Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Brytyjska trasa Jesus Christ Superstar ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Jesus Christ Superstar

Winter Gardens Blackpool

14 marca 2015

4 Gwiazdki

ZAREZERWUJ BILETY NA TRASĘ KONCERTOWĄ

Gromada mężczyzn w ręcznikach i czymś w rodzaju owiniętej bielizny. Jest też kilka kobiet, ale panie nie wydają się zainteresowane panami i na odwrót. Mężczyźni wyglądają na bardzo, bardzo szczęśliwych. Inny mężczyzna, z długimi włosami i skąpo ubrany, zostaje wprowadzony przez trzech osiłków o wyglądzie macho, którzy mogą, choć nie muszą, mieć na sobie sporo skóry. Długowłosy mężczyzna zostaje rzucony na podłogę. Jęczy z bólu.

Wiszące zasłony sugerują, że może to być rodzaj łaźni tureckiej. Wydaje się, że jest tu lider, bardzo korpulentny mężczyzna, nagi, nie licząc ręcznika i krzykliwych, czerwonych frędzli na sutkach. Ma gęste, kręcone włosy i wydaje się mieć na sobie mocny makijaż oraz tusz do rzęs. Śpiewa. I tańczy. Wszyscy tańczą, to ten rodzaj energicznego, skocznego kroku tanecznego, który mógłby służyć za kalistenikę. W miarę tańca wszyscy wydają się coraz szczęśliwsi. Z wyjątkiem długowłosego mężczyzny, który wciąż jęczy, oraz strażników, którzy krzywią się i szydzą za każdym razem, gdy lider lub jeden z tancerzy w ręcznikach na nich spojrzy.

Co zaskakujące, scena ta pochodzi z obecnej brytyjskiej trasy koncertowej „Jesus Christ Superstar”, która zakończyła swój pobyt w Blackpool 14 marca. Spektakl w reżyserii Boba Tomsona i Billa Kenwrighta, z choreografią Carole Todd i kierownictwem muzycznym Boba Broada, nie jest wystawną produkcją megahitu z 1970 roku autorstwa (wówczas) młodych twórców – Andrew Lloyda Webbera (muzyka) i Tima Rice'a (teksty) – ale sprawia wrażenie świeżego i pełnego wigoru.

Zespół reżyserski odpowiedzialny za to wznowienie, Bob Tomson i Bill Kenwright, mają już doświadczenie z „Jesus Christ Superstar”. Prowadzili brytyjską trasę w 2004 roku. Nie jest jasne, czy obecna produkcja jest wznowieniem tamtej; w programie nie ma o tym wyraźnej wzmianki, choć zdjęcie na okładce wydaje się pochodzić właśnie z tego spektaklu, tyle że obsada na fotografii nie pokrywa się z tą na scenie. Niezależnie od tego, czy jest to nowe odczytanie, czy restaging trasy z 2004 roku, jedno jest pewne: to nie jest żadna marna chałtura zrobiona dla szybkich pieniędzy. To poważne wznowienie od Tomsona i Kenwrighta i, na szczęście, znacznie lepsze niż ich ostatnie dokonania przy „Evicie”.

Paul Farnsworth przygotował intrygującą i sugestywną scenografię. Scenę dominują potężne filary, w większości pokryte szczegółowymi rzeźbami, dające wrażenie wielkości, władzy i rytuału. Metalowe drabiny prowadzą do konstrukcji w kształcie litery U, z której środka schodzą schody. Nad przestrzenią gry dominuje wielka, ruchoma korona cierniowa, podwieszona pod sufitem. Wszystko w tej przestrzeni jest imponujące i pełne groźnej obietnicy. To znakomita oprawa dla tego dzieła.

Niezależnie od tego, jak dobrze wygląda produkcja, „Jesus Christ Superstar” może zadziałać tylko wtedy, gdy muzyka zostanie odpowiednio potraktowana. Jak w każdym musicalu, składają się na to trzy elementy: orkiestra, nagłośnienie i jakość śpiewu. Kierownik muzyczny Bob Broad pewnie prowadzi niewielki zespół muzyków, a styl gry jest na wysokim poziomie. Niektóre tempa są jednak osobliwe i często brakowało odwagi, by pozwolić ciszy zagościć na scenie po zakończeniu utworu. W dziele typu sung-through, jakim jest „Jesus Christ Superstar”, te momenty ciszy mogą diametralnie zmienić dynamikę spektaklu, dając akcent i czas na refleksję. Rozczarowuje też brak instrumentów dętych drewnianych; nacisk położono na instrumenty klawiszowe, gitary i perkusję. Sama gra muzyków jest jednak pierwszorzędna.

Gorzej z nagłośnieniem autorstwa Dana Samsona. Trudno orzec, czy to kwestia projektu, operatorów, czy akustyki sali, ale jakość dźwięku nie była taka, jakiej należałoby oczekiwać. Przez większość czasu brakowało mu mocy, przez co rytm piosenek nie był dostatecznie wyraźny; w innych momentach, zwłaszcza w „Heaven On Their Minds”, było po prostu za cicho. To problemy łatwe do usunięcia. Szczególnie gdy, jak tutaj, śpiew wykonawców jest na tak wysokim poziomie.

Dwoje głównych odtwórców ról, Rhydian Roberts i Rachel Adedeji, nie wystąpiło tego wieczoru, ale nie stanowiło to żadnego problemu. Ich zastępcy, Johnathan Tweedie i Jodie Steele, spisali się doskonale. Steele ma zachwycający głos, pełen ciepła i głębi. Zarówno w „I Don’t Know How To Love Him”, jak i „Could We Start Again Please?” była bezbłędna. Tweedie również stanął na wysokości zadania, szczególnie w „Pilate's Song”, ale także w „Trial By Pilate”, gdzie wystawiona na próbę jest górna skala każdego Piłata. Choć inscenizacja tej sceny była mdła, Tweedie zdecydowanie nie.

Kristopher Harding błyszczał jako Simon Zealotes, a jego wybitny głos był prawdziwym jasnym punktem pierwszego aktu. Jako Piotr, Edward Handoll był świetny, trafnie oddając wewnętrzne sprzeczności postaci. Scena zaparcia się Jezusa została dobrze poprowadzona, a jego występ w „Could We Start Again Please?” był szczególnie udany. Tom Gilling bez trudu radził sobie z wokalnymi wymaganiami roli Króla Heroda; jego mocny i interesujący głos idealnie pasował do zadania. Jednak inscenizacja jego wielkiego numeru jako sceny w gejowskiej łaźni była obraźliwie idiotyczna. To nie był tyle kamp, co groteska, w dodatku zupełnie nieśmieszna. Gilling robi to, o co go proszą, z ogromnym zapałem; nie można mu odmówić zaangażowania. To tylko pokazuje, jak wielką szkodą był ten wybór reżyserski. Zmarnowana okazja.

Arcykapłani byli wybitni. Cavin Cornwall, wysoki, budzący grozę i posępny, tworzy nieprzejednaną, makiaweliczną postać Kajfasza. Ma wspaniały głos o niesamowitej skali – od piorunującej dźwięczności w niskich rejestrach po śmiałe i dęte brzmienie w górze. Alistair Lee dotrzymuje mu kroku jako wyrachowany Annasz; jego jasne, euforyczne skoki wokalne, bardzo wysokie i porywające, to czysta przyjemność dla widza. „This Jesus Must Die” wypadło wyjątkowo dobrze.

Wracając do roli, którą po raz pierwszy zagrał w wznowieniu w reżyserii Gale Edwards w Lyceum Theatre w 1996 roku, Glenn Carter jest w doskonałej, jeśli nie niebiańskiej, formie jako Jezus. Nie każdy artysta potrafiłby z sukcesem grać tę postać przez blisko dwadzieścia lat, ale Carter jest w znakomitej kondycji fizycznej i zna tę rolę na wylot. To bardzo precyzyjny występ – wyważony, przemyślany i pełen godności. Bez trudu oddaje znużenie Jezusa i poczucie fatalistycznej akceptacji losu, a jednocześnie przekonująco komunikuje gniew wobec niesprawiedliwości oraz miłość i troskę o potrzebujących. Finałowe sceny na krzyżu są trudne do oglądania – tak realny jest ból, który przekazuje Carter.

Rola ta wymaga potężnej kondycji wokalnej, a Carter ma jej pod dostatkiem. Gdy nie używa falsetu, jego dźwięk jest silny, bogaty, wręcz prowokacyjny w swojej rockowej sile. W śpiewie głowowym jest precyzyjny, eteryczny i niepokojący. Te kontrastujące style dają duże pole do popisu dla wokalnej gimnastyki. Czasami jednak efekt byłby silniejszy, gdyby partie śpiewane głosem głowowym nie były tak rozbudowane: zachwycający występ Cartera w „Gethsemane” traci nieco przez nadmierne poleganie na tej technice.

Jako Judasz, Tim Rogers jest wulkanem męskiej wściekłości i oburzenia, stanowiąc idealny kontrast dla Jezusa Cartera. Aktorsko Rogers ukazuje złożoność Judasza ze szczerością i klarownością, z przekonaniem płynąc na fali tsunami emocji, które zalewają najsłynniejszego zdrajcę świata. Jest szczególnie przekonujący w scenach ukazujących konsekwencje zdrady, a „Judas's Death” ma ogromną siłę rażenia. Scena samobójstwa jest autentycznie wstrząsająca i niezwykle skuteczna.

Wokalnie Rogers jest w świetnej formie. Jego partie w „Damned For All Time” i „Superstar” są fenomenalne. Ma złotą barwę głosu, która potrafi zarówno pociągać, jak i karcić, potężną skalę (górne rejestry są mocne i przykuwające uwagę) i doskonale wie, jak wydobyć pełnię z każdej nuty. Tu również pojawiło się pewne dziwne poleganie na falsecie (co sugeruje, że był to wybór raczej reżyserski niż aktorski), ale nie miało to większego znaczenia: Rogers jest pierwszorzędnym Judaszem pod każdym względem, a zwłaszcza wokalnym.

Zespół zapewnia solidne i konsekwentne wsparcie. „Hosanna” jest wykonana wyjątkowo dobrze. Choreografia Carole Todd jest pełna życia i skutecznie ożywia wielkie numery zbiorowe.

To bardzo rozrywkowe, momentami konfrontacyjne wznowienie „Jesus Christ Superstar”. Zdecydowanie warto zobaczyć.

Kliknij tutaj, aby uzyskać więcej informacji o brytyjskiej trasie koncertowej Jesus Christ Superstar.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS