Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: I Loved Lucy, Arts Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Sandra Dickinson jako Lucille Ball i Matthew Scott jako Lee Tannen. Zdjęcie: Alessia Chinazzo I Loved Lucy

Arts Theatre

24 lipca 2017

Zarezerwuj bilety Sandra Dickinson zbyt długo kazała nam czekać na swój powrót na deski West Endu. Myślę, że ostatni raz londyńska publiczność mogła ją podziwiać – i to tylko raz – jako dublerkę Angeli Lansbury w „Blithe Spirit” podczas pokazu dla niedoścignionych zastępców, ponieważ Lansbury nie opuściła ani jednego spektaklu. Wcześniej grywała bardziej znaczące role w westendowskich musicalach, takich jak „Deszczowa piosenka” czy „Chitty Chitty Bang Bang”. Dała się również poznać jako czarująca i uwielbiana gwiazda licznych pantomim w całym kraju oraz kilku filmów, co tylko potwierdza jej wszechstronny talent. Dlaczego więc nie oglądamy jej w rolach dramatycznych częściej? Patrząc na ten fenomenalny występ w roli Lucille Ball w The Arts Theatre, odpowiedź na to pytanie wydaje się trudniejsza niż kiedykolwiek.

Dickinson jest po prostu genialna. Daje prawdziwy mistrzowski popis tego, jak zafascynować i przykuć uwagę widza, sprawiając, że nawet moment, w którym rzuca kośćmi do tryktraka, staje się magiczny. Jej zdolność do odnalezienia i oddania prawdy o granej postaci jest bezbłędna. Towarzyszymy Ball u schyłku jej kariery, gdy po wycofaniu się z życia zawodowego wiąże się z młodym i najwyraźniej dość zagubionym mężczyzną. Bierze go pod swoje hojnie finansowane skrzydła i z satysfakcją kształtuje go według własnych potrzeb i kaprysów. Staje się on jej zabawnym „projektem”. W zamian jego młodość i prostota zdają się ożywiać starzejącą się gwiazdę; Ball planuje wielki powrót na szczyt telewizyjnej sławy. Jednak próba kończy się fiaskiem, relacja się sypie, następuje rozstanie, w ostatniej chwili pojednanie, a potem – nieuchronnie – pozostaje już tylko śmierć.

Sandra Dickinson jako Lucille Ball i Matthew Scott jako Lee Tannen w I Loved Lucy. Zdjęcie: Alessia Chinazzo

To sytuacja, która mogłaby stać się kanwą ciekawego dramatu lub przynajmniej głębokich i błyskotliwych rozmów. W rękach osoby trzeciej tekst być może nabrałby bardziej znaczącej formy. Tutaj jednak to sam młody człowiek, Lee Tannen, postanowił utrwalić dla potomności dwie godziny pogawędek tej uroczo niedobranej pary. Matthew Scott, czarujący gwiazdor Broadwayu, wciela się w rolę autora i robi to bezbłędnie, konsekwentnie kreując go na postać sympatyczną, szczerą, życzliwą i refleksyjną. On również ma za sobą trudne chwile: bycie gejem sprawiło, że był nieakceptowany w szkole i w domu, a wątek ten stanowi trzon wielu jego monologów kierowanych do publiczności, gdy pani Dickinson schodzi ze sceny. W zasadzie wielokrotnie odnosi się wrażenie, że to właśnie o tym jest ten spektakl.

Wymowne jest to, że reakcją Ball na te wyznania było ich lekceważenie i poganianie Tannena, by skupił się na ważniejszych sprawach, czyli wielogodzinnych partyjkach gry planszowej. Można odnieść wrażenie, że w tych scenach kryją się aspekty ich relacji, których scenariusz nie próbuje zgłębić zbyt gorliwie – przynajmniej do czasu wybuchu w drugim akcie, który prowadzi do zerwania. Trudno orzec.

W obecnej formie najmocniejszym punktem wieczoru (lub popołudnia, bo – co ważne – spektakl ten, chcąc odnieść sukces, powinien przyciągnąć solidną widownię na popołudniowe seanse „matinée”) są zabawne anegdoty Ball o spotkaniach z wielkimi i kontrowersyjnymi postaciami Hollywood i Burbank. Dickinson wyciska z nich wszystko, co najlepsze, a robi to tak lekko i pysznie, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby, gdyby opowiadała je publiczności sama, zamiast kierować tak dużą część dialogów profilem do alter ego pana Tannena, Lee.

Sandra Dickinson jako Lucille Ball i Matthew Scott jako Lee Tannen w I Loved Lucy. Zdjęcie: Alessia Chinazzo

Tymczasem reżyser Anthony Biggs prowadzi narrację w nienachalnym tempie. Gregor Donnelly stworzył scenografię z ogromnym napisem LUCY i podestem w kształcie „krwawiącego serca” (co stawia pytanie, czy nie lepiej byłoby pójść w stronę formatu talk-show, zamiast ikonografii religijnej), oświetlenie Tima Mascalla jest przez cały czas bezbłędne, wydobywając to, co najlepsze z prostej oprawy, a Yvonne Gilbert z wielką finezją operuje wielopoziomowym dźwiękiem. Dickinson prezentuje się w szykownych kostiumach (zapewne również autorstwa Donnelly'ego) z jedną, krwistoczerwoną torebką. Można się domyślać, że to maksimum tego, na co pozwolił budżet.

Trudno wyrokować, jak długo spektakl utrzyma się na West Endzie. W scenariuszu pojawia się wiele nawiązań do podobnych historii, które odniosły wielki sukces w Londynie i nie tylko – opowieści o dojrzałych gwiazdach i ich młodszych towarzyszach. Nie chciałbym jednak kusić losu, wymieniając ich tytuły w tym miejscu.

BILETY NA I LOVED LUCY

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS