Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Heartbreak House w Union Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Dom serc złamanych (Heartbreak House)

Union Theatre,

10 stycznia 2018

4 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Spośród wszystkich sztuk George’a Bernarda Shawa, ta jedna bez wątpienia zyskała uznanie w oczach Sowietów. Nietrudno dostrzec dlaczego. W stylu bliskim Bułhakowowi czy wcześniej Czechowowi, Shaw przedstawia prostą historię spotkania w wiejskiej rezydencji przedstawicieli różnych sfer w przededniu wybuchu Wielkiej Wojny (choć tekst powstał tuż po jej zakończeniu). Autor obnaża znużone, rozpieszczone i pozbawione celu klasy rządzące, ukazując je takimi, jakimi je widzi, a następnie funduje im brutalne przebudzenie, gdy dopada ich historyczna nieuchronność. Obserwujemy upadek ich fantasmagorycznego świata w ruinę i – co tu kryć – czerpiemy z tej destrukcji niemałą satysfakcję, niczym widzowie oglądający stary, katastroficzny epos w Drury Lane. Produkcja Phil Willmott Company – zespołu, który w nowej przestrzeni Union Theatre w Southwark czuje się już jak u siebie – to propozycja z najwyższej półki, prezentująca wszystkie swoje atuty w najlepszym świetle.

Niewiele jednak w tej beztroskiej, lekkiej pierwszej połowie zapowiada to, co ma nadejść. Justin Williams i Jonny Rust zaszaleli z wyobraźnią, serwując nam wspaniały ziggurat poziomów, przypominający okrętową przestrzeń wymaganą w scenariuszu, wypełnioną po brzegi wiejskimi, patriotycznymi i marynistycznymi smaczkami. Na scenie pojawia się nawet armata (choć, ku rozczarowaniu, nie doczekamy się wystrzału). Ben Jacobs operuje światłem tak, by wydobyć jak największą głębię i perspektywę, Philip Matejtschuk nasyca przestrzeń dźwiękami epoki, budując realizm domu, a kunsztowne kostiumy Penna O'Gary dopełniają całości.

Nieco inaczej ma się rzecz z grą aktorską w pierwszej części. Lianne Harvey jako pierwsza pojawia się na scenie – w ulotnym, pięknym snopie światła – i jest uroczo niewinną Ellie Dunn, podczas gdy Alison Mead tworzy przekonującą postać niani Guinness. To wszystko gra poprawnie, dopóki nie pojawia się kapitan Shotover w wykonaniu Jamesa Horne’a, a zawiłości celowo zagmatwanej intrygi Shawa nie zaczną zalewać sceny. Wtedy pojawia się pewien niepokój: dokąd to wszystko zmierza? Sytuacja staje się jeszcze bardziej intrygująca wraz z przyjazdem kolejnych gości: Lady Ariadny Utterword (Francesca Burgoyne) – przerażająco energicznej, lśniącej w piórach i satynach; bladego i uległego Randalla Utterworda (Toby Spearpoint); iście „wojennego koszmaru” w osobie Hectora Hushabye (Mat Betteridge), zuchwałego lowelasa, oraz jego szokująco obojętnej małżonki, Hesione (Helen Anker). Mamy też parę powiązaną z Ellie: sztywnego, lecz ludzkiego Mazziniego Dunna (Ben Porter) oraz zupełnie niepasującego do towarzystwa „człowieka interesu”, Bossa Mangana (J P Turner). Pojawia się nawet włamywacz z nadmorskim akcentem cockney, grany przez Richarda Harfsta.

Ten zbiór „znaczących nazwisk” sygnalizuje główną tendencję skryptu w pierwszej części: paradę archetypów uciętych w pogawędkach. I właśnie to otrzymujemy, bo fabuła na tym etapie nie oferuje wiele więcej. Jest to wierne intencjom Shawa, ale obnaża jego słabości: obcowanie z tym tekstem przypomina jedzenie samej polewy bez owoców pod spodem. Z czasem staje się to mdłe i powierzchowne. Widz tęskni za czymś bardziej przyziemnym i konkretnym. Na szczęście pod sam koniec aktu ktoś wyciąga pistolet, co wnosi na scenę powiew nadziei na akcję. Mimo to, po dość przydługiej pierwszej połowie, idzie się do baru w przerwie bez większego przekonania, że wydarzy się coś istotnego.

I jakże bolesna jest to pomyłka. Akcja powraca bez żadnego ostrzeżenia, a my zostajemy wciągnięci w znacznie mroczniejszy i ciekawszy rewir. Nagle, mimo że pistolet nadal nie wypalił (co może i lepiej, biorąc pod uwagę laski dynamitu porozrzucane na scenie), nużąca powierzchowność bohaterów zostaje zmieciona. Postacie muszą w końcu spojrzeć w lustro, a Shaw pozwala temu procesowi biec naturalnym torem. Wreszcie scena tętni prawdziwym dramatem: kolejne wyznania i demaskacje następują po sobie. Przygnieceni niewygodną Prawdą, bohaterowie tracą rezon i przechodzą bolesne przebudzenie, Dryfują z dala od siebie lub zostają niespodziewanie rzuceni w ramiona ludzi, których wcale nie chcieli znać – a wszystko to w wielkim domu, którego serce (w każdym tego słowa znaczeniu) zostało złamane. Nagle lądujemy w tym samym nowoczesnym świecie, co w „Regułach gry” Renoira czy we współczesności: czy los narodu na pewno może spoczywać w rękach ludzi tak niekompetentnych? A jeśli tak, to czy oni – i my – mamy jakąkolwiek przyszłość?

O dziwo, w drugiej części Shaw wyciąga sztukę z marazmu pierwszej połowy. Widz zupełnie się tego nie spodziewa, co sprawia, że efekt uderza z podwójną siłą. W miarę jak postacie tracą pozycje, które budowały na początku, zyskują urok i ludzki wymiar, o który nigdy byśmy ich nie podejrzewali. Shaw nie daje nam wprawdzie prostej nadziei, ale maluje obraz, który uderzająco koresponduje z dzisiejszymi czasami. Trochę trzeba poczekać na ten moment, ale zdecydowanie warto uzbroić się w cierpliwość.

REZERWUJ BILETY NA DOM SERC ZŁAMANYCH

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS