Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Hamilton w The Public Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Hamilton Off-Broadway. Zdjęcie: Joan Marcus Hamilton

The Public Theatre

29 marca 2015

5 Gwiazdek

SPEKTAKL HAMILTON ZOSTAŁ PRZENIESIONY NA BROADWAY

Doszło do pojedynku. Jeden z uczestników, zaledwie 19-letni młodzieniec, rzucił wyzwanie majętnemu człowiekowi, który obraził jego ojca. Ojciec poradził chłopakowi, by strzelił w powietrze, zakładając, że przeciwnik, jako człowiek honoru, nie zrani syna. Chłopak postępuje zgodnie z radą, lecz odnosi śmiertelną ranę. Jego rodzice, rozdzieleni przez błędy ojca, spędzają z synem jego ostatnią godzinę. Gdy chłopak umiera, matka wydaje z siebie skowyt bólu, od którego krew krzepnie w żyłach. Ojciec próbuje ująć jej dłoń, lecz ona zdecydowanie go odpycha. Śmierć jest ostatecznym rozdzielcą.

To jest Hamilton, nowy musical autorstwa Lin-Manuela Mirandy (libretto, muzyka i teksty piosenek), który właśnie przechodzi swój premierowy sezon w The Public Theatre przed debiutem na Broadwayu w lipcu w Richard Rodgers Theatre. W reżyserii Thomasa Kaila, z fenomenalną choreografią Andy'ego Blankenbuehlera, jest to niezwykły pokaz teatralnej alchemii; inspirujący, pełen historycznych faktów, odkrywczy w kwestii problemów nękających ojców założycieli, a przy tym niezwykle ludzki. Teatr Public mieści się przy Lafayette Street, nazwanej na cześć słynnego francuskiego rewolucjonisty, który walczył z opresyjnymi monarchiami na dwóch kontynentach: to skłania do refleksji, gdy ogląda się poczynania postaci Lafayette'a na scenie, wiedząc, że jego dziedzictwo poza nią jest tak głębokie i realnie wpływa na miejsce, w którym zasiadamy. Jednocześnie system bankowy, na którym opiera się funkcjonowanie rządu USA, wywodzi się z wizji tytułowego bohatera, więc opary historii gęsto ścielą się w powietrzu.

Akcja częściowo osadzona jest w podobnym okresie co w „Les Misérables”, ale pod wieloma względami utwór ten bardziej rezonuje z „Jesus Christ Superstar”, choć rolę rocka jako muzycznego kręgosłupa spektaklu przejmuje tu rap. Ma on jednak w sobie więcej komizmu niż oba te tytuły i silniejsze poczucie stylu XXI wieku. Choć opowiada o postaciach i czynach historycznych, jego wrażliwość jest całkowicie nowoczesna. „Les Misérables” snuje osobiste historie na tle historycznym; „Jesus Christ Superstar” nadaje nowy ton znanej opowieści biblijno-historycznej; „Hamilton” natomiast opowiada wielką historię narodową, w którą misternie wpleciono osobiste winiety, uświadamiając widzom nieznane niuanse powszechnie znanych dziejów. Czyni to w sposób spójny, tworząc skomplikowane, a zarazem nieustannie angażujące i pouczające widowisko.

Kluczowa jest tu choreografia. Poza nielicznymi momentami, gdy solista ma chwilę na refleksję lub opowieść, niestrudzony i rewelacyjny zespół jest w ciągłym ruchu, tworząc ruchome, fizyczne obrazy, które wzbogacają narrację. Układy są doskonale wyćwiczone, zmysłowe, sugestywne oraz wykonane z ogromną precyzją – cała rzesza postaci drugoplanowych ożywa wspólnie, by nadać głębi linii fabularnej i tchnąć energię w odległą epokę. Blankenbuehler tworzy własny język tańca, stylowo podkreślając każdy aspekt opowieści.

Kail prowadzi akcję przejrzyście i z ogromną wizją. Pod względem stylistycznym utwór płynnie przechodzi od historii politycznej przez społeczną, aż po operę mydlaną, dramat rodzinny, tragedię osobistą, satyrę i farsę – i to w sposób nieliniowy i nieprzewidywalny. Kail błyskawicznie chwyta uwagę widza i z diabelską zręcznością przeprowadza go przez tekst. Nic nie jest tu mętne ani dezorientujące; ścieżka, którą wybiera reżyser, jest prosta i zdecydowana.

Pomaga mu w tym wspaniała scenografia Davida Korinsa, wyposażona w podwójną scenę obrotową, mnóstwo drewna, schodów i pomostów. Może to być metafora „statku USA” lub przywołanie areny walk sprzed lat. Działa to wyśmienicie, a cudowne oświetlenie Howella Binkleya sprawia, że całość olśniewa. Podwójna obrotnica nigdy nie była wykorzystana tak płynnie i sprytnie. Kostiumy Paula Tazewella są pod każdym względem znakomite, zwłaszcza mundury z kamizelkami i bryczesami dla seksownego zespołu. Męska charyzma jest ważna dla głównych bohaterów, a kostiumy idealnie to odzwierciedlają.

Każdy członek zespołu jest wyjątkowy. Nie ma tu słabych momentów, fałszywych nut ani nudnych ról. To prawdziwe tsunami talentu, które uderza z całą siłą przy każdej okazji.

Miranda jest elektryzujący jako Hamilton. To prawdziwy popis – tour de force pełen pasji i absolutnego oddania. Jego Hamilton, na zmianę zabawny i inspirujący, to człowiek z wadami, desperacko szukający swojego miejsca w historii. Miranda sprawia, że Hamilton jest całkowicie zrozumiały, nawet jeśli nie zawsze daje się lubić czy postępuje racjonalnie. Śpiewa z wielką mocą i pięknem, a jego dykcja jest nienaganna. Relacje, które buduje z innymi postaciami, są szczere i przekonujące. Biorąc pod uwagę, że napisał całe to dzieło, fakt, iż jego gra aktorska i śpiew są na tak wysokim poziomie, graniczy z cudem. To gigantyczny talent.

Jako nemezis Hamiltona, Aaron Burr, Leslie Odom Jr. jest równie nadzwyczajny co Miranda. Opanowany i chłodny tam, gdzie Hamilton jest porywczy i gwałtowny, Burr stanowi zarówno antytezę, jak i bratnią duszę tytułowego bohatera. Odom Jr. doskonale to rozumie i dotrzymuje Mirandzie kroku na każdym etapie. Śpiewa wyjątkowo dobrze, a w spokojniejszych momentach prezentuje się z najlepszej strony. To fantastyczna rola.

To, co zaskakujące, godne pochwały i po prostu genialne w tekście Mirandy, to fakt, że w tej naскroś męskiej opowieści znalazło się miejsce dla kluczowych postaci kobiecych, które okazują się równie ważne jak mężczyźni. Siostry Schuyler są realną siłą w tej historii, nie tylko dlatego, że dwie z nich kochają Hamiltona. Eliza, z którą się on żeni, jest grana z ogromnym kunsztem przez Phillipę Soo. Jej eteryczna uroda jest zachwycająca i idzie w parze z głosem, który jest jednocześnie piękny i potężny. Soo wnosi do spektaklu prawdziwe, ziemskie człowieczeństwo, a historia jej małżeństwa jest tutaj tak samo ważna i interesująca, jak starcia ojców założycieli.

Reneé Elise Goldsberry lśni niczym supernowa jako Angelica, siostra, która kocha Hamiltona, lecz nie zostaje jego żoną. Jej głos ma taką samą siłę rażenia jak jej charyzma, a ból, który przekazuje po ślubie siostry, jest głęboki i dojmujący. Klarowność jej brzmienia zachwyca bez względu na to, czy śpiewa forte, rapuje czy prowadzi kantylenę. Jasmine Cephas Jones wciela się w trzecią z sióstr oraz w Marię Reynolds – kobietę, z którą romans sprowadza na Hamiltona zgubę. Jones jest pierwszorzędna w obu rolach, lecz w jej portrecie Reynolds jest coś wstrząsającego i zapadającego w pamięć.

Jonathan Groff jest piorunująco dobry jako znienawidzony król Jerzy III – uosobienie angielskiej pompatyczności, arogancji i poczucia uprzywilejowania, które daje dążącym do niepodległości oczywiste usprawiedliwienie. Pojawia się jako król trzy razy i za każdym razem jest szczerze zabawny, ostentacyjnie (choć w pełni uzasadnienie) kampowy i uroczo świadomy swojej roli. Przy pierwszym pojawieniu się Groff występuje w pełnym galowym rynsztunku – gronostaje, długa peruka z kaskadą loków, idealnie skrojony czerwony jedwab przetykany złotem, białe pończochy i wielkie klamry przy butach. Gdy wojna zostaje przegrana, część tego majestatu znika przy drugim wejściu, a jeszcze więcej przy ostatnim. Wyborne. Groff jest w świetnej formie wokalnej i wykazuje swobodny komediowy dryg; jego kontakt z publicznością jest znakomity.

Perfekcyjną robotę wykonuje Daveed Diggs, który czaruje i manipuluje zarówno jako markiz de Lafayette, jak i Thomas Jefferson, wnosząc do akcji mnóstwo humoru i pewności siebie. Anthony Ramos jest rewelacyjny jako syn Hamiltona, Philip, ale wykonuje też świetną pracę w pierwszym akcie jako Laurens. Obaj dysponują doskonałymi głosami i tańczą z wielką klasą. Christopher Jackson kreuje wiarygodnego, nieco rubasznego George'a Washingtona – postać pełną pragmatyzmu i niewymuszonego autorytetu. Kolejny znakomity popis wokalny.

Alex Lacamoire czuwa nad muzyczną stroną produkcji i dokonuje cudów. Dykcja u wszystkich wykonawców jest nienaganna. Mnóstwo słów wypowiadanych w zawrotnym tempie pozostaje w pełni zrozumiałych i melodyjnych. Fragmenty bardziej liryczne są wyśpiewane pięknie i z wyczuciem. Emocje i tempo idą tu w parze; to prawdziwa uczta dla ucha. Piosenki Mirandy może nie są typowymi „wpadającymi w ucho” szlagierami, ale wszystkie intrygują i wprawiają duszę w rytm. Niektóre są nieopisanie piękne, inne promieniują blaskiem. Wszystkie są interesujące i bardzo muzykalne, a Lacamoire wraz z orkiestrą prezentują je w pełnej krasie.

To wybitna inscenizacja ważnego, nowego dzieła. Dosłownie tętni radością i siłą. Nie byłoby żadnym zaskoczeniem, gdyby spektakl zdobył Nagrodę Pulitzera. Po wyjściu z teatru czuje się głód wiedzy o tamtym okresie i chce się ponownie usłyszeć tę partyturę. Bardzo niewiele musicali, o ile w ogóle jakieś, wywołuje taki efekt. Miranda stworzył arcydzieło – i całkiem możliwe, że wyznaczył nowy punkt zwrotny w historii gatunku.

Pozycja obowiązkowa.

Hamilton przenosi się do Richard Rodgers Theatre 13 lipca 2015 r. Bilety już w sprzedaży.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS