WIADOMOŚCI
RECENZJA: Hay Fever (Trema), The Mill at Sonning ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
Libby Purves
Udostępnij
Nasza redakcyjna TheatreCat, Libby Purves, recenzuje „Hay Fever” Noela Cowarda, spektakl obecnie wystawiany w The Mill at Sonning.
Hay Fever
The Mill at Sonning
4 Gwiazdki
Zarezerwuj bilety ROZKOSZ Z RODZINĄ BLISSÓW
Nie zawsze udaje mi się przebić przez wąskie dróżki Oxfordshire do uroczego, ekscentrycznego młyna z kołem wodnym, w którym mieści się teatr The Mill, ale wizja Issy van Randwyck w roli Judith Bliss była zbyt kusząca. Udało mi się załapać na ostatni pokaz przedpremierowy w drodze na lotnisko, więc tę recenzję zaczęłam pisać w chorwackim autobusie dalekobieżnym.
To całkiem stosowne, biorąc pod uwagę, że Noel Coward napisał tę sztukę w pośpiechu, będąc w trasie, zainspirowany rozbawieniem po wizycie u hiperteatralnej rodziny Laurette Taylor podczas niskobudżetowej wyprawy do Nowego Jorku. Nie był jeszcze wtedy sławny, pracował nad rewią i dopiero miał zszokować burżuazję dramatem „The Vortex” – znacznie mroczniejszym obrazem rodzinnych i matczynych ekscesów. „Hay Fever” pokazuje nam radosne oblicze tej dysfunkcji, a przynajmniej radosne dla samej rodziny Blissów: rodzice, syn i córka – każde z nich z osobna i bez porozumienia – zaprosili na weekend gościa z zamiarem literackiego lub romantycznego podboju. Dla biednych gości nie jest to oczywiście zbyt radosne doświadczenie, ale radosna okropność gospodarzy tworzy nieodparty żart z egocentrycznego środowiska teatralnego, w którym Coward żył i pracował od jedenastego roku życia.
Mój instynkt mnie nie zawiódł – rola Judith Bliss, matki i emerytowanej aktorki (choć niepogodzonej z losem), idealnie pasuje do Van Randwyck. Jej twarz jest niezwykle plastyczna i psotna, a ona sama posiada wspaniałą muzykalność i doskonałe wyczucie tego, co oznacza bycie diwą. Zresztą jej solowy spektakl „Dazzling Divas” recenzowaliśmy tutaj – i z tym programem wystąpi ona w The Mill już 19 lipca.
Judith wchodzi do salonu z ogrodu, o którym nie ma bladego pojęcia, mówiąc mętnie o kalceolariach, i od pierwszej chwili daje do zrozumienia, że rozpaczliwie tęskni za karierą w sztukach pokroju „Love's Whirlwind”. Jej wampiryczne powitanie gamoniowatego Sandy'ego Tyrrella zostaje przerwane przez gości jej niecierpliwych dzieci, Simona i Sorel, którzy również upodobali sobie starszych, nieodpowiednich partnerów: on to William Pennington, leniwie snujący się jak typowy nastolatek, a ona to Emily Panes, testująca swoje uwodzicielskie moce. Judith – patrząc na nią, widać jak analizuje różne warianty poirytowania – decyduje się po prostu gruchać z wdziękiem: „musimy wszyscy być bardzo, bardzo mili”. Na co jej jadowite potomstwo odpowiada: „znów jesteś piękna i smutna”, tonem sugerującym: „...znowu to samo!”. Coward po mistrzowsku kreśli rys psychologiczny postaci, a w miarę rozwoju akcji Van Randwyck z idealnym wyczuciem czasu balansuje między aspiracjami Judith do kontrolowania sytuacji a upajaniem się rolą skrzywdzonej ofiary. Wszystkie duety działają wyśmienicie, gdy niewłaściwe osoby spotykają się, kłócą i ulegają niewłaściwym partnerom; pierwszy akt kończy się fenomenalnie, gdy Judith prowadzi zespół w utworze „Making Whoopee”, akompaniowana przez resztę rodziny na pianinie, saksofonie i marakasach (Panes pełni tu również rolę kierownika muzycznego, z doskonałym skutkiem).
Scena kalamburów i poplątane „zaręczyny” podszyte są złośliwością, która niczym mroczna nić przewija się przez najlepsze sztuki Cowarda: jego zdolność do jednoczesnego satyryzowania i gloryfikowania szalonej, wykwintnej socjety lat 20. XX wieku stanowi o jego niezwykłym uroku. Joanna Brookes w roli gosposi Clary początkowo wydawała się nieco przeszarżowana, tupiacc w tę i z powrotem z tacami, ale żart ostatecznie wybrzmiewa świetnie, a jej piosenka rodem z music-hallu, śpiewana podczas sprzątania śniadania, otrzymała w pełni zasłużoną burzę braw. Właściwie komizm fizyczny i muzyczny w inscenizacji Tama Williamsa jest bezbłędny, podobnie jak kostiumy, które najchętniej podebrałoby się aktorom z garderoby.
Jeszcze mała uwaga: Laurette Taylor nie była zachwycona faktem, że jej rodzina posłużyła za pierwowzór dla bohaterów „Hay Fever”. Twierdziła, że nikt u nich nie był aż tak nieuprzejmy. Ja jednak cieszę się, że ekipa Cowarda była. Nieodparci, okropni, nieśmiertelni. ZAREZERWUJ BILETY
Spektakl trwa do 13 maja. Prawdziwa gratka. Cena biletu obejmuje udany posiłek.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności