Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Folk, Hampstead Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Libby Purves

Share

Nasza rezydentka theatreCat, Libby Purves, powraca do Hampstead Theatre, aby zrecenzować sztukę Neila Leyshona „Folk”, graną obecnie na scenie Downstairs Theatre.

SIMON ROBSON (SHARP) i MARIAM HAQUE (LOUIE). Zdjęcie: Robert Day Folk

Downstairs w Hampstead Theatre

4 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety Mamy tu do czynienia z uroczym zbiegiem okoliczności. Na głównej scenie grana jest sztuka PEGGY FOR YOU (do 29-go), podczas gdy w kameralnej przestrzeni na dole gości nowa, urokliwa sztuka Neila Leyshona, w której autor wyobraża sobie Cecila Sharpa zbierającego pieśni ludowe w Somerset. Obie opowieści traktują o mentorach i „akuszerach” talentu towarzyszących artystom – artystom, którzy w zamian mogą czuć zarówno wdzięczność, jak i urazę. Na górze króluje Peggy Ramsay, sama niebędąca twórczynią, lecz oddaną agentką dramaturgów; na dole spotykamy edwardiańskiego muzykologa, który marzy o byciu lepszym kompozytorem, podczas gdy zbiera i aranżuje „prawdziwą pieśń Anglii” zasłyszaną u wieśniaków.

Sharp uważał, że od czasów Purcella Anglia została w tyle za Niemcami, którzy pogardliwie nazywali nas „das Land ohne Musik” (krajem bez muzyki). Tłumacząc się służącej Louisi Hooper, wybucha: „Szkocja ma swoje pieśni. Irlandia nie ma nic poza muzyką. Nawet Walia ma pieśni! Ale Anglia…”.

MARIAM HAQUE (LOUIE), SIMON ROBSON (SHARP) i BEN ALLEN (JOHN). Zdjęcie: Robert Day

„Mylą się”, mówi odważnie Louie. „Mamy pieśni”. I to jest odpowiedź, po którą przybył Sharp: coś, co postrzega jako czysto angielskie, „zanim maszyny przejmą kontrolę i zanim to wszystko przepadnie”. Dziewczyna śpiewa mu jedną z setek pieśni, które przejęła od niedawno zmarłej matki. I tak, włosy jeżą się na karku, zwłaszcza gdy rozpoznaje się „Lord Randal”. Pieśń ta jest bowiem najlepiej znana jako ballada z pogranicza angielsko-szkockiego, a później jako inspiracja dla Boba Dylana. To mądry wybór, bo już na początku przypomina nam, że mimo lęków Sharpa o narodową tożsamość, magiczną rzeczą w tych utworach jest ich wspaniała, wędrowna, cygańska wolność. Przekraczają granice i oceany. Miał rację, zbierając je w wersjach przekazywanych głosem i słuchem, by je pielęgnować i zapisywać jako czarne kropki na pięciolinii. Jednak niektórzy twierdzą, że mylił się, zawłaszczając te stare pieśni, skostniając je i aranżując dla wykształconych artystów z metropolii. Ten spór wciąż trwa w lokalnych klubach folklorystycznych. I słusznie.

Z radością stwierdzam, że kunsztowny scenariusz Neila Leyshona uwzględnia te podzielone opinie na temat dziedzictwa Cecila Sharpa, podczas gdy Louie Hooper – uboga chalkupniczka z dłońmi obolałymi od szycia rękawiczek – raz po raz sprowadza go na ziemię. Najpierw, gdy – choć oszołomiona i zachwycona dźwiękiem wikariuszowskiego „pianoforte” – pyta z niedowierzaniem: „Czy zajmowanie się muzyką może być PRACĄ?”. Później odrzuca jego aranżację jednej z pieśni, którą mu zaśpiewała, mówiąc: „Nie słyszę w tym mojej matki. To sztywne, poukładane, nie ma w tym nic z dziczy”. I znowu: „Tak mocno to przyszpiliłeś!”. „Uporządkowałem to”, protestuje Sharp, urażony jej brakiem podziwu. Pogardliwe spojrzenia. To nie jest plastyczna postać dla Pigmaliona: Louie wie, kim jest, gdzie jest jej dom i jaka jest wartość głębokich, nieuładzonych emocji, które wywołują pieśni jej matki.

Sharp przyznaje, że jej niepiśmienność okazała się jego zyskiem, bo „gdybyś umiała pisać, nie pamiętałabyś tylu pieśni”. Przewrotnie jednak ta córka czasów sprzed wprowadzenia powszechnej edukacji podstawowej uczy go, jak właściwie zaśpiewać całą scenę, po staremu, prowadząc serce od pola do pola i od kwiatka do kwiatka. Sharp stoi zmieszany. Ale oboje wiedzą, że nadchodzi nowy wiek i życie musi – i będzie – się zmieniać. Louie też to wie, odrzucając sentymentalne skostnienie pieśni i idei. „Nic nie stoi w miejscu”, mówi chłodno. Nauczyła jej tego zmieniająca się wieś i system odwadniania Somerset Levels.

BEN ALLEN (JOHN). Zdjęcie: Robert Day

Pieśni, których używa Leyshon – rozdzierające serce, dziś już bliskie, z ich wysokimi drzewami, zieloną trawą, smutnymi grobami, utraconą miłością i dziewczętami gonionymi w zaroślach – zostały zebrane od różnych osób, w tym od prawdziwej i dobrze udokumentowanej Louisy Hooper. Ale w tym wąskim ujęciu dramatu kryje się prawdziwe jądro przedsięwzięcia: wyobraźnia rzuca światło na tę ostrożną, przyjazną relację między nieco aroganckim muzykologiem a prostą dziewczyną, która śpiewa z serca, pamięci i miłości.

Mariam Haque jest cudownie poruszająca jako Louie, wnosząc w tę rolę nieśmiałość i przekorę, szlachetną prostolinijność zarówno w śpiewie, jak i w argumentacji. Simon Robson świetnie oddaje sposób, w jaki akademicka arogancja Sharpa łagodnieje pod wpływem autentycznego głodu zrozumienia drugiego człowieka, co pozwoliło mu realnie wsłuchać się w głosy wieśniaków czy Cyganów, które jego klasa społeczna często ignorowała. Sasha Frost jako Lucy, przyrodnia siostra Louie, śpiewająca czasem u jej boku i przeżywająca własną miłosną stratę, stanowi dla niej energiczny, twardo stąpający po ziemi kontrast. Ben Allen jako niespokojny wieśniak John, pragnący uciec ze śmierdzącej garbarni do życia w Kanadzie, dopełnia ten czteroosobowy zespół.

Scenografia jest prosta: przejście z chaty do plebanii zaznaczają światła delikatnie padające na tkaniny i pianino, gdy warsztaty pracy kobiet znikają ze sceny. Reżyseria Roxany Silbert jest łagodna, niespieszna i pełna szacunku. Tak samo jak w „RAYA”, innym niedawnym klejnocie ze sceny Hampstead Downstairs. Gdy o tym pomyśleć, to już trzecia z rzędu sztuka pod wodzą tego dyrektora artystycznego, która naprawdę chwyta za serce – warto wspomnieć też „BIG BIG SKY” Toma Wellsa. Malutka, pozbawiona technologii przestrzeń, trzy nowe sztuki w środku pandemii, nowe wzruszenia i tematy do przemyśleń. Szacunek. Niech ktoś ruszy z tą sztuką w trasę jeszcze tej wiosny.

Grali do 5 lutego 2022 r. w Hampstead Downstairs

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS