WIADOMOŚCI
RECENZJA: Drowning On Dry Land, New Wimbledon Theatre Studio ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Drowning On Dry Land
New Wimbledon Theatre Studio
Piątek, 21 kwietnia 2017
5 Gwiazdek
Niewielka przestrzeń studyjna, ukryta z boku monumentalnego New Wimbledon Theatre, staje się jednym z najcenniejszych klejnotów w koronie ATG, służącym przypominaniu zapomnianych klasyków i rozwijaniu nowej dramaturgii. Oferując program dorównujący temu, co znajdziemy chociażby w Trafalgar 2, ta prosta scena typu „black box” ponownie stała się miejscem spotkania z jednym z najwspanialszych dzieł czołowego żyjącego dramaturga tego kraju. Napisana przez Alana Ayckbourna w 2004 roku jesienna, czechowowska, słodko-gorzka tragikomedia o epoce celebrytów wkracza na londyńską scenę z zapierającą dech w piersiach mocą i olśniewającą wirtuozerią techniczną. Choć w ostatnich latach West End i National Theatre chętnie wracały do uznanych i popularnych dramatów Ayckbourna, nie pokazano nam niczego tak dobrego jak to.
Kto więc stoi za tym spektakularnym sukcesem? Czytelników może zainteresować fakt, że – nie po raz pierwszy – brytyjski teatr szuka ratunku u... aktorów. W tym przypadku Martin Rossen, obecnie występujący w zespole „Wizyty inspektora”, podejmuje się roli producenta (wraz ze współproducentem Davidem A. Ambrosem), natomiast „legendarny” Paul Tate zasiada w fotelu reżyserskim. Od razu należy zaznaczyć, że żaden z tych panów nie robił tego wcześniej: to ich debiut w nowych rolach. I nie wybrali na start dzieła „łatwego”. Prawdę mówiąc, trudno o trudniejszą sztukę. To jedna z najbardziej zaskakujących i niejednoznacznych tonacyjnie prac Ayckbourna; technicznie zaś jedna z najbardziej oszczędnych, a zarazem misternie skonstruowanych, łącząca pozorne ubóstwo dialogu z niezwykle zawiłą intrygą, gdzie motywacje i reakcje są zazwyczaj jedynie sugerowane delikatnym cieniowaniem, aluzją czy cieniem znaczenia. Gdzie mimo całego potoku słów, cisza często mówi więcej niż one, gdzie powtórzenia nigdy nie znaczą tego samego, a rwane, niedokończone frazy uderzają niczym pięść w stół.
To ogromne wyzwanie dla aktorów. Być może jednym z powodów, dla których sztuka ta nie jest wystawiana zbyt często, jest fakt, że obsadę i grę trzeba tu prowadzić niczym u Sheridana czy Congreve’a, a dyrekcje teatrów z różnych przyczyn często unikają takich wyzwań – w takim repertuarze zbyt wiele rzeczy może pójść nie tak. Wcześniejszy Ayckbourn jest natomiast – z pozoru – prostszą propozycją, gdzie aktorów można obsadzać „po warunkach”. I tak też się dzieje. Na scenę trafiają kartonowe, dwuwymiarowe postaci, wygłaszają kwestie i znikają. Z pewnością w ostatnich latach widzieliśmy wystarczająco dużo takich wznowień, z aktorami pozbawionymi szansy na rzetelną pracę, zmuszonymi do prezentowania katalogu próżnych „typów”. Czy naprawdę chcemy oglądać to po raz kolejny?
Tutaj, dla odważnego kontrastu, widzimy, czym Ayckbourn może być w odpowiednich rękach. Tate i Rossen zebrali zespół idealnie dopasowany do postaci w tej tandetnej historii o celebryckich intrygach. Jednym z wielu genialnych posunięć produkcyjnych było obsadzenie wykształconego śpiewaka, Blaira Robertsona, w głównej roli Charliego Conrada: medialnego tworu, człowieka bez właściwości, który zdobył sławę będąc wiecznotrwałym nieudacznikiem, nadnaturalnie nieskutecznym, nieświadomym własnych ograniczeń. Ayckbourn daje mu przerażająco długie monologi o pozornej, błahej mętności. W gorszym wykonaniu ta postać po prostu rozpłynęłaby się w oparach bezsensu. Ale Robertson wie, co zrobić z tą rolą: traktuje kwestie bohatera jak niekończące się, wirujące arie Haendla czy Mozarta, gdzie melodie rozpadają się na fragmenty, które są następnie skrupulatnie analizowane, przesiewane, badane i odkładane z chłodną, a jednak pełną empatii precyzją. Dzięki temu obdarza bohatera inteligencją, która równoważy jego uderzającą obecność fizyczną i sprawia, że publiczność wierzy, iż ta osoba może być zarówno (a) ulubieńcem opinii publicznej w świecie przedstawionym, jak i (b) centralnym punktem tego obszernego dramatu.
Jego żonę, Linzi, gra fascynująca Janine Pardo, która zaczyna opowieść jako sprawna organizatorka życia swojego męża-odniesiciela sukcesów, coraz bardziej sfrustrowana i niespełniona w tej roli. Jej droga jest dynamiczna i inspirująca, gdy stopniowo wyzwala się i buduje swoje życie na nowo. Problemem Charliego jest to, że nigdy nie wie, kim naprawdę jest – a co za tym idzie, nie wie też, kim są inni. Włączając w to kobietę, z którą jest żonaty. Nie potrafiąc tego zakomunikować nawet swojemu gładkiemu agentowi, Jasonowi (przystojny Malcolm Jeffries), niezgrabnie szuka kontaktu – najpierw z przebiegłą dziennikarką celebrycką Gale Gilchrist (aż nazbyt wiarygodna i rozgorączkowana Louise Devlin), a potem – co okazuje się fatalne w skutkach – z udającą niewiniątko mimką i klaunem Marshą Bates (Olivia Busby, której stopniowe zrzucanie „zasłon” pozorów w trakcie spektaklu jest jedną z jego największych ozdób).
W tę splątaną sieć relacji uwikłana jest para adwokatów od spraw celebrytów. Pierwszym z nich jest elegancki i nieustępliwy Hugo (Philip Gill, który wyciska każdą kroplę z genialnej sceny, mistrzowsko operując nastrojem, i niemal kradnie show podczas „pokazowego procesu” otwierającego drugi akt), drugim zaś jego nieco mniej skuteczny, ale tolerowany rywal, Simeon Diggs (John Craggs, cudownie kończący jako postać wyrządzająca swojemu klientowi tyle samo szkód, co przeciwnik Hugo). Cztery pomysłowo skonstruowane akty, rozgrywające się na tym samym tarasie posiadłości Conradów, dopełnia ostatnia dwójka z tej klasycznie skrojonej, 9-osobowej obsady: Frida Strom jako „Laura” i Ellie Ward jako „Katie”. To dwie żywiołowe dziewczyny, które zaczynają i kończą każdą fazę dramatu (z wyjątkiem finału), biegając wokoło niczym para wrzeszczących harpii, nie zwiastując niczego dobrego. Pozbawione zrozumiałej mowy, ograniczone do śmiechu, chichotu, krzyków i westchnień, wywołują brutalnie agresywny efekt, kluczowy dla ukazania surowości kryjącej się pod urokliwym i malowniczym życiem Charliego.
Inne postacie są wymieniane z imienia, ale nigdy się nie pojawiają: dzieci Conradów, których przyjęcie jest powodem przybycia niosącej destrukcję Marshy – animatorki dla dzieci o nazwisku dzielonym z właścicielami pewnego niesławnego motelu; jest też dziewczyna Gale, dilerka narkotyków, której proces i uwięzienie ostatecznie obnażają serce Gale i ujawniają duszę walczącą z własną wrażliwością, z uczciwością, która dla Charliego jest po prostu nieosiągalna. Hugo, wykorzystując wyznanie o własnym homoseksualizmie jako element strategii mającej pogrążyć Marshę, później wspomina nam o Imogen, którą mamy brać za jego żonę. Wszystkie postacie wokół Charliego starannie dawkują to, czego się o nich dowiadujemy, podkreślając jego niezdolność do kierowania własnym życiem z choćby podobną kontrolą. Każdy element sztuki jest absolutnie niezbędny: usuń go, a ucierpi historia. Jeśli coś się tu znajduje, to dlatego, że musi. To dramatopisarstwo najwyższej próby.
Spektakl prezentowany jest na prostej, ale efektownej scenografii Natalie Foy, opieka kostiumowa (bezbłędnie trafiona) jest dziełem Emily Howard, a Tom Coombs zapewnia skromną, lecz skuteczną oprawę świetlną i dźwiękową.
Jeśli jest moment, w którym tekst być może nieco góruje nad wykonawcami, to prawdopodobnie w końcowym epizodzie, gdzie Charlie zdaje się po prostu znikać. Zostało to jednak przygotowane. Bohater mówi o tym dość obszernie wcześniej, w swojej najbardziej skupionej i introspektywnej chwili, gdy – na krótko – zdaje się pojmować sens swojego życia. Jednak do tego czasu publiczność zdążyła już zobaczyć, jak „znika” kilka innych osób: jedni odeszli, inni wznieśli się do świata sławy, którym niegdyś cieszył się główny bohater. Ostatecznie więc „bycie tam” jest być może kwestią równie przypadkową, co cokolwiek innego, co planujemy, czego pragniemy czy czego się boimy. W ten sposób Ayckbourn zamyka swoją dziwnie poruszającą i piękną tragikomedię współczesności. Dzięki Bogu, że Rossen i Tate są tutaj, by znów ją przed nami otworzyć.
Spektakl był wystawiany przez tydzień w New Wimbledon Studio. Osobom zainteresowanym przedłużeniem jego scenicznego życia polecamy kontakt z producentem w jego firmie, Bournyack Theatre Company.
Zdjęcia: Paddy Gormley
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O BOURNYACK THEATRE COMPANY
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności