kamp, smutek i wiarę w dobro. Jako jedyna prawdziwie magiczna istota, może on swobodnie poruszać się między światem fabuły a komediowym komentarzem do niej. I w tym przełączaniu się, podobnie jak w śpiewie i tańcu, lśni najjaśniej. Ma rewelacyjne wyczucie komizmu, a energia, którą spala na scenie, jest błogo chłonięta przez zachwyconą publiczność. Mógłby przykładać większą wagę do tekstu (ponad połowa tego, co śpiewa, jest niezrozumiała), ale ebulicja i radość, jaką generuje, sprawiają, że zdaje się to nie mieć znaczenia. Możesz nie słyszeć słów, ale rozumiesz wszystko, co mówi i robi.

Kostiumy dla Dżina są niezwykłe – Gregg Barnes naprawdę się tu popisał. Ale w zasadzie wszystkie kostiumy są zachwycające, widowiskowe i w pełni oddają ducha oraz egzotykę miejsca akcji. Każdy wygląda fantastycznie przez cały czas – nawet Jafar, wysyłany do lochu, przypomina rozpaczliwego, ubranego w cekiny klona Lizy Minnelli, parodię samego siebie. To moment wart celebrowania, jeden z wielu, które zapewniają tutejsze kostiumy.

Ogólnie rzecz biorąc, zespół jest świetny. Panowie z pewnością mogliby ubiegać się o nagrodę za „Najlepsze Klaty Broadwayu”, a panie to uosobienie seksapilu w swoich powiewnych strojach z haremu, z idealnymi pępkami na pierwszym planie. Wszyscy śpiewają i tańczą wybitnie, a najwspanialsze momenty produkcji to te, gdy cała obsada tańczy w rytm Nicholawa – czy to w otwierającym „Arabian Nights”, „Prince Ali” (najlepszy numer zespołowy wieczoru), czy w finałach obu aktów.

Nowa muzyka jest dobra, ale nie dorównuje piosenkom dopisanym do broadwayowskich wersji „Małej Syrenki” czy „Pięknej i Bestii”. Utwór Aladyna „Proud Of Your Boy” jest całkiem ładny, ale to niemal klon „Part Of My World” z „Syrenki”, przez co brakuje mu oryginalności, choć słucha się go miło, niczym starych kapci. „Somebody’s Got Your Back” jest radosne, ale trwa zbyt długo. Z kolei nowe orkiestracje dla „Whole New World” pozbawiają tę pieśń dawnego luksusowego piękna i prostoty.

Jako Dżasmina, Courtney Reed jest idealnie ładna i na tym w zasadzie koniec. Żadna z niej aktorka, a śpiewaczka tylko przeciętna – nie potrafi nadać postaci tej zadziorności i ognia, które powinna mieć bogini. Mimo to wypada o niebo lepiej niż Clifton Davis, którego gra aktorska w roli Sułtana jest żenująca, czy Jaz Sealy, który jako Książę Abdullah wypada jeszcze gorzej.

Trio najlepszych kumpli Aladyna – Babkak, Omar i Kassim (Brian Gonzales, Jonathan Schwartz i Brandon O'Neill) – miewa wzloty i upadki: bywają zabawni, bywają zbyt nadekspresyjni, a czasami po prostu dziwni. Sam pomysł na to trio jest niezły, ale wymaga jeszcze dopracowania. Jedynie Babkak i jego powracający żart o przesłyszeniach dotyczących jedzenia wydaje się w pełni ukształtowany i komicznie trafiony.

Czytając to, co napisałem, widzę pewien chaos. Może to trafne, bo dokładnie tak odbiera się ten spektakl. Nie jest to do końca ani świadoma autoparodia, ani typowa pantomima, a na pewno nie to, czego oczekiwano – staroświecka, choć nowoczesna komedia muzyczna.

Bilety są wyprzedane na długo do przodu i przedstawienie bez wątpienia zarobi krocie. Jeśli jednak zachwyty rodziców nad stepowaniem (które było wyjątkowe) to jedyne trwałe wrażenie, jakie show zostawi w młodych widzach, to wypadnie ono blado na tle swoich disneyowskich poprzedników z Broadwayu.

A wcale nie musiało tak być.

ZAREZERWUJ BILETY NA ALADYNA NA BROADWAYU

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS