WIADOMOŚCI
RECENZJA: Fanatical, Playground Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves ocenia Fanatical – nowy musical autorstwa Matta Boarda i Reiny Hardy, grany obecnie w Playground Theatre.
Suanne Braun w Fanatical. Fot.: Scott Rylander Fanatical
Playground Theatre
14 listopada 2018
3 Gwiazdki
Dobre dwie dekady temu świetna parodia science-fiction stała się ogromnym hitem, opowiadając historię osadzoną na konwencie fanów: "Galaxy Quest" to jedno z najdoskonalszych i najbardziej odświeżających ujęć tego motywu, jakie widzieliśmy. Jego sukces polegał w dużej mierze na genialnym połączeniu fantastyki z ludzką codziennością oraz zachwycającym zgłębianiu napięć między tymi dwoma światami. Teraz, po wielu latach, para stosunkowo nowych twórców (muzyka i teksty: Matt Board, libretto: Reina Hardy) przygotowała własną opowieść i ubrała ją w formę musicalu. Pracowali nad nią dobre dziesięć lat i można by pomyśleć, że przez ten czas zdążyli już rozgryźć sposób, jak sprawić, by całość działała. No cóż, można by tak pomyśleć. Jednak mimo że przez ostatnie pięć lat spektakl krążył po świecie warsztatów od Chicago przez Londyn po Nowy Jork, wspierany przez The Stable Neila Marcusa, to obecnie – w pełnej inscenizacji wystawianej po raz pierwszy w przedsiębiorczym Playground Theatre w sprawnej reżyserii debiutującej Grace Taylor – show wciąż jest dość dalekie od sukcesu, jaki mógłby osiągnąć taki projekt. Nieuchronnie zaczynamy się zastanawiać, dlaczego tak jest.
Zacznijmy od mocnych stron. Partytura zawiera jedne z najpiękniejszych nowych kompozycji, jakie słyszałem od dłuższego czasu. Wybijającym się numerem jest zdecydowanie niezwykłe wyznanie z drugiego aktu, „Collected”, które ukazuje talent kompozytorski Boarda w jego najbardziej kunsztownym, szczerym i lirycznie błyskotliwym wydaniu: to bezcenny utwór zasługujący na szerokie uznanie – w istocie jest tak zapierający dech w piersiach, że raz usłyszany, zapada w pamięć na zawsze. Na szczęście wykonuje go najbardziej doświadczony i utalentowany artysta w obsadzie, Tim Rogers, którego silny, a zarazem niezwykle elastyczny tenor dramatyczny oplata każdy subtelny i urzekający kontur piosenki z porażającym efektem. Szczerze mówiąc, usłyszenie tego numeru sprawiło, że poczułem satysfakcję z obejrzenia reszty spektaklu. Pozostała część partytury również zawiera wiele atrakcyjnych melodii: Sophie Powles, dysponująca mocnym, czystym i solidnym mezzosopranem, dostaje ich całkiem sporo i mam nadzieję, że będziemy ją częściej widywać w musicalach – ma wyraźny potencjał na znacznie więcej w tej dziedzinie teatru. To jednak „Collected” wyznacza standardy.
Stephen Frost w Fanatical. Fot.: Scott Rylander
Suanne Braun to kolejna doświadczona profesjonalistka z bogatym dorobkiem. Jej rola, niestety, nie daje jej wielkiego pola do popisu, a muzyka napisana dla niej nie wydaje się tak natchniona czy interesująca. Robi, co może, by wycisnąć coś z roli organizatorki czy prezenterki konwentu, którego jesteśmy świadkami, ale ogranicza ją wąski zakres scenariusza. Gdy już dostaje szansę na coś kreatywnego, libretto Hardy pozwala jej jedynie na użycie ciała jako przynęty. Byłem zaskoczony i nieco przygnębiony takim obrotem spraw: czy mamy rok 2018 czy 1958? Scenariusz nie okazuje jej postaci większego szacunku ani nie nadaje jej dodatkowych wymiarów. Dlaczego? Czy dlatego, że zbyt często Hardy wydaje się przytłoczona technicznymi trudnościami w prowadzeniu akcji i traci z oczu ludzkie historie, które one generują, przez co jej dominujący „motyw” sprawia wrażenie obsesyjnego oddania komiksom sci-fi: wybaczcie, ale to chyba odrobinę zbyt niszowe jak na moją cierpliwość.
Fascynującą postacią, która jest rażąco niewykorzystana, jest twórca historii „Angel 8”, grany w ekspresyjny sposób przez utalentowanego komika Stephena Frosta: to on wywołał najszczerszy śmiech wieczoru, a właściwie jedyny, który rozbawił mnie do łez, swoim bezbłędnym portretem zgorzkniałego, niszczycielskiego pechowca, pisarza Stephena Furnisha. Jego postać jest zdecydowanie najciekawsza w tej opowieści przeładowanej płaskimi stereotypami. Zastanawiam się, dlaczego autorzy od dawna nie dostrzegli drzemiącego w nim potencjału i nie pozwolili mu bardziej wybrzmieć; udaje im się wziąć niesympatyczną postać i zmienić ją w coś niezwykłego i nieoczekiwanie angażującego. Jednak musieliśmy czekać cierpliwie aż do ostatnich minut pierwszego aktu na jego pierwsze pojawienie się – to długie i coraz bardziej nużące wyczekiwanie. Gdy w końcu wkracza na scenę, myślisz sobie: „Ale ta postać jest o ile ciekawsza od wszystkich, których dotąd spotkaliśmy; dlaczego nie możemy spędzić w jego towarzystwie więcej czasu?”. Być może to kwestia, nad którą autorzy powinni się poważnie zastanowić (przy okazji porzucając szowinistyczne anachronizmy). W obecnej formie scenariusz Hardy rzadko stawia swoim bohaterom trudne pytania; tam, gdzie potrzebna jest fabuła, dużo czasu i wysiłku pochłania drobiazgowe wyjaśnianie kwestii, które widz chwyta najwyraźniej znacznie szybciej niż autorzy – przykładem jest wymuszony wątek „zaginionego” scenariusza finałowego odcinka serii.
Sophie Powles w Fanatical. Fot.: Scott Rylander
Pozostale postacie są raczej do siebie podobne, a obsada robi z nimi to niewiele, na co pozwala scenariusz. Theodore Crosby, Amber Sylvia Edwards, Amy Lovatt i Eddy Payne dopełniają grona uczestników tego kameralnego konwentu, mając pełne ręce roboty dzięki choreografii Anthony'ego Whitemana, która niebezpiecznie balansuje na nieco nieporęcznej scenografii P J McEvoya. Projekt to centralna, czterofilarowa konstrukcja na podwyższonej obrotówce, dominująca w przestrzeni i ograniczająca widoczność na scenie otoczonej przez widownię z dwóch stron kwadratu. Konstrukcja nie stoi w miejscu, lecz obraca się, więc przynajmniej jeden z jej filarów zawsze zasłania widok części widzów. To jedna z tych dekoracji, które być może dobrze wyglądały jako makieta, ale w praktyce są małym koszmarem. Przy ograniczonej przestrzeni w kulisach i braku możliwości ruchu w górę lub w dół, Taylor i Whiteman robią co mogą, by utrzymać tempo spektaklu, ale przy wielu krótkich scenach i zmianach miejsca akcji oraz czasu, mają przed sobą trudne zadanie.
Oświetlenie Rachel Sampley wydaje się mieć tylko dwa tryby, między którymi przełącza się w prosty sposób. Dźwięk Andy'ego Grahama radzi sobie lepiej, ale akustyka sali jest wymagająca i być może mniejsze nagłośnienie zapewniłoby lepsze wrażenia słuchowe. Zespół pod kierownictwem Johna Reddella i nadzorem Jima Hensona brzmi bardzo „klawiszowo”, co jest dziwne biorąc pod uwagę rockową stylistykę muzyczną. Często otrzymujemy akompaniament fortepianowy, który brzmi bardziej jak próba niż gotowa partytura spektaklu. Szkoda, bo muzyka jest często niezwykle atrakcyjna i naprawdę zasługuje na bardziej przemyślane brzmienie: na przykład para gitar obok instrumentów perkusyjnych Tristana Butlera i mniejszy nacisk na pierwsze klawisze Reddella mogłyby zapewnić bardziej stylowy i przyjemniejszy efekt.
Marcus wspomina, że obecnie szukają wydawców, a jego wiara w ten projekt jest godna podziwu. Osobiście uważam, że zespół mógłby rozważyć znaczące poprawki. Materiał wysokiej jakości jest tu naprawdę bardzo, bardzo dobry. Być może zasługuje to na poważne przeanalizowanie i dopracowanie, zanim zostanie podjęty kolejny krok. Zespół ma cztery tygodnie grania na Latimer Road, by sprawdzić spektakl na różnych widowniach i dopieścić produkcję (jeśli poczują taką potrzebę). Z tego procesu można wyciągnąć wiele nauki. Być może dostrzegą większy potencjał rozwoju tego dzieła: może z tego powstać coś naprawdę wielkiego.
Grywane do 9 grudnia 2018
KUP BILETY NA FANATICAL
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności