Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Joking Apart, Theatre Royal Windsor ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Joking Apart – Theatre Royal Windsor. Fot. John Walmsley Joking Apart

Theatre Royal, Windsor

23 czerwca 2015

4 gwiazdki

„Ludzka tragedia często nie polega na tym, że się przegrywa, lecz na tym, że niemal się wygrywa”.

*

Tuż pod murami zamku Windsor mieści się uroczy edwardiański Theatre Royal, którego pełne wdzięku kremowo-złote i pluszowe wnętrza goszczą obecnie serię znakomitych spektakli, które na krótko, lecz z rozmachem, przywracają ducha zespołowego teatru repertuarowego. Jednym z elementów tego sezonu jest niezwykle wyczekiwane wznowienie sztuki Alana Ayckbourna pt. Joking Apart – sztuki, która doczekała się stosunkowo niewielu inscenizacji od czasu mało udanej londyńskiej premiery pod koniec lat 70.

To jedna z mroczniejszych komedii Ayckbourna, skupiająca się na niszczycielskiej i korozyjnej sile zazdrości oraz zawiści. W centrum wszystkiego znajduje się para – Richard (Chris Casey) i Anthea (Stephanie Willson) – będąca ucieleśnieniem dobroci, talentu, urody i sukcesu zawodowego, epatująca przy tym serdecznością i duchem społecznym. Wokół nich krążą przyjaciele, którzy stają się coraz bardziej nieszczęśliwi, a ich relacje coraz bardziej dysfunkcyjne, podczas gdy Richard i Anthea pozostają promiennie niezmienni. Sztuka składa się z dwóch aktów i czterech scen; akcja toczy się w ogrodzie na tyłach ich domu na przestrzeni dwunastu lat, ukazując naprzemiennie pory zimowe i letnie.

Jak zaznacza sam Ayckbourn w programie, zawsze istniał problem z tym, jak uczynić nieskazitelną dobroć interesującą dramatycznie. Podobnie jak Bóg u Miltona wypada blado w porównaniu z udręczoną, wielowymiarową charakterystyką Szatana, tak trudno jest stworzyć porywającą sztukę o szczęśliwych małżeństwach pięknych i spełnionych ludzi. Sposobem autora na ten problem jest przeniesienie uwagi z samych Richarda i Anthei na działania, reakcje i narastające urazy ich przyjaciół. Emocjonalny środek ciężkości zostaje więc intrygująco przesunięty w stronę sąsiadów: miejscowego wikariusza i jego żony, Hugh (Anton Tweedale) i Louise (Natalie Douglas), partnera biznesowego Svena (Alec Fellows-Bennett) i jego żony Olive (Lou Lou Mason) oraz starego znajomego Anthei, Briana (Gary Roe), który pojawia się z korowodem niemal identycznych dziewczyn (wszystkie grane przez Grace K. Miller). Przechodzimy przez znajomą sekwencję klasy średniej i jej rytuałów towarzyskich, zbierając informacje o przeszłości i obecnych troskach postaci, podczas gdy podskórne napięcia emocjonalne przybierają na sile, prowadząc do konfrontacji, które są jednocześnie komiczne i przejmujące.

W sztukach Ayckbourna kluczowe są tempo i wyczucie czasu. Gdy wszystko gra, spektakl działa jak precyzyjny mechanizm zegarowy; gdy nie – ryzykuje, że wyda się błahy i bezcelowy. Granica między upajającym sukcesem a sromotną porażką w teatrze repertuarowym jest niebezpiecznie cienka. W pierwszej połowie wieczoru obawiałem się chwilami, że trafimy na tę niewłaściwą stronę, i pomyślałem – jak to mam w zwyczaju – że wieczory prasowe powinny odbywać się nieco później, gdy spektakl już „osiądzie”. Na początku akcja toczyła się zbyt wolno, a obsada wykazywała minimalne opóźnienia w reakcjach i grze bez słowa. Nie byłem w tym odczuciu odosobniony, sądząc po rozmowie usłyszanej w przerwie między dwojgiem widzów, którzy sami mogliby być postaciami z Ayckbourna:

Mąż: „Jesteśmy tu od godziny, kochanie, i nic się nie wydarzyło!”.

Żona: „W jego sztukach nigdy nic się nie dzieje, dopóki ktoś się nie upije!”.

Okazało się to prawdą – jak to często u Ayckbourna bywa, to właśnie alkohol w drugiej części rozwiązuje języki w niszczycielski sposób, pozwalając narastającym latami urazom wytrysnąć w bezlitosny sposób. Wtedy jednak tempo było już idealne, a sztuka z wielką siłą zmierzała ku surowemu potwierdzeniu słów, które zacytowałem na wstępie. Pod prostą opowieścią o przejściu z młodości w wiek średni kryje się gorzka zgoda na kompromisy i porażki, tym bardziej mroczne, że sukcesy zawodowe i osobiste były właściwie na wyciągnięcie ręki.

Gdy patrzy się na tekst na papierze, wydaje się on płaski i ubogi – podobnie jak u Cowarda. Mało tu powierzchownego dowcipu czy gier słownych. Ale tekst to tylko punkt wyjścia – szkic, który aktorzy muszą wypełnić życiem. To zapewne jeden z powodów, dla których aktorzy uwielbiają te role – dają one ogromne pole do twórczej inwencji i interpretacji. Od razu widać, że Ayckbourn sam zaczynał jako aktor. Daje on wykonawcy ramy stereotypu, a z nich szansę na stworzenie unikalnej, niuansowanej postaci. Tekst wprawia w ruch interakcje z wielką precyzją i wymaga szacunku oraz dokładności, ale wewnątrz tej struktury kryje się prawdziwa wolność. Należy pogratulować obsadzie pełnego wykorzystania tych możliwości.

Casey i Willson jako Richard i Anthea mają w pewnym sensie najtrudniejsze zadanie. Są czarujący, atrakcyjni i irytująco skuteczni we wszystkim, czego się dotkną – szczodrzy gospodarze wszystkich przyjęć stanowiących ramy akcji. Muszą jednak być także tym statycznym punktem, wokół którego wszystko się kręci. Z powodzeniem oddają błogą nieświadomość problemów i wrażliwości innych, co jest tak charakterystyczne dla ludzi, którzy od wczesnych lat odnoszą same zwycięstwa i dostają to, czego chcą, bez większego wysiłku. W tym sensie nie są tak doskonali, jak zakłada Ayckbourn, ale są całkowicie wiarygodni.

Tweedale w roli niezdarnego, gburowatego proboszcza jest niezwykle przekonujący. Wykorzystuje do maksimum sztywną, pełną frazesów anglikańską retorykę swojej postaci i staje się bardzo poruszający, gdy przez tę skorupę przebijają szczere emocje. Douglas ukazuje psychiczny rozpad jego żony, Louise, z wielką ekspresją fizycznego skrępowania, co trafnie oddaje jej rosnącą bezradność społeczną w obliczu niezmordowanej dobroci sąsiadów. Fellows-Bennett stworzył świetną studium postaci tłumionej zazdrości samca alfa, prowadząc swojego bohatera od skandynawskiego komediowego tła po szczegółowy obraz urazy do rywala i buntu przeciw porażce godnego Marka Antoniusza. Mason jako jego żona ma mniej do zagrania, ale świetnie oddaje paniczną zazdrość o Antheę i żałosne próby wspierania męża poprzez przytakiwanie jego krytyce Richarda. Rola Roe jest mniej rozbudowana, ale aktor wyciąga wszystko, co możliwe z monologu ujawniającego jego dozgonną miłość do Anthei; jak to u Ayckbourna, krzywda widoczna na scenie dokonała się dawno temu, a my oglądamy jedynie spóźnione reakcje. Miller ma trudne zadanie grania serii podobnych, naiwnych blondynek, ale udaje jej się je zręcznie zróżnicować, a na samym końcu użyczyć głosu młodemu pokoleniu – jako córka gospodarzy symbolicznie odmawia udziału w bitwach i sojuszach, które otaczały jej rodziców przez ostatnie dwanaście lat.

Jak w wielu teatrach z tradycjami, ściany baru w Theatre Royal zdobią zdjęcia z dawnych lat świetności teatru repertuarowego. I rzeczywiście, wiszą tam zdjęcia z inscenizacji tej samej sztuki, Joking Apart, z 1986 roku – te wszystkie budrysówki, fularu, tweedowe marynarki i kwieciste sukienki przenoszą nas prosto w lata 70. Jednak lekcja płynąca z tej udanej produkcji jest taka, że to sztuka ponadczasowa, która dziś przegląda się w naszych słabościach równie trafnie, co kiedyś. Więcej informacji o sezonie repertuarowym Theatre Royal znajdą Państwo na ich stronie internetowej.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS